Battlefield 1 – sieciowy gigant pędzi przez ziemię niczyją Gry

Battlefield 1 – sieciowy gigant pędzi przez ziemię niczyją

opublikowano przez Jakub Jakubowicz w dniu 2016-10-17

Długo wyczekiwany Battlefield 1 wreszcie ujrzał światło dzienne. I trzeba przyznać, że I wojna światowa w jego wykonaniu to iście hollywoodzki majstersztyk.

marketplace
Ocena benchmark.pl
Plusy

- zapierający dech w piersiach klimat I wojny światowej,; - bombardująca adrenaliną kampania dla pojedynczego gracza,; - nastrojowe mapy,; - niesamowite potyczki w trybie wieloosobowym,; - nieźle odwzorowana broń i pojazdy z epoki,; - orzeźwiająca odmiana względem strzelanek osadzonych we współczesności,; - wciskająca w fotel oprawa audiowizualna.

Minusy

- nadmiernie częste sekwencje skradankowe w kampanii dla pojedynczego gracza,; - samotne potyczki przeciw całym batalionom wroga w trybie jednoosobowym,; - krótka kampania dla jednego gracza,; - błędy techniczne,; - mocno naciągany realizm momentami bije po oczach.

Battlefield 1, czyli meldujcie się posłusznie do piekła

Repetuj broń! Gdzie się gapisz?! Fryce na ziemi niczyjej! Lewa flanka potrzebuje wsparcia. Dalej, dalej, nie stój jak słup soli! Chwytaj za kaem i pruj do wroga! Czekaj, czekaj, zostaw tę pukawkę, łap dynamit – czołgi rozjeżdżają naszych chłopców! Synu, weź się w garść, bo nas wybiją do nogi!

Battlefield 1 zaczyna się jak ta recenzja. Bez wstępu, bez czułych słówek, bez „dzień dobry” i głaskania po głowie. Wita nas wyżerający gały iperyt, grad kul i walące w okopy pociski wrogiej artylerii. Powiedzieć o nowej produkcji EA, że to strzelanina, to nic nie powiedzieć!

Battlefield 1 - w wirze walki

„Za chwilę przeniesiesz się na linię frontu. Twoje szanse na przeżycie są minimalne.” Ten komunikat to jedyne ostrzeżenie, jakie otrzymujemy, a później… Cóż, potem jest tylko pierwszowojenne piekło, w którym nie sposób się odnaleźć. 

Przypominają mi się początkowe sceny historycznych klasyków, takich jak Call of Duty numer jeden czy leciwy Medal of Honor. W tym pierwszym tytule lądowaliśmy na spadochronie za liniami wroga, w drugim – szturmowaliśmy plażę Normandii.

Chyba każdy pamięta te kultowe etapy rozpoczynające nie mniej legendarne kampanie. Ale Battlefield 1 pokazuje nam coś, czego do tej pory nie widzieliśmy. Wydawało się, że niejedno mieliśmy okazję już przeżyć na wirtualnych polach bitew, ale czegoś takiego – jeszcze nie.

Battlefield 1 - czołg na linii frontu

Najnowsza część kultowej serii nie tylko robi nam powtórkę z konfliktu sprzed stu lat, ale też już od pierwszych minut sama stara się przejść do historii. Na razie mowa, rzecz jasna, o kampanii dla pojedynczego gracza, która po tym brawurowym otwarciu nieprzerwanie utrzymuje się na zawrotnie wysokim poziomie.

W przypadku sieciowych potyczek sprawy mają się równie dobrze. O „jedynce” można mówić wiele, ale podstawowy wniosek narzuca się sam i to zaraz po rozpoczęciu rozgrywki. To jedna z najgenialniejszych odsłon serii.

Wielka Wojna na miarę naszych czasów

Jeszcze tylko mój egzoszkielet i mogę ruszać do walki… Zaraz, zaraz, jaki egzoszkielet? No właśnie, współczesne produkcje prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych futurystycznych gadżetów i przyzwyczajają nas do fantastycznego obrazu pola bitwy, na którym bez dronów, laserowych pukawek, termowizji i mechanicznego wspomagania kończyn ani rusz.

Tymczasem Battlefield 1 przypomina nam, jak wyglądała odwaga i bohaterstwo w czasach karabinów iglicowych, bagnetów i pocztowych gołębi. I jak to było wtedy? Flaki z olejem? Bynajmniej!

Battlefield 1 - gołąb pocztowy

Jasna sprawa, Battlefield 1 mocno koloryzuje realia I wojny światowej, jednak w niczym to nie przeszkadza. Początkowo ten sposób projektowania rozgrywki budził u mnie sporo zastrzeżeń, ale wystarczyła garść dynamicznych scen, jak gdyby żywcem wyciętych z hollywoodzkich hitów w stylu Szeregowca Ryana, żebym porzucił wszelkie wątpliwości.

Prędko zapomina się o tym, że karabiny maszynowe nie były na porządku dziennym w czasie Wielkiej Wojny, opancerzeni piechurzy z miotaczami ognia trafiali się jeszcze rzadziej, a jednemu czołgowi raczej trudno byłoby wygrać batalię z całą dywizją pancerną. 

Battlefield 1 - piechur z ciężkim karabinem

Kampania często stosuje narracyjne sztuczki, żeby wytłumaczyć ten stan rzeczy, ale nawet bez tego można by swobodnie przymknąć oko na odstępstwa od prawdy historycznej. W Battlefield 1 liczy się przede wszystkim wartka akcja i batalistyczne sceny, które każą podskakiwać z wrażenia przed ekranem i podtrzymywać opadającą na podłogę szczękę.

Battlefield 1 - na płonącym sterowcu

Opowieści krwią pisane

Dla mnie Battlefield to przede wszystkim sieciowe potyczki, ale trudno zacząć recenzję „jedynki” od czegoś innego, niż kampania dla pojedynczego gracza. 

Owszem, tak jak to przeważnie bywa w tej serii, odnosi się wrażenie, że kolejne etapy jednoosobowej rozgrywki są rozrośniętym do granic możliwości samouczkiem przygotowującym nas do starć w trybie wieloosobowym. Jednak tym razem jest to także niesamowita podróż przez fronty Wielkiej Wojny.

Battlefield 1 - stacja kolejowa

Kampania została podzielona na kilka opowieści. Różni bohaterowie, odmienne charaktery, nietypowe dylematy i miejsca walk rozsiane po świecie. Jednak każda z tych historii zasługuje na miano swoistego mini-serialu, który nie tylko świetnie trzyma w napięciu, ale też pokazuje nam różnorodne oblicza I wojny światowej.

I tak mamy okazję wcielić się między innymi w młodziutkiego czołgistę zagubionego na zachodnim froncie, podejrzanego szulera zasiadającego za sterami dwupłatowca czy też włoskiego zabijakę od zadań specjalnych.

Battlefield 1 - opis misji

Chyba najbardziej przypadła mi do gustu historia amerykańskiego karciarza, który postanowił sprawdzić się w roli pilota myśliwca. Jego losy na długo zapadną mi w pamięć, a sceny podniebnych batalii, w których brał udział, dosłownie wciskały mnie w fotel.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wytknął bądź co bądź kapitalnej kampanii paru wad. Być może nie są to obiektywnie rzecz ujmując znaczne niedociągnięcia, ale jednak w moim odczuciu stały się one malutką łyżeczką dziegciu w tej pierwszowojennej baryłce miodu.

Battlefield 1 - na celowniku

Przede wszystkim przez większość czasu jesteśmy zdani tylko na siebie. Innymi słowy, nasi towarzysze świadczą nam jakieś wsparcie na polu bitwy, ale koniec końców, jeśli sami nie poślemy do piachu połowy niemieckiej armii, to nie mamy szans na zwycięstwo.

O ile taka konwencja świetnie się sprawdza w strzelankach w stylu ostatniego Wolfensteina, o tyle w aspirującym do śladowego chociażby realizmu Battlefield 1 nieco raziła mnie w oczy. W tym ostatnim przypadku wolałbym poczuć się częścią walczącego na froncie oddziału, a nie pierwszowojennym odpowiednikiem Rambo.

Battlefield 1 - Niemcy próbują wedrzeć się do czołgu

Poza tym irytowała mnie też spora liczba sekwencji skradankowych, które nijak nie pasowały do rasowej strzelaniny. Owszem, nie brakuje tu bijących po oczach eksplozjami scen, ale zdarzają się też nieco monotonne przeprawy przez patrole wroga, w których podstawowym narzędziem walki staje się odwracający ich uwagę wabik.

Battlefield 1 - skradanie we mgle

Tyle narzekania! Na więcej się nie poważę, żeby nie przyćmić wniosku, jaki powinien wybrzmieć w ramach podsumowania kampanii dla pojedynczego gracza. Filmowa fabuła wciąga od pierwszych chwil, a całość to wirtualna przygoda, jakiej dawno nie widzieliśmy.