W A350 materiały kompozytowe stanowią 53 proc. konstrukcji, przy czym dominują włókna węglowe. W praktyce oznacza to dla przewoźników – m.in. Delta Air Lines, Qatar Airways czy Singapore Airlines – możliwość ograniczenia zużycia paliwa nawet o 25 proc. w porównaniu z wcześniejszymi szerokokadłubowymi samolotami budowanymi z aluminium. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy dochodzi do poważniejszego zdarzenia, na przykład twardego lądowania: uszkodzenia strukturalne w kompozytach mogą nie zostawiać wyraźnych śladów na zewnątrz.
Jednym z największych wyzwań przy eksploatacji maszyn kompozytowych jest zjawisko Barely Visible Impact Damage (BVID). W przypadku A350 silne przeciążenia podczas twardego lądowania mogą naruszyć wewnętrzne warstwy materiału, mimo że poszycie z zewnątrz wygląda na nienaruszone. Taka "cisza na powierzchni" nie oznacza bezpieczeństwa – dlatego po incydentach tego typu konieczne są wyjątkowo dokładne przeglądy, które mają wykryć ukryte uszkodzenia.
W samolotach aluminiowych skutki uderzeń lub przeciążeń zwykle widać od razu: pojawiają się wgniecenia, pęknięcia czy inne deformacje. W konstrukcjach kompozytowych – takich jak Airbus A350 czy Boeing 787 Dreamliner – obciążenia potrafią rozchodzić się po większym obszarze, a uszkodzenia mogą "schować się" pod warstwą zewnętrzną. To sprawia, że po poważnym twardym lądowaniu standardem stają się złożone badania ultradźwiękowe, mające potwierdzić, czy struktura nie została naruszona.
DLA CIEBIECyfrowy Polak - Wykluczenie cyfrowe
Kontrole ultradźwiękowe są wymagające i czasochłonne, a ich jakość zależy od dokładności osoby wykonującej badanie. Inżynierowie muszą skanować duże fragmenty kadłuba, ze szczególnym naciskiem na okolice podwozia oraz strefy, które przejęły największe obciążenia przy przyziemieniu. Jeśli zostaną wykryte niewidoczne uszkodzenia, samolot często pozostaje uziemiony przez wiele dni, co zwiększa koszty po stronie przewoźnika i wydłuża okres wyłączenia maszyny z eksploatacji.
Serwisowanie elementów kompozytowych jest znacznie bardziej skomplikowane niż w przypadku aluminium. W A350 dochodzi do tego jeszcze specyfika budowy – duże, jednolite fragmenty kadłuba nie sprzyjają szybkim podmianom uszkodzonych sekcji, które w starszych konstrukcjach bywały prostsze. Naprawy wymagają też odpowiednich warunków w hangarze, w tym kontrolowanego mikroklimatu oraz bardzo precyzyjnego przygotowania powierzchni. Istotne są nawet detale związane z ułożeniem włókien węglowych podczas regeneracji: pomyłki w tym zakresie mogą osłabić odbudowaną strukturę. Z tego powodu Airbus opracował trzystopniowy model napraw – od drobnych prac, przez standardowe naprawy konstrukcyjne, aż po najbardziej zaawansowane, wdrażane np. po twardym lądowaniu lub zderzeniu z ptakiem.
Sytuacja komplikuje się szczególnie wtedy, gdy uszkodzenia obejmują obszary uznawane za krytyczne – jak dolna część kadłuba czy miejsca łączenia z płatem. Airbus przygotował na takie przypadki gotowe zestawy instrukcji i elementów, jednak w praktyce często konieczne jest zaangażowanie inżynierów producenta. Wyzwania związane z oceną i prowadzeniem napraw kompozytowych uwidocznił także spór Qatar Airways z Airbusem, po wykryciu pękania lakieru i siatki odgromowej na kilku egzemplarzach A350.
Zamiana aluminium na kompozyty przynosi przewoźnikom wiele korzyści: mniejszą masę, niższe spalanie, wyższą odporność na korozję i pękanie oraz uproszczenie konstrukcji dzięki ograniczeniu liczby części. Jednocześnie po zdarzeniach związanych z dużymi przeciążeniami pojawiają się koszty "ukryte" – dłuższe naprawy, trudniejsze serwisowanie i bardziej skomplikowana diagnostyka. Praktyka eksploatacji maszyn takich jak Airbus A350 czy Boeing 787 Dreamliner pokazuje, że zyski z nowoczesnych materiałów w locie mogą oznaczać poważniejsze wyzwania podczas utrzymania samolotu na ziemi.