Assassin’s Creed w czopku
Kiedy w 2007 roku niejaki Altair pojawił się na naszych konsolach, nikt chyba nie przypuszczał, że to początek czegoś wyjątkowego. Oczywiście, sama gra była naprawdę niezła, ale czy ktoś prognozował, że w ciągu następnej dekady stanie się ona pniem, z którego wyrośnie gąszcz kontynuacji, rozszerzeń, a nawet podseria platformówek o nazwie Assassin’s Creed Chronicles?
Tym bardziej trudno było wtedy przewidzieć, że dziesięć lat po premierze protoplasty gier doczekamy się kinowego „wysokobudżetowca” o tej samej nazwie. A tak się właśnie stało i w momencie, kiedy cyfrowe przygody asasynów mają już chyba za sobą lata świetności (ale może się mylę), próbuje się reanimować tę formułę w ramach X muzy.
Jednak film, mimo pokładanych w nim nadziei, nie zafundował nam ani istotnego poszerzenia znanego uniwersum, ani nawet opowieści równie ekscytującej, co cyfrowy pierwowzór. Prawdę powiedziawszy, jest to po prostu Assassin’s Creed w pigułce. A raczej, wybaczcie dosadność, w czopku.
Cisza przed nudą
Na sali kinowej milknie siorbanie z tekturowych kubków i chrupanie popcornu. Wszyscy zamierają bez ruchu, bo oto zaczyna się Assasin’s Creed. Po raz pierwszy na wielkim ekranie, po raz pierwszy w doborowej obsadzie… Jak gdyby w ogóle po raz pierwszy! Ta chwila domaga się ciszy. Mija pół minuty i… siorbanie z chrupaniem wraca do normy. Tyle było tego napięcia.
Dalej, niestety, jest jeszcze gorzej. W każdym razie przez pierwsze dwadzieścia minut, które trudniej strawić, niż kubeł prażonej kukurydzy popitej gazowanym cukrem w płynie. Głównie dlatego, że cała ta kinowa opowieść zaczyna się w sposób tak banalny i przewidywalny, jak to tylko możliwe.
Pamiętacie początek Assassin’s Creed III albo jego następcy Black Flag. Ile tam było „nieoczywistości”, ile suspensu, ile zwrotów akcji… Mój Boże, nawet inauguracyjne przygody Altaira były bardziej zwodnicze w swojej pierwszej sekwencji, niż tegoroczny film o asasynach.
Ten ostatni zaczyna się w taki sposób, jak gdyby scenarzyści (o ile w ogóle byli obecni podczas produkcji, ale więcej o tym za moment) chwycili się pierwszego lepszego pomysłu, jaki przyszedł im do głowy i uznali go za tak genialny, że nie trudzili się wymyślaniem kolejnych.
Na szczęście, jeśli uda nam się nie zasnąć przez te pierwszych kilka scen, to później otrzymamy rekompensatę. Zdecydowanie zbyt skąpą, ale jednak.
Cotillard bierze Fassbendera
Dość ogólników! Powiedzmy sobie, co drzemie w tym kinowym Assassin’s Creed. Wiemy, że Hiszpania, wiemy, że czasy inkwizycji, wiemy, że Cotillard, Fassbender i Irons. To jednak w najmniejszym stopniu nie wyczerpuje tematu. Bo przecież nie są istotne pojedyncze elementy układanki, ale obrazek, jaki da się z nich ułożyć.
Byłem niezmiernie ciekaw, jak do tego tematu podejdą autorzy filmowego Assassin’s Creed. Zwłaszcza, że miałem w pamięci te pełne podniecenia chwile, kiedy przed laty śledziłem perypetie wirtualnego Desmonda.
Przypomnijmy: zwykły facet zostaje porwany przez tajemniczych templariuszy, którzy za pomocą Animusa odtwarzają przechowywane w jego krwi (czy raczej DNA) wspomnienia asasynów. Cała opowieść toczy się na dwóch planach – współczesnym i historycznym. A celem wszystkich knowań jest Jabłko Edenu.
To było coś! Jak więc wygląda opowieść w tegorocznym filmie? Czy dorasta do growej fabuły sprzed lat? Z pewnością twórcy robią wszystko, żeby tak się stało. Bo oto poznajemy zwyczajnego gościa, który zostaje uprowadzony przez nikczemnych templariuszy.
Wszystko dlatego, że w jego krwi zakodowane są wspomnienia przodków. Na szczęście można je wyciągnąć za pomocą Animusa i tym sposobem odnaleźć – nie zgadniecie! - Jabłko Edenu. Dodam dla formalności, że sekwencje współczesne przeplatają się z historycznymi.
Jak więc widzicie, jesteśmy w domu. Szkoda tylko, że ten dom to przyprawiające o mdłości deja vŭ. Oczywiście, można powiedzieć, że ramowa konstrukcja wszystkich opowieści z serii Assassin’s Creed jest do siebie podobna, choć w tym przypadku aż nadto. Znajdzie się parę nowych motywów i zwrotów akcji, ale tyle, co kot napłakał.
Więcej nie powiem, żeby uniknąć spoilerów. Wprawdzie cały film jest tak przewidywalny, że sam robi za swój własny spoiler, ale zachowam recenzencką przyzwoitość i nie będę się do tego dokładał.
Ujmując rzecz jeszcze inaczej, niby to pozycja dla fanów Assassin’s Creed, bo mnóstwo w niej smaczków i aluzji adresowanych właśnie do tej grupy. Z drugiej jednak strony, tylko osoby nie znające ubisoftowego klasyka mogą znaleźć na kinowym ekranie coś świeżego. Ta sprzeczność jest trudna do zrozumienia i z powodzeniem może posłużyć za gwóźdź do filmowej trumny.
Albo gadamy, albo mordujemy
Podwójna konstrukcja całości, przeplatająca sekwencje historyczne ze współczesnymi, świetnie się sprawdzała w przypadku gier. Niestety, na wielkim ekranie jest zgoła inaczej.
Dzieje się tak za sprawą mało wyszukanego podziału. Sceny z inkwizycyjnej Hiszpanii to w zasadzie tylko pretekst, żeby poskakać po dachach, a znowuż XXI-wieczna rama ogranicza się do długich rozmów tłumaczących całe zamieszanie. W każdym razie tak jest przez dużą część filmu.
A szkoda, bo przecież można było gęściej spleść intrygę i rozciągnąć ją na sześć wieków, łącząc to, co dawne i to, co dzisiejsze w skomplikowaną maszynkę do produkcji suspensu. Tak się jednak nie stało.
Znajdziemy w filmie Assasin’s Creed trochę tego, co w grach z tej serii pokochaliśmy najbardziej, czyli mroczne machinacje i moralne szarości czy też rozgrywane między historycznymi postaciami gierki polityczne. Trzeba jednak wyraźnie podkreślić to okrutne, acz adekwatne słówko „trochę”.
Jest jeszcze, rzecz jasna, akcja. Ta, której symbolem stały się ukryte w rękawach ostrza i straceńcze skoki z wież. I to zdecydowanie największy plus tego filmu. Parę sekwencji pościgów przyprawiło mnie o dreszcze na plecach i niemal pozwoliło zapomnieć o niedoróbkach kinowego Assassin’s Creed.
Niemal! Bo nawet te tętniące adrenaliną momenty kuleją w tych miejscach, w których twórcy filmu próbują nas przekonać, że potrafią imitować znaną grę. W porządku, ja w to wierzę! Czy trzeba mnie o tym na okrągło zapewniać? Jak widać, innego wyjścia nie ma.
Patrzcie, on skacze tak, jak skacze!
„TO JEST FILM OPARTY NA GRZE ASSASSIN’S CREED!” Taki napis mógłby migać przez cały czas trwania seansu. Na samym środku ekranu, pisany wielkimi literami. Zwłaszcza, że obrazy non-stop komunikują nam dokładnie to samo.
Kiedy główny bohater (a w zasadzie przodek głównego bohatera), hiszpański asasyn Aguilar, skacze z wysoka na jednego z templariuszy, możemy zobaczyć ze szczegółami, na zwolnionych zdjęciach, że dokonuje tego w identyczny sposób, jak bohaterowie gier Ubisoftu.
To żaden wyjątek, bo takich momentów jest całkiem sporo. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że przez połowę filmu napięcie buduje się wokół jakże wyrafinowanego pytania: kiedy wreszcie ten koleś skoczy z wieży na stóg siana?
Patrząc na te wszystkie wygibasy żywcem wycięte z gry, miałem wrażenie, że to już nie film, ale jakaś wielka celebra Assassin’s Creed. Ubisoftowy hit przegląda się w lustrze, a my mamy go oklaskiwać w akompaniamencie „ochów” i „achów”.
Moja prababcia, kiedy nagrano jej głos na magnetofonowej taśmie, nie mogła zrozumieć, jak to się dzieje, że mówi naprawdę, w rzeczywistości, a potem słyszy sama siebie z magicznej skrzynki. Było w tym coś z zachwytu. I mam wrażenie, że podobnie chcą nas oczarować twórcy Assassin’s Creed.
Jak gdyby mówili: „Pamiętacie, jak asasyni fajnie skakali w grze? Patrzcie, tutaj skaczą tak samo!”. Czasem nawet nie muszą skakać. Starczy, że stoją na dachu, a kamera wgapia się w nich przez dobre kilkanaście sekund, jak sroka w gnat.
Szkoda, że równie dużo uwagi, co kalkowaniu growych akrobacji, nie poświęcono na przykład wypowiadanym przez aktorów kwestiom. Otóż, dialogi w filmie Assassin’s Creed są w pewien sposób… One plasują się… układają się…
Krótko mówiąc, są do bani! Przepraszam, ale nie będę wertował Kopalińskiego w poszukiwaniu tego jednego jedynego słowa, które byłoby w stanie je trafnie określić, skoro serce już podpowiedziało, jakim zwrotem się posłużyć.
Trójca Irons, Cotillard i Fassbender robi, co może, ale jak grać, kiedy nie ma co grać? Wszystko jest sztywne i do bólu poprawne, jak rozprawka szóstoklasisty. Przez niecałe dwie godziny seansu napotkamy może z jednego onelinera, dwa żarty i ze trzy cięte riposty. A i one zostały wygrzebane z najniższych warstw scenariopisarstwa.
Przykro mi, ale samo kicanie po dachówkach to trochę mało, żeby mnie zachwycić. Innymi słowy, nie liczy się tylko to, że z magnetofonu dobywa się głos. Ważne też, co ma do powiedzenia.
Człowiek z krwi i siana
Gdyby się dobrze zastanowić, układana od dziesięciu lat przez serię Assassin’s Creed historia to całkiem wdzięczny temat do ekranizacji.
Z jednej strony templariusze, którzy w sposób autorytarny walczą o pokój na świecie (można powiedzieć, że o władzę, ale właśnie ta niejasność pobudza wyobraźnię). Z drugiej – grupa bezideowych asasynów, która jakimś cudem wyrasta na pozytywnych bohaterów odwiecznego konfliktu.
Starczy dorzucić do tego problem ludzkiej tożsamości, bo o to w końcu zahacza cała ta heca z zakodowanymi wspomnieniami, pochylić się nad historiozoficznymi dylematami, jakoś zahaczyć o sprawy teologiczne i można by sklecić z tego arcydzieło science-fiction.
Tymczasem twórcy filmu Assassin’s Creed zaprzęgają plejadę światowych aktorów do biegania po dachach i prawienia banałów. Gdzieniegdzie próbuje się to intelektualnie doprawiać, ale i tak całe danie pozostaje bez smaku. Czemu zresztą trudno się dziwić, skoro czuć na kilometr, że w tym wszystkim chodzi przede wszystkim o siano. W każdym znaczeniu tego słowa.
Ocena końcowa:
- widowiskowe sceny walk i pościgów
- malownicze (choć nie do końca wykorzystane) krajobrazy XV-wiecznej Hiszpanii
- doborowa obsada...
- ...która robi co może, ale scenarzyści skutecznie podcinają jej skrzydła
- drętwe dialogi
- całość sprawia wrażenie zabawy w imitowanie gry