Battleborn – ostatnia ustawka we wszechświecie

Eksperymentalna konwencja Battleborn ma spore szanse trafić do serc graczy, o ile tylko nie potknie się o własne nogi lub, co gorsza, zostanie przeoczona.

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Gearbox Software zasłynął w świecie gier zakręconą i gromko oklaskiwaną serią Borderlands. Jednak od premiery drugiej części trylogii o poszukiwaczach skarbów z Pandory (i ostatniej, za którą odpowiadali pomysłodawcy cyklu) minęły już blisko cztery lata. Nic więc dziwnego, że deweloperzy spod znaku zębatych kół postanowili wydać na świat nowy tytuł, który ma powtórzyć sukces ich starzejącego się flagowca.

Battleborn - walka z mechanicznym pająkiem

Choć tegoroczny Battleborn w wielu aspektach do złudzenia przypomina Borderlands, różnic nie brakuje. Pandorowa strzelanka łączyła w sobie elementy FPS-a i RPG, a świeżutkie przygody obrońców Solusa zapożyczają się u gatunku MOBA. Natomiast to, co łączy oba tytuły, to niezmiennie sztubackie poczucie humoru, wariackie strzelaniny, widowiskowe eksplozje i „rysunkowa” grafika.

Battleborn - szalona strzelanina

Pytanie tylko, czy ta mieszanka po raz kolejny wystrzeli pod niebo wirtualnymi fajerwerkami czy raczej wybuchnie twórcom prosto w twarz? Postanowiliśmy to sprawdzić w naszym redakcyjnym zespole. Bo skoro Battleborn chlubi się rozgrywką wieloosobową, to i recenzja powinna być pisana w trybie „multi”.

Ploty z Solusa

Zdecydowanie najsilniejszą stroną Battleborn jest tryb opowieści, który łączy w sobie dość luźno powiązane fabularnie etapy w naprawdę wciągającą kampanię. Wprawdzie misje są dosyć grubo ciosane i widać na pierwszy rzut oka, że powstawały z myślą o przaśnej zespołowej jatce, ale w najmniejszym stopniu nie stanowi to ich wady. 

Battleborn - kooperacja dla 5 graczy

Satysfakcja ze wspólnego masakrowania hord galaktycznych najeźdźców jest niebotyczna i chyba tylko najwięksi malkontenci mogliby się czepiać powtarzalności zadań czy też ich prostej jak lufa karabinu konstrukcji. 

Sklecenie ze zbieraniny niezwykle zróżnicowanych bohaterów zgranego składu, a następnie parcie do celu przez sterty trupów to kwintesencja tej gry. Nic, tylko podziwiać rysunkowe eksplozje i testować zdolności zadziwiająco oryginalnych postaci Battleborn.

Battleborn - wybór postaci

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

Oj tak, trup ściele się tu gęsto. Szkoda tylko, że nie za bardzo wiadomo co, jak i dlaczego. OK, mamy w tle opowieść o dziwacznej zbieraninie wojowników z różnych planet, którzy łączą siły by pokonać równie dziwacznego gościa pragnącego zniszczyć ostatni nadający się do życia układ słoneczny. Fabuła ta jest jednak tak szczątkowa i potraktowana po macoszemu, że w zasadzie mogłoby jej nie być.

Battleborn - animowane intro

Co gorsze, to co faktycznie mogłoby nas wciągnąć w historię czyli rozmowy, które słyszymy podczas misji, często okraszone zresztą ciekawymi żartami, zupełnie nam umykają. Dlaczego? Bo kto by wsłuchiwałby się w jakieś gadki albo czytał pojawiające się na ekranie linijki tekstu gdy wokół świszczą kule. Szkoda, że nie pokuszono się tu o jakieś spolszczenie. To mogłoby pomóc.

Battleborn - szczątkowa fabuła

Gdy jednak zapomnimy o takim drobiażdżku jak fabuła faktycznie bawić się będziemy świetnie. Ale tylko w multi - niezależnie czy to będzie kanapowa czy sieciowa kooperacja kompan, a najlepiej kompani być muszą. Granie w Battleborn pojedynkę, choć możliwe, mija się z celem. Wówczas będzie to po prostu najzwyklejsza strzelanka.

Battleborn - walka w grupie

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Prawdę powiedziawszy, Macieju, wolałbym w pojedynkę zasuwać przez świetny „story mode”, niż w najlepszym nawet towarzystwie męczyć tryby „versus”. Niby wybieramy spośród trzech rodzajów bitew, ale wszystkie one wypadają dosyć blado na tle kampanii. 

Pierwszy z nich to niemal klasyczne przejmowanie punktów, drugi polega na eskortowaniu małych stworków i niszczeniu machin kroczących przeciwnika, natomiast trzeci to ochrona grup „minionów”, które nabijają nam punkty wskakując do szczękających żelaznymi kłami pieców.

Battleborn - tryby versus

O ile pierwsze dwie opcje zupełnie mnie nie zachwyciły, o tyle trzeciej udało się zatrzymać mnie na dłużej z padem w ręku. Chyba najbardziej rewolucyjny jest tutaj rozdział ról na polu bitwy pomiędzy zróżnicowanych bohaterów. 

Mamy tutaj i wampiropodobnego akrobatę z dwoma lśniącymi czerwono katanami, i swojską górę mięcha z wiecznie przegrzewającym się minigunem, a nawet filigranową szermierkę w balowej kiecce.

