Wolfenstein: The Old Blood – co poszło nie tak, kapitanie Blazkowicz? Gry

Wolfenstein: The Old Blood – co poszło nie tak, kapitanie Blazkowicz?

opublikowano przez Jakub Jakubowicz w dniu 2015-05-13

Zwiastun dodatku do ostatniego Wolfensteina zapowiadał pastisz filmów klasy B. Niestety z pastiszem nie ma on wiele zbyt wspólnego, ale z klasą B i owszem.

marketplace
Ocena benchmark.pl
Plusy

świetna grafika; piękne i niesamowite lokacje; przyprawiający o gęsią skórkę klimat grozy; powrót do korzeni gatunku FPS; frajda z dziesiątkowania nazistów

Minusy

banalna i kiczowata fabuła; mało oryginalny arsenał broni; męczący początek, który nega­tywnie nastawia na resztę rozgrywki; niewielka możliwość eksploracji twierdzy Wolfenstein; niesa­tysfakcjonujące potyczki z bossami; bezmyślne zachowania przeciwników

Po ogromnym sukcesie Wolfenstein: The New Order, gracze na całym świecie z zapartym tchem oczekiwali premiery jego dodatku, która miała cofnąć ich w czasie do 1946 roku i raz jeszcze po­zwolić na jednoosobowy szturm na twierdzę Wolfenstein. Stworzenie The Old Blood wyglądało na stosunkowo mało skomplikowaną operację. Machine Games posiadało już przecież sprawdzony silnik, fascy­nujące uniwersum, w którym faszystowskie Niemcy wygrywały wojnę, a także imponującego boha­tera i tradycję całej serii Wolfenstein po swojej stronie.

Plan był prosty – wznieść raz jeszcze le­gendarny nazistowski zamek, okrasić go przepiękną grafiką, zadbać o atmosferę grozy i wciągającą historię, a na koniec rzucić gracza pod postacią kapitana Blazkowicza w sam środek zapierającej dech w piersiach strzelaniny. Plan był prosty, ale - zupełnie jak w dobrym filmie sensacyjnym - coś musiało pójść nie tak.

Wolfenstein: The Old Blood – na dziedzińcu

Das ist pstryczek-elektryczek

Czasami dobrze jest rozpocząć tam, gdzie historia w rzeczy samej ma swój początek. Bez kombina­cji, retrospekcji, fabularnych sztuczek, czy innej pisarskiej gimnastyki na poziomie scenariusza. Tak właśnie wita nas The Old Blood. Nie mruga do nas porozumiewawczo, nie stara się z nami flirto­wać, ale zwyczajnie zaczyna od męskiego, szorstkiego uścisku dłoni. Opowieść otwiera scena wjaz­du dwóch alianckich agentów na teren nazistowskiego zamku. Jednym z mężczyzn jest, rzecz jasna, kapitan Blazkowicz, a drugim – jego przyjaciel z Wysp Brytyjskich.

Urzekają widoki jak z filmu „Tylko dla orłów”, akcja nabiera rozpędu, suspens narasta, dochodzi do pierwszej rozróby i nagle... Zostajemy wtrąceni do nudnych, pozbawionych jakiegokolwiek architektonicznego wdzię­ku lochów, gdzie każe nam się skradać z kawałem pordzewiałej rury i odłączać od zasilania to ja­kiegoś zmechanizowanego żołnierza, to znowuż drzwi pod napięciem. Od tego momentu cały po­czątek gry wygląda, jakby został zaprojektowany przez niespełnionego elektryka.

Owszem, Tuwim w jednym ze swoich wierszy zachwycał się tym wynalazkiem, jakim jest pstryczek-elektryczek, ale czy graczowi na początku dwudziestego pierwszego wieku może sprawiać satysfakcję naciskanie dźwigienek po to tylko, żeby na ramieniu opancerzonego wielkoluda zgasła lampka? Wprawdzie ta długa i frustrująca sekwencja w którymś momencie dobiega końca, ale niesmaku, jaki po sobie po­zostawia, trudno się pozbyć.

Wolfenstein: The Old Blood – walka z bossem

Oba korytarze zamku Wolfenstein

Po przebiciu się przez kordony wrogów graczowi udaje się wreszcie dostać do wnętrza twierdzy Wolfenstein. Na chwilę. Można było oczekiwać, że The Old Blood pozwoli nam dogłębnie spene­trować wnętrze zamczyska i dotrzeć wreszcie do jego mrocznego serca, gdzie mają miejsce tajem­nicze eksperymenty demonicznych badaczy. Jednak więcej czasu spędzimy tu na kolejce linowej czy też przed bramą twierdzy, niż w jej przepięknych średniowiecznych wnętrzach.

Choć w rzeczywi­stości mamy okazję eksplorować kilka lokacji w obrębie samego zamku, koniec końców towarzy­szy nam wrażenie, że zobaczyliśmy w nim zaledwie dwa łudząco do siebie podobne korytarze. Być może jest to jedynie złudzenie, bo przecież trafiamy między innymi i do oficerskich komnat, i do przyprawiających o dreszcze katakumb. Niemniej uczucie niedosytu pozostaje, zwłaszcza, że w po­łowie gry jesteśmy zmuszeni ewakuować się z zamku po to, żeby resztę rozgrywki spędzić w ba­warskim miasteczku Wulfburg. Choć to ostatnie również urzeka pięknem swoich budowli, trudno nacieszyć się pobytem w tym miejscu, bo przepełnia nas tęsknota za ogromnych rozmiarów twier­dzą, po której tyle sobie obiecywaliśmy.

Wolfenstein: The Old Blood – detonacja ładunku

Mokry kelner z ulotkami

Miał być pastisz filmu klasy B, jednak pastisz nie wyszedł. Czego zabrakło? Fantazji! Stworzono hi­storię, która nie tyle jest wariacją na temat horrorowych szmir z nazistami w roli głównej, co jest po prostu taką właśnie szmirą. Omawiając fabułę gry, należy zawsze unikać spoilerów, jednakże jak to zrobić w przypadku produkcji, której spoilerem jest cała kultura masowa? Każdy, nawet jeśli nie grał w tę grę lub dopiero zaczyna rozgrywkę, już z góry doskonale wie, jak potoczy się ta prosta, ni­czym humor Blazkowicza, intryga.

Co rusz napotykamy tu ograne do bólu motywy, które widywali­śmy w setkach horrorów czy filmów wojennych. Nic nie jest w stanie nas zaskoczyć w tej opowie­ści układanej metodą kopiuj-wklej. No może nic to trochę przesada. Zaskakują drobne potknięcia, zupełnie niepo­trzebne nielogiczności, które skutecznie zabijają nastrój. Za przykład posłużą dwie sytuacje. W jed­nej z nich Blazkowicz w przebraniu kelnera ma podać wino niemieckim oficerom. Jednak, żeby do­stać się do karczmy, musi przeprawić się przez dwumetrowej długości tunel zalany wodą. Nie ma to żadnego znaczenia dla fabuły. Równie dobrze wody mogłoby nie być w tym tunelu.

A jednak z nie­znanego powodu jest i natychmiast wokół niej zaczynają krążyć myśli gracza. Zamiast cieszyć się prowadzoną pod przykrywką akcją, rozmyślamy o tym, jakim cudem Niemcy nie zauważają, że roznoszący wino kelner jest przemoczony do suchej nitki.

Wolfenstein: The Old Blood – podpalanie nazistów

W innym miejscu gry jeden z bohaterów w bardzo romantycznym, jednak zupełnie pozbawionym sensu geście, postanawia jechać do Berli­na, żeby rozrzucać antyfaszystowskie ulotki. O ile temu mężczyźnie można wybaczyć takie niera­cjonalne posunięcie ze względu na tragiczną sytuację, w jakiej się znalazł, o tyle niepojęta jest reak­cja Blazkowicza, który bez chwili zastanowienia proponuje swój udział w tej absurdalnej operacji. Dlaczego twórcy The Old Blood chcą, żeby gracz był przekonany, że kieruje poczynaniami roz­chwianego emocjonalnie półgłówka?

Poza dwoma wspomnianymi motywami w trakcie rozgrywki pojawia się jeszcze kilka takich nielogiczności, które z założenia mają wprowadzać urozmaicenia do banalnie prostej historii, a w rzeczywistości jedynie utrudniają jej odbiór. Ponadto opowieść snuta w dodatku do The New Order w najmniejszym stopniu nie rzuca nowego światła na wydarzenia, które pojawiły się w podstawie i w gruncie rzeczy można ją streścić w jed­nym zdaniu. Najgorsze zaś jest to, że owo zdanie nie będzie ani nieszczególnie rozbudowane ani interesujące.

Wolfenstein: The Old Blood – namierzanie

Dobry Niemiec to głupi Niemiec?

Naziści w The Old Blood mogą przerażać. Zwłaszcza pierwsze kontakty z nimi bywają trudne. To nie grzeczni chłopcy z Call of Duty, którzy posłusznie czekają aż się ich wystrzela jak kaczki. Odziani w pancerze żołnierze Trzeciej Rzeszy bez trwogi napierają do przodu. Z początku trudno to interpretować inaczej, niż jako przejaw odwagi. Rasa panów zachowuje się tak, jak na rasę panów przystało. Przynajmniej tak można byłoby sądzić.

Już po kilku starciach zdajemy sobie jednak sprawę, że wcale nie chodzi tu o odwagę, ale o zwykłą głupotę. Sztuczna inteligencja jest na poziomie tak niskim, że żywi Niemcy nie zachowują się dużo błyskotliwiej, niż ich odpowiedniki zombie. O ile w większości sytuacji nie jest to może aż tak wyraźnie zauważalne, o tyle zdarzają się chwile, w których nie pozostaje nic in­nego, jak tylko załamać ręce nad wątpliwym rozumowaniem naszych przeciwników. Najlepszym tego przykładem jest sytuacja, w której Blazkowicz przycupnie na belce pod sufitem, a niemieccy żołnierze, zamiast zestrzelić go na ziemię, zaczynają tłoczyć się pod nim, niczym wilki krążące do­koła drzewa, w którego koronie skryła się ich ofiara.

Wolfenstein: The Old Blood – zabicie nożem\

Psy, jak wiadomo, upodabniają się do swoich właścicieli, toteż zachowania owczarków tresowa­nych przez esesmanów z zamku Wolfenstein też pozostawiają wiele do życzenia. Nie chodzi w tym przypadku o inteligencję, ale o czujność. Psiaki sypiają tak smacznie, że dopóki Blazkowicz chodzi na zgiętych kolanach, nie jest w stanie ich obudzić. Nawet jeśli przypadkiem potknie się o któregoś z nich.

Zagłębie rury

O ile naziści z The Old Blood cechują się raczej głupotą, niż odwagą, o tyle tej ostatniej nie można odmówić twórcom z MachineGames. Bo trzeba nie lada odwagi, żeby znakiem rozpoznawczym swojej nowej produkcji uczynić kawał zardzewiałej rury! To nie tylko uniwersalne narzędzie do otwierania, podważania czy wyważania nieomal wszystkiego, ale też podstawowa broń Blazkowi­cza.

A skoro już o arsenale mowa, karabiny czy pistolety dostępne w The Old Blood są w dużej mie­rze nieco zmodyfikowanymi odpowiednikami tych z The New Order. Nawet jeśli pojawia się nowe cudeńko w naszym ekwipunku, takie jak chociażby ładowany rakietkami pistolet, to jest to broń dość klasycznie wyglądająca i działająca.

Wolfenstein: The Old Blood – zamek w górach

Szkoda, że twórcy nowej odsłony Wolfensteina nie wło­żyli tyle kreatywności w projektowanie nowych pukawek, ile w wymyślanie easter eggów. Aż się prosi, żebyśmy mogli stawić czoła pancernej pięści Niemiec wyposażeni w naprawdę niekonwen­cjonalną broń. Tymczasem jedyne, co jest nam oferowane w kulminacyjnym momencie rozgrywki, to dwururka.

W świecie Wolfensteina naziści mają drony, mechaniczne psy, odrzutowce, a my do­stajemy... śrutówkę. Na szczęście Blazkowicz ma łeb na karku i przy pomocy zaawansowanej tech­nologicznie piłki do metalu przerabia tę zwykłą dubeltówkę na... obrzyna. W konfrontacji z okuty­mi w pancerz super-żołnierzami, którzy miotają w nas gradem pocisków, zardzewiała rura i stara śrutówka wydają się być odpowiednim uzbrojeniem.

No dobrze, wystarczy tych uszczypliwości. Być może obie te bronie zostały umieszczone w grze dla żartu lub jako hołd dla starych FPS-ów, w których nierzadko królował shotgun. Czy jednak nie można było nawiązać do klasycznych strzelanek wprowadzając do gry spluwę na miarę BFG9000? W tej sferze zdecydowanie brakło innowacyjności. Co zadziwia, bo trudno posądzać o małą kreatywność twórców tak bogatego świata, jak ten, który mieliśmy oka­zję zobaczyć w The New Order.

Wolfenstein: The Old Blood – tweirdza

Rudi Jäger, Darth Maul i mechaniczny psiak

FPS-y są gatunkiem gier szczególnie często korzystającym z pojęcia bossa. Od­kąd Blazkowicz zabił Hitlera w Wolfenstein 3D, wiadomo było, że końcowi przeciwnicy w grach komputerowych muszą być prawdziwie wymagający, a konfrontacja z nimi powinna być opatrzona odpowiednim znaczeniem. Właśnie tak, znaczeniem! Starczy porównać finał dwóch filmów z serii Gwiezdne wojny, żeby dostrzec, co czyni finałową potyczkę prawdziwie przejmującą. Dlatego też wizualnie nudny pojedynek między Obi-Wan Kenobim i Darthem Vaderem z Nowej Nadziei jest nieporównanie bardziej wciągający, niż finezyjna technicznie walka między Qui-Gon Jinnem i Dar­them Maulem z Mrocznego Widma. To dlatego, że ostatni dwaj panowie są zupełnie bezpłciowi i trudno nam określić, co tak właściwie sobą reprezentują.

Niestety, w The Old Blood satysfakcja, jaką moglibyśmy uzyskać z pokonania głównych antagoni­stów jest co najmniej trudno osiągalna. Kiedy Blazkowicz stawia czoła Rudiemu Jägerowi, udział gracza ogranicza się w zasadzie jedynie do oglądania krwawej rozprawy z nazistowskim drabem. (Spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że osobom o szczególnie sadystycznych skłonnościach odebra­na jest nawet możliwość przyjrzenia się zwłokom pokonanego bossa, bo ciało Rudiego Jägera roz­pływa się w powietrzu natychmiast po walce.)

Wolfenstein: The Old Blood – masakra na dwie bronie

Jeszcze bardziej frustruje fakt, że w finale gry, zamiast z jednym z głównych szwarccharakterów, przyjdzie nam się zmierzyć z przeciwnikiem, o którego istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Jest to bez wątpienia walka wymagająca umiejętności i być może nawet technicznie odpowiednia na za­kończenie rozgrywki. Jednakże pozostaje niedosyt, wynikający z faktu, że nie tak wyobrażaliśmy sobie zwieńczenie kampanii. Do tego dochodzi, jak zgniła wisienka na zepsutym torcie, epizod z mechanicznym psem, który po­jawia się w połowie gry robiąc nam nadzieję na spektakularną walkę, po czym pada po dwóch se­riach z karabinu, niczym pamiętny szermierz powalony strzałem z rewolweru Indiany Jonesa.

Stara krew w nowym opakowaniu

Wolfenstein: The Old Blood nie jest grą złą. Jest to raczej jedna z tych produkcji, które więcej obie­cywały po sobie, niż w rezultacie zaoferowały. Pięknie zaprojektowane lokacje zachwycają, a grafi­ka nie pozostawia wiele do życzenia. Powrót do korzeni gier FPS został jak najbardziej zrealizowa­ny, bo klimat klasycznych strzelanek z pewnością jest obecny w nowej produkcji MachineGames. Do tego dochodzi gęsta atmosfera grozy, która momentami przyprawia o ciarki na plecach. Sama rozgrywka również dostarcza dużo frajdy i w rozprawianiu się z setkami nazistów tylko nieznacznie przeszkadza ich słaba sztuczna inteligencja.

Wolfenstein: The Old Blood – pokonany boss

Być może jednak lepiej potraktować The Old Blood jako zaledwie przedsmak większej całości i mieć nadzieję, że twórcy wkrótce powrócą do tej koncepcji. Bo wystarczyło tylko poprawić kilka wad, podrasować fabułę i zrealizować całość w formie nieco bardziej rozbudowanej, niż pięciogodzinny dodatek, żeby uzyskać dzieło wybitne. Nie pozostaje nic innego, niż liczyć na to, że deweloperzy z MachineGames nie spoczną na laurach i już wkrótce ponownie przystąpią do prac nad nowym Wolfensteinem, który wreszcie będzie tym Wolfensteinem, o jakim niektórzy z nas marzą już od ponad dwóch dekad.

Ocena końcowa:

  • świetna grafika;
  • piękne i niesamowite lokacje;
  • przyprawiający o gęsią skórkę klimat grozy;
  • powrót do korzeni gatunku FPS;
  • frajda z dziesiątkowania nazistów
     
  • banalna i kiczowata fabuła;
  • mało oryginalny arsenał broni;
  • męczący początek, który nega­tywnie nastawia na resztę rozgrywki;
  • niewielka możliwość eksploracji twierdzy Wolfenstein;
  • niesa­tysfakcjonujące potyczki z bossami;
  • bezmyślne zachowania przeciwników
  • przekombinowany system zrzutów ekranu
Grafika: dobry plus
Dźwięk: dobry plus
Grywalność: zadowalający

Ocena ogólna:

60%

marketplace

Komentarze

24
Zaloguj się, żeby skomentować
avatar
Dodaj
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    szkoda że tak pojechaliście po wolfie :( mi bardzo odpowiada ten Wolfik :)
    Zaloguj się
    13
  • avatar
    totalnie się nie zgadzam,objechaliście tytuł strasznie a jest to bardzo dobra gra. klimat, akcja i końcówka są mega. może rzeczywiście początek trochę zbyt monotonny ale zarzutów do ai już kompletnie nie rozumiem. ai jest agresywne i sprawne, po wielu fps gdzie ai ogranicza się do stój w miejscu/znajdź osłonę i strzelaj jest to bardzo dobra odskocznia. fabuła jest uproszczona bo to w końcu dodatek a nie pełnoprawny tytuł i absolutnie wystarcza aby wciągnąć gracza. polecam wszystkim z czystym sumieniem!
    Zaloguj się
    12
  • avatar
    Według mnie ta część to świetny wstęp do New Order.
    Niestety New Order jest gorzej zoptymalizowany i jest gorsza klawiszologia i HUD więc zagranie w tej kolejności może źle wpłynąć na jego ocenę.
    Zaloguj się
  • avatar
    Według mnie świetnie im to wyszło. Czekam na kolejną część. Najlepsze w tych wolfach są koszmary oby zrobili Wolfenstein 3D na tym silniku. Co do artykułu to jest zdrowo przesadzony jakby autor nigdy nie grał w tego typu gry ☺
    Zaloguj się
  • avatar
    Recenzja pokazuje indywidualne odczucia autora. Jak dla mnie świetny dodatek i nie żałuje żadnej wydanej na niego złotówki, a kupowałem w preorderze.
    Zaloguj się
  • avatar
    Dla mnie gra ma jeden wielki minus, który psuje mi całą zabawę. Twórcy zapomnieli o chodzeniu! BJ cały czas biega i to tak szybko, że głowa boli. Na padzie da sie chodzić, czy więc tak trudno zrobić przycisk "walk"? Wiem, że w Dragon Age Inkwizycja był mod, który pozwalał chodzić. Wiecie coś na ten temat jeśli chodzi o The Old Blood?
  • avatar
    Świetny kawał kodu , właśnie ogrywam .
  • avatar
    Jake24 waży tylko 35GB :)
    Zaloguj się
    -1
  • avatar
    Żonglerka płytami heheh.. a pamiętacie jeszcze czasy żonglowania dyskietkami albo CDkami? Nadejszło kolejne pokolenie graczy :P
    Zaloguj się
    -1
  • avatar
    własnie gram, nie rzuca na kolana a wręcz przynudza, niewiele rózni sie od wcześniejszej wersji, te same klimaty, dodali rurke i jakis granatnik i mamy wykańczać wszystkich po kolei, ilez mozna
  • avatar
    Świetna pierwsza część, a tą wyłączyłem po 40 minutach... Syf!
  • avatar
    nic dodac nic ujac.....popluczyny.....