Usiadłem do oglądania tej konferencji bez żadnych oczekiwań – i to mówię szczerze, nie na pokaz. Ale pierwszy raz od bardzo dawna nie czekałem na nią wcale. Nie odliczałem dni, nie sprawdzałem co pół godziny nowych przecieków, nie czułem ekscytacji, która zwykle towarzyszy mi przy każdej konferencji Apple, nawet tej najbardziej przewidywalnej. I to mimo tego, że na scenie miał się pojawić pierwszy w historii składany iPhone. Coś, na co branża czekała od lat.
I wiecie co? Nawet to mnie nie ruszyło.
Duo, które miało zrobić efekt "wow"
iPhone Duo w końcu jest. Składanie na wzór książki, największy ekran w historii iPhone'ów, obsługa Apple Pencil, Touch ID... i co z tego?
DLA CIEBIESamsung - przegląd oferty lodówek
Zabrakło mi tego momentu, w którym powiedziałbym "o, tego się nie spodziewałem". Apple przygotowywał ten telefon latami i chyba właśnie dlatego wyszedł tak przewidywalnie.
Nie chcę zabrzmieć, jakbym miał pretensje do tego produktu. Bo z jednej strony to dobrze, że Apple idzie z duchem czasu i wprowadza do oferty to, co wielu producentów ma już od dawna. Ale z drugiej strony – gdzie to zaskoczenie? Gdzie ten punkt, który sprawi, że cały technologiczny świat będzie odmieniał Apple przez każdy przypadek?
Na prezentacji zobaczyliśmy po prostu kolejnego składaka. Mimo wielu padających epitetów podkreślających, jak wspaniały jest to telefon, nadal jest to składak – tyle że z logo nadgryzionego jabłka.
Cała reszta? Jakby ktoś odbił kalkę z zeszłego roku
iPhone 18 Pro i Pro Max – czyli nowy czip A20 Pro, trochę lepszy aparat, a do tego mechaniczna, zmienna przysłona obiektywu. To jedyna rzecz z całej konferencji, która faktycznie wzbudziła we mnie choć cień zainteresowania – ale to detal dla garstki kupujących, a nie temat na nagłówek.
I co najgorsze – Apple chyba ma świadomość tego, że iPhone 18 Pro poniekąd jest zapychaczem czasu antenowego, bo gwiazdą wieczoru miał być Duo. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że w pierwszych chwilach prezentacji tego modelu – dowiadujemy się o nowych kolorach, a później cały segment jest poświęcony kwestiom AI? Pokaz iPhone 18 Pro nie wyglądał na "hej, zobaczcie, to najlepszy telefon w historii, ma tyle nowości, że głowa mała!", tylko raczej "hej, macie tu nowego iPhone Pro, zmieniliśmy w nim kolor i w sumie nadal rozwijamy AI".
A zegarki? Apple Watch 12 i Ultra 4 wróciły do ceramicznych kopert i dorzuciły trochę więcej czujników zdrowotnych. Fajnie, tylko że to dokładnie ta sama historia co rok i dwa lata temu. Już wtedy słyszeliśmy, że to najlepsze zegarki, które teraz są jeszcze dokładniejsze i mają lepszą baterię. Ale czy będą to zmiany zauważalne dla przeciętnego Kowalskiego? Uważam, że nie. Zegarki Apple wciąż będą poprawnie mierzyć parametry zdrowotne i wciąż będą wołać o ładowanie raz na dwa dni. To się nie zmienia od wielu lat generalnie. Design bez zmian, obietnice "lepszych danych o zdrowiu" również bez zmian. Zegarki w zasadzie takie same, jak rok temu – z nową cyferką na korpusie.
O słuchawkach AirPods 5 nawet nie ma sensu wspominać, bo przeszły przez scenę tak dyskretnie, że można było pomyśleć, że to tylko krótki przerywnik. W dużym skrócie – te same słuchawki, ale odrobinę lepsze.
Nuda jako strategia
Rozumiem, że to nowy rozdział dla Apple – pierwsza duża konferencja Johna Ternusa jako CEO po Timie Cooku. I rozumiem, że w takim momencie firma woli zagrać bezpiecznie niż zaskakiwać. Ale "bezpiecznie" i "nudno" to w prezentacjach produktowych prawie synonimy.
Apple przez lata było mistrzem budowania napięcia wokół rzeczy, które są w gruncie rzeczy drobnymi usprawnieniami. Tym razem miało na stole coś naprawdę nowego – i mimo to, według mnie, nie potrafiło tym wywołać trzęsienia. Może dlatego, że o składaku wiedzieliśmy już wszystko z przecieków. A może dlatego, że Apple kolejny już raz nie pokazuje, że odjeżdża konkurencji, tylko jedzie z nią w jednym peletonie.
Jedno jest pewne: jeśli nawet premiera pierwszego składanego iPhone'a nie potrafi utrzymać mnie przy ekranie, to znaczy, że coś w tej machinie hype'u naprawdę się zacięło.