Na topie

STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu

Autor:
Michał Grązka

więcej artykułów ze strefy:
Gry

STRAFE zapowiadał się niczym Kung Fury. Powrót do klasyki to często przyjemna, nostalgiczna wycieczka. Ale nie, jeśli braknie w niej podstawowych atrakcji.

  • STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu  | zdjęcie 1
  • STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu  | zdjęcie 2
  • STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu  | zdjęcie 3
  • STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu  | zdjęcie 4
  • STRAFE – strzelankowy wehikuł czasu  | zdjęcie 5

44%

Ocena benchmark.pl

 

Plusy

- miejscami sporo humoru,
- gdzieniegdzie czuć ducha klasycznych FPSów,
- wymagająca formuła rougelike.

Minusy

- wymaga dużo samozaparcia,
- wtórność rozgrywki,
- problemy ze zmienną dynamiką,
- potrafi przyciąć na dobrym sprzęcie,
- źle zbalansowana losowość etapów,
- zabawa na dwa wieczory.

A A

Pamiętam, jak w drugiej połowie lat 90-tych odkrywałem takie gry jak Duke Nukem 3D czy Doom II. Byłem jeszcze zdecydowanie zbyt młody, żeby grać w te strzelaniny, ale ich wysoki jak na ówczesne czasy realizm, rozbudowane mapy i grywalność sprawiały, że mimo wszystko grałem w nie bez opamiętania.

Wiele bym dał, żeby jeszcze raz poczuć tą dziecięcą fascynację. STRAFE, który miał pojawić się na PC i Playstation 4, był dla mnie obietnicą powrotu do dawnych czasów, możliwością poczucia, że można jeszcze stworzyć prostą grę, która będzie miała „to coś”.

Jedno trzeba twórcom ze studia Pixel Titans przyznać – marketing mają pierwsza klasa. Starczy już fakt, że z powodzeniem zakończyli akcję na Kickstarterze. Nie spoczęli jednak na laurach i dalsze materiały promocyjne – reklamę i trailer – przygotowali na takim poziomie, że nie mogłem doczekać się zainstalowania STRAFE na dysku.

Miłe złego początki

Już po uruchomieniu gry, znalazłem się w naprawdę klimatycznym menu, przygotowanym do tego z pewną dozą humoru. Zdecydowałem się najpierw skorzystać z opcji samouczka – natychmiastowo moim oczom ukazało się filmowe intro, stylistyką bardzo bliskie filmowemu Kung Fury. 

Od razu na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech, a kolejne kwestie wypowiadane przez samotną aktorkę trąciły tym samym ironicznym patosem, który bawił mnie setnie w filmie „Żołnierze kosmosu”. Przytoczę luźne tłumaczenie głównego zadania naszego bohatera – „Będziesz złomiarzem. Jako złomiarz, twoim zadaniem jest złomowanie złomu”. 

Wszystko to wypowiadane jest w arcypoważnym tonie, pod pozorem badań motorycznych przeprowadzanych na naszym bohaterze. Jeśli miałbym oceniać grę po okładce, STRAFE otrzymałby ode mnie co najmniej 4+ na 5, a do tego wyróżnienie w postaci złotego banana. No, ale kto zatrzymuje się na pierwszym wrażeniu…

Kosmiczny bałagan

Niestety misja zmienia nieco ton już po rozpoczęciu. Nieco zdezelowana stacja orbitalna i całe stada biegnących na nas złowrogich monstrów i robotów może i do siebie pasują, ale świetną atmosferę z początku diabli wzięli. 

STRAFE - przeciwnik przed lufą

Już w tym momencie miałem wrażenie, że twórcy z Pixel Titans nie do końca wiedzieli którą ścieżką podążyć. Pierwsze trailery mówiły: „nadchodzi Serious Sam w bazie kosmicznej”. Początkowy klimat po uruchomieniu gry podpowiadał: „oto powrócił duch Half-Life”. Natomiast przemęczenie dwóch pierwszych misji przekonało mnie, że nie bardzo wiadomo czym jest STRAFE. 

Formuła roguelike, czyli pojedyncze życie i generowane proceduralnie poziomy, wymuszają pewną dozę ostrożności. Do podobnej taktyki zachęcają zresztą same starcia. Jeśli ruszymy z kopyta przez kolejne korytarze, szybko otoczą nas chmary wrogów. Ci są natomiast zdecydowanie zbyt potężni i już po kilkunastu ciosach nasz ekran zaleje się czerwienią i przyjdzie nam zacząć zabawę od nowa.

STRAFE - tuż przed śmiercią

Wszystko wskazuje więc na to, że skuteczniejszą taktyką jest pojedyncze wyciąganie wrogów, wypatrywanie wiszących na suficie „pełzaczy” i ostrożne czyszczenie kolejnych korytarzy. Mam tu jednak dwa zastrzeżenia. Po pierwsze – z trailerów wynikało zupełnie co innego, STRAFE miał być znacznie bardziej dynamiczny. Po drugie – choć już sam tytuł obiecuje nam dużo „strafe’owania”, to w praktyce wykonywanie zaimplementowanych, kultowych „strafe jumpów” jest najprostszą drogą do śmierci. 

Sztuczne podbijanie poziomu trudności czuć też w bardzo sporadycznym rozmieszczeniu apteczek i sklepów. Wystarczy dołożyć do tego takie „kwiatki” jak windy, które wrzucają nas prosto w hordę wrogów, czy teleportery pchające nas z nienacka na śmiertelnie groźne kolce. I tak oto, zamiast radosnej rozwałki, otrzymujemy sporą dozę frustracji.

STRAFE - hordy przeciwników

Druga, trzecia i czwarta szansa

Nieco lepiej sprawuje się drugi, potraktowany pobocznie tryb. Polega on na czyszczeniu kolejnych pomieszczeń z odnawiających się hord potworów. Śmierć nie jest tu jednak porażką, jak w przypadku głównej „osi fabularnej”. 
Po każdym zgonie zbieramy punkty w postaciu litrów przelanej krwi. Przekraczanie następnych progów posoki odblokowuje nam bonusy, dzięki którym kolejne próby są coraz łatwiejsze, by finalnie pozwolić nam na oczyszczenie wszystkich pokojów.

W tym trybie dostrzegłem też większy potencjał na grę imprezową. Na próbę przyniosłem STRAFE na laptopie na spotkanie w gronie znajomych. Spędziliśmy dobre dwie-trzy godziny na radosnej rozwałce. Zmienialiśmy się przy klawiaturze, kibicując sobie przy kolejnych zgonach i przez pewien czas było to naprawdę satysfakcjonujące.

STRAFE - zabity robot

Te chwile przyjemności i leciutki posmak retro nie zmieniają jednak faktu, że to trochę za mało na dobrą grę. Wielka szkoda, że drzemiące pokłady humoru i autoironii przedostały się do finalnego produktu w ledwie śladowych ilościach. Świetne samouczkowe intro i genialne plakaty w sklepiku (do którego dostęp mamy zbyt rzadko) to tylko „growa przystawka” – a główne danie, niestety, nie nadchodzi.

Dając grze ostatnią szansę, kombinowałem czy może to ze mną jest nie tak. Może po ograniu kilku części Call of Duty i Battlefieldów nie jestem już w stanie bawić się FPSowymi klasykami? 

Dla testów uruchomiłem więc przeglądarkową wersję Duke Nukem 3D. Okazało się, że staruszek od 3D Realms nie tylko bardziej mnie porwał, ale też lepiej wyglądał. STRAFE ma bardzo nierówną grafikę – czasem modele są kanciaste, czasem gładkie, a mapy są nie tyle „klasyczne i kultowe”, co brzydkie i chaotyczne. Ciężko więc mówić tu o udanym oddaniu ducha lat 90-tych. 

STRAFE - galeony przelanej krwi

STRAFE, a miało być tak pięknie

Na dłuższą metę, STRAFE bardziej frustruje, niż bawi. Radosna rzeźnia w pierwszoosobowych strzelaninach nie jest do końca dobrym miejscem dla poziomów trudności w stylu Dark Souls. Przecież ani Doom, ani Quake nie potrzebowały zabijać gracza co krok, żeby sprawiać satysfakcję.

W chwili obecnej, sięgając po nową-starą strzelankę, można spodziewać się co najwyżej kilku godzin przeciętnej jakości zabawy. Po tym czasie damy sobie spokój i sięgniemy albo po coś nowszego, albo po prawdziwe klasyki, które mimo wieku wciąż trzymają poziom. 

STRAFE zdecydowanie nie jest wskrzeszeniem dawnego klimatu w sposób, w jaki udało się to chociażby nowemu Doomowi. W tym wypadku zakrawa to bardziej na zabawy domorosłego nekromanty, który przywracając do życia dawno zapomniany twór, poprzestawiał mu przy okazji większość istotnych organów, zamieniając go w bezkształtną masę. Owszem, powstały potworek jest na swój sposób intrygujący, ale szybko odchodzi się od niego w poszukiwaniu czegoś zgrabniejszego.

STRAFE - wróg w hełmie

Maciej PiotrowskiKanciaste Strafe'owanie okiem Gamingowego Menela
Maciej Piotrowski

STRAFE mógł być czymś naprawdę niezłym. Mógł, bo niestety, totalnie zaprzepaszczono potencjał tego pomysłu. Należę do pokolenia dinozaurów, którzy pamiętają jeszcze pierwszego Quake’a i pierwsze próby grania po sieci. STRAFE miał być hołdem dla tych najdawniejszych, ale wciąż kultowych strzelanin. Tylko co to za hołd skoro nie czuć tu klimatu tamtych produkcji. Bieganie po generowanych losowo korytarzach nie daje satysfakcji. Fabuła – pomijalna, wrogowie – tępi jak dzidy pierwszych homo sapiens, mechanika – może i sprawdzona, ale niepotrzebnie spłycona. 

No bo gdzie tu zabawa skoro zamiast zręcznego unikania kombinujących przeciwników i wymierzania im celnych strzałów, mamy tu stada tratujących się, niemych bezmózgów, pędzących na złamanie karku prosto na nas, których czasami trudno namierzyć. Gdyby jeszcze ich eliminacja sprawiała jakąś frajdę, ale nie….Wylewające się z nich hektolitry krwi to jedyny bonus? Na dłuższą metę jakoś mnie to nie bawi. Moja ocena: 2,4/5

STRAFE - easter eggi

Ocena końcowa:

  • miejscami sporo humoru
  • wymagająca formuła roguelike
  • gdzieniedzie czuć ducha klasycznych strzelanin FPS
     
  • wtórność rozgrywki
  • wymaga dużo samozaparcia
  • problemy ze zmienną dynamiką
  • potrafi przyciąć nawet na dobrym sprzęcie 
  • źle zbalansowana losowość etapów
  • zabawa na dwa wieczory

44%

Odsłon: 7665 Skomentuj artykuł
Komentarze

1

Udostępnij