Na topie

Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja

Autor:
redakcja

więcej artykułów ze strefy:
Gry

Sam Fisher bez głosu Michaela Ironside’a daje radę choć charyzmy z poprzednich odsłon serii ewidentnie mu brakuje.

  • Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja | zdjęcie 1
  • Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja | zdjęcie 2
  • Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja | zdjęcie 3
  • Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja | zdjęcie 4
  • Splinter Cell: Blacklist - optymalne karty graficzne i recenzja | zdjęcie 5

80%

Ocena benchmark.pl

 

Splinter Cell: Blacklist (PC)

brak aktualnych ofert

Plusy

interesująca, choć mało odkrywcza fabuła, nieźle skonstruowane misje w kampanii (im dalej tym lepiej), powrót do korzeni serii, ciekawie połączone misje kampanii z kooperacją i rozgrywkami sieciowymi, intrygująca meta gra W Ciemności, rewelacyjny tryb Szpiedzy kontra Najemnicy (w kilku odmianach), całkiem niezła oprawa graficzna

Minusy

animacja twarzy postaci, nowy głos Sama Fishera, wybiórcza sztuczna inteligencja przeciwników, denerwujący matchmaking w misjach coop

A A

Ach ci biedni Amerykanie

Światowy terroryzm to dla Sama Fishera chleb powszedni. Tym razem jednak postawione przed nim zadanie może okazać się niezwykle trudne. Szczególnie, po osobistych wycieczkach z Conviction. W starciu z Inżynierami, równie potężną co tajemniczą organizacją nasz bohater nie miałby większych szans gdyby nie nieliche zaplecze oddanego mu pod dowództwo Czwartego Eszelonu i ... cudowne odmłodzenie. Jakby nie patrzeć nowy Sam Fisher jest obecnie zupełnie do siebie niepodobny:)

Akcja gry rozpoczyna się z przytupem - od doskonale zorganizowanego ataku na amerykańską bazę wojskową na wyspie Guam. Stanowi on punkt wyjścia dla historii utrzymanej w konwencji fikcji politycznej, dość typowej dla gier spod znaku Toma Clancy'ego. Guam to bowiem jedynie wstęp niezwykle misternie utkanego planu Inżynierów, których celem jest zmuszenie Stanów Zjednoczonych do wycofania wszystkich swoich wojsk z ponad 125 krajów na świecie. Batem na niepokornych jest opublikowana przez terrorystów tytułowa czarna lista, w której enigmatycznie wskazano kolejne cele ataku, tym razem skierowanych bezpośrednio w amerykańskie społeczeństwo.

Oczywiście nasz bohater od samego początku musiał znaleźć się w centrum wydarzeń. Miało to jednak i swoje dobre strony, bo dzięki temu, jako głównodowodzący akcją powstrzymania Inżynierów zyskaliśmy nieco większą swobodę w wyborze misji i sprzętu, którym będziemy mogli się posługiwać.

W ciemności i w cieniu

Moda na rozbudowane centra wypadowe, po których możemy się przejść, pogadać z podkomendnymi i zapoznać się z czekającym nas zadaniem dotknęła i najnowszą odsłonę Splinter Cell. Zamiast typowej bazy mamy tu jednak raczej niewielki pokład samolotu transportowego nazwanego dumnie Paladyn. Upchano na nim sporo elektroniki, niewielki szpital polowy, warsztat, a nawet kilka pilnie strzeżonych cel dla "uprzejmie zaproszonych" gości.

Najważniejszym jednak elementem naszego centrum operacyjnego jest Interfejs Misji Strategicznych (IMS), który spaja wszystkie dostępne tryby gry w jedną logiczną całość. Na ekranie komputera widzimy bowiem nie tylko kolejne misje fabularne, ale także te poboczne, które możemy rozegrać wspólnie ze znajomym bądź znalezionym w sieci kompanem. Zręcznie wpleciony został tu nawet powracający po długiej przerwie rewelacyjny tryb Szpiedzy kontra Najemnicy.

Dzięki dwóm oddzielnym stylom rozgrywki sieciowe starcia szpiegów z najemnikami dostarczają niezwykłych emocji

Ciekawym dodatkiem są też misje "W ciemności", które wprowadzają do gry element logiczny pozwalając bardziej dociekliwym graczom pobawić się w detektywa. Aby je wykonać trzeba nieco się natrudzić, najpierw odnajdując w teście zadania słowa kluczowe, a potem przeszukując Internet w celu powiązania ich z konkretną lokalizacją. Zapytacie zapewne - po co to w ogóle robić. No oczywiście dla frajdy... i kasy. Każda tego typu misja zwiększa końcowy mnożnik punktów, którymi nagradzani jesteśmy po wykonaniu zadań fabularnych. To zaś przekłada się na pieniądze, które trafią do naszej kieszeni i które mogą posłużyć zarówno do ulepszania naszego samolotu odblokowując liczne bonusy jak i zakupu nowej broni. A jest tu w czym wybierać.

I tak oto doszliśmy do sedna nowego Splinter Cella - rozgrywki i gadżetów. Aby oddać to jak  gra się w Blacklist najłatwiej byłoby  posłużyć się nieco już wyświechtanym zwrotem "powrót do korzeni". Tak prosto jednak nie jest. Bo choć znowu przyjdzie nam przemykać w cieniu posługując się noktowizorem, biegać niczym małpka po gzymsach, przylepiać przenośne kamerki do ścian czy gasić światła strzałem z pistoletu bądź impulsem elektromagnetycznym to jednak w każdej chwili dostępna jest również niezbyt popularna opcja szybkiej likwidacji kilku wrogów po ich wcześniejszym zaznaczeniu. Ale bez obaw, podczas gry nie ma czasu, a w zasadzie i możliwości, żeby z tego ciągle korzystać. Bo o ile w Conviction niemal bezustannie szukało się sposobu na cichą eliminację któregoś z przeciwników tyko po to aby nabić sobie wskaźnik trybu "Oznacz i Zlikwiduj", o tyle w Blacklist nie czuć w ogóle takiej potrzeby. Dużo więcej możemy bowiem zyskać omijając przeciwników.

Twórcy nowego Splinter Cella wpadli na pomysł rozdzielenia stylów rozgrywki i nagradzania gracza za to z jaką gracją uporał się z wyzwaniem. Mamy tu więc styl Ducha, który przemyka niezauważenie obok wrogów, Pantery - likwidującej nieświadomych przeciwników i Szturmowca, który ma w nosie jakiekolwiek podchody. Ciekawe tylko kto kupuje Splinter Cell, aby przejść grę na rympał, niczym podstarzały Rambo podczas wyprawy do Birmy.:) Oczywiście, da się to zrobić, bo w poszczególnych lokacjach bez trudu odnajdziemy elementy, które mogą posłużyć do rozpętania na ekranie istnego piekła (np. wybuchające po strzale beczki). Pytanie tylko po co skoro gra zliczając wszystkie nasze akcje w ramach misji i punktując je wedle każdego ze stylów wyraźnie przekłada Ducha ponad Panterę czy Szturmowca. W ten sprytny sposób twórcy wchodzą nam na  ambicje mówiąc "a widzicie, można było to zrobić ciszej, lepiej, szybciej i bez trupów". Przynajmniej na mnie tak to właśnie działało.

Sam bez pary

Decyzja Ubisoftu o rezygnacji ze współpracy z Michaelem Ironsidem i zastąpieniu go młodszym aktorem, który mógłby użyczyć Samowi Fisherowi nie tylko głosu, ale i wyglądu nie wzbudziła wielkiego entuzjazmu wśród fanów serii. Obawiano się, że postać twardego, zaprawionego w bojach agenta straci swój magnetyzm. Niestety, tak się właśnie stało. Operacja odmładzająca Sama Fishera sporo nas kosztowała. Nie wiem czym kierowali się twórcy podczas wyboru aktora do sesji motion capture, ale nowe oblicze Sama jakoś mi do tej postaci nie pasuje. Być może jest to problem dziwnej animacji twarzy, bo rozbiegane oczy i facjata nie wyrażająca emocji rażą sztucznością. Nie szukając daleko – w recenzowanym ostatnio The Bureau twarze większości postaci wypadają znacznie, znacznie lepiej. O głosie to już nawet lepiej nie wspominać.

Utrata charyzmy to jednak nie jedyny problem naszego bohatera. Równie irytujące są problemy ze sterowaniem i zupełnie nieprzewidywalne zachowanie naszych przeciwników, którzy raz podnoszą alarm na widok leżących ciał swoich kompanów, a raz niemal zupełnie je ignorują, by za chwilę blokada mózgu została im zdjęta co skutkuje intensywnym poszukiwaniem czającego się zagrożenia. Ot, takie wybiórcze postrzeganie rzeczywistości. W połączeniu z kłopotliwym "przyklejaniem" i "odklejaniem" się od ścian czy nagle wyłączającym się gamepadem (o ile z niego korzystamy grając na PC:) takie sytuacje potrafią napsuć nieco krwi.

Idzie ku dobremu

Pomimo wad najnowsza odsłona serii Splinter Cell zasługuje na uwagę. Widać, że Ubisoft chce podreperować nieco już podupadły wizerunek tej marki przywracając w niej to za co kochali ją gracze. Trudno nie docenić nieźle skonstruowanych misji fabularnych, które pozwalają nam wykazać się zmysłem tajnego super agenta. W końcu czuć w nich ducha kultowego Chaos Theory. Podobnie zresztą jak w misjach kooperacyjnych, które może i trudno uznać za jakiś przełom, ale ich zróżnicowanie to krok w dobrym kierunku. Bezapelacyjnie genialny jest za to tryb Szpiedzy kontra Najemnicy, dzięki któremu Blacklist błyszczy w sieci niczym diament. Połączenie zaś wszystkich tych elementów sprawia, że nowy Splinter Cell przywraca wiarę w przyszłość serii. Oby tak dalej! Tylko proszę, oddajcie nam Ironside'a!

Moja ocena:
Grafika:
dobry plus
Dźwięk:
dobry
Grywalność:
dobry plus
Ogólna ocena: 
Orientacyjna cena w dniu publikacji testu: 90 zł (PC)
 
Odsłon: 50169
Komentarze

36

Udostępnij