Battleborn - ochrona minionków

Problem polega na tym, że wszystkie te pomysłowe elementy nie składają się w porywającą całość. (Przypomnę, że mówię tu jedynie o trybach „versus”!) Zupełnie jak gdyby po drodze zaginął jakiś jeden tajemniczy kawałeczek. 

Jak powiedzieliby jurorzy jednego z popularnych programów telewizyjnych, brakuje czynnika X! Co za tym idzie, z bólem serca wieszczę, że drużynowe mecze Battleborn poniosą sromotną porażkę w pojedynku z nadchodzącym wielkimi krokami Overwatchem.     

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

Co racja to racja – Battleborn w wydaniu Versus niestety nie porywa. Za dużo tu niepotrzebnego chaosu. Być może, jak już gracze poznają dokładnie wszystkie postacie (a te swoją różnorodnością powalają) i lokacje potyczki nie będą przypominały ferii eksplozji, spoza których nic absolutnie nie widać. 

Oczywiście można już spotkać otrzaskanych graczy, ale wówczas lepiej żeby znaleźli się w Twojej drużynie. Inaczej będzie to raczej jednostronna zabawa. 

Battleborn - żywy przeciwnik w celu

Nie jestem miłośnikiem festiwalów frustracji więc i Versus dawkuje sobie w ilościach minimalnych. Dużo bardziej wole wracać i powtarzać misje fabularne zwiększając powoli poziom trudności.

Battleborn - śmierć na polu bitwy

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Festiwal frustracji to może nieco za dużo powiedziane, ale co do chaosu trudno się nie zgodzić. Rzeczywiście, powtórki z misji fabularnych są znacznie przyjemniejszą alternatywą. A warto do nich wracać chociażby dla samego podziwiania krajobrazów.

Battleborn - zdarzają się i mroczne lokacje

Podobnie jak w przypadku Borderlands, również i w Battlebornie nie uświadczymy fotorealistycznej oprawy wizualnej. Jednak tym razem, zamiast rysowanej grubą krechą, na wskroś komiksowej grafiki, odnajdujemy kadry, które przywodzą na myśl szkicowaną nieco lżejszym piórem kreskówkę. 

Battleborn - walka z hordami przeciwników

Zresztą samo intro do gry jednoznacznie sugeruje telewizyjne inspiracje. Muszę przy tej okazji zaznaczyć, że jest to jedno z bardziej stylowych wprowadzeń do rozgrywki, jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać.

Szkoda tylko, że twórcy nie pokusili się o przygotowanie całej serii takich animacji na rozpoczęcie każdej kolejnej misji, zamiast tego serwując nam stale to samo krótkie intro z tytułem.

Battleborn - każda postać ma własne umiejętności

Tak pomyślana oprawa graficzna sprawdza się wyśmienicie w trakcie rozgrywki i jest tutaj całe mnóstwo elementów, na których można na dłużej zawiesić oko. Począwszy od karykaturalnych modeli postaci, a kończąc na detalach lokacji.

Battleborn - nietypowi bohaterowie

A skoro już mowa o tych ostatnich, układ słoneczny Solus oferuje niezwykle zróżnicowane i zapierające dech w piersiach krajobrazy. Od wyłożonych trumnami zamczysk, będących zapewne kosmiczną wariacją na temat prozy Stokera, aż po pełne fantasmagorycznych roślin gęstwiny. W tak pięknych okolicznościach przyrody od razu przyjemniej wysadzać, faszerować ołowiem i szatkować na drobne plasterki.      

Battleborn - spora różnorodność lokacji

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

Tak jak nie przepadam za stylistyką Borderlands, tak Battleborn od razu mnie kupiło. I nieważne, że kreska jest tu grubociosana, że kolorki biją po oczach czy że tekstury bywają nad wyraz ubogie. To wszystko tu po prostu pasuje – do tego świata, do zakręconych postaci i radosnego strzelania, sieczenia mieczem, rzucania nożami i ogólnie siania zniszczenia i pożogi. 

Pod względem oprawy wizualnej Gearbox miał swój koncept i świetnie go zrealizował.

Battleborn - skoki przez przepaście

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Tak jest, oprawa graficzna to jednorodny, spójny koncept. Szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o całym projekcie rozgrywki. 

Wieść gminna niesie, że Battleborn to połączenie FPS-a z elementami gatunku MOBA. Jako że mam w sobie coś z niewiernego Tomasza, nie dałem wiary tym plotkom, zanim osobiście nie wsadziłem paluchów w podziurawiony kulami bok najmłodszego dziecka Gearbox Software.

Battleborn - jeden z trybów versus

Najwięcej „mobowych” smaczków udało mi się odnaleźć w części oznaczonej hasłem „versus”, jednak nie brakuje ich też w trybie opowieści. To, co w pierwszej kolejności zwraca uwagę, to przymus eskortowania nieporadnych stworków, które falami atakują struktury wroga lub próbują się przepchnąć przez bramę kosmicznego pieca-ołtarza. 

Do tego dochodzi jeszcze zdobywanie kolejnych poziomów, które odbywa się głównie w trakcie pojedynczej partii, a nie w przerwach między meczami. To zabieg żywcem wycięty z gier MOBA. Z każdą minutą potyczki dostajemy nowe zdolności, przy którymś z kolei poziomie pojawia się w naszych rękach tak zwany „ultimate”, a wraz ze zwycięstwem lub porażką wszystko to idzie w zapomnienie.

Battleborn - rozwój postaci przez dodawanie nowych umiejętności

Nie da się ukryć, że także wyspecjalizowanie postaci zahacza o gatunek MOBA. Każdy musi odpowiednio pełnić swoją rolę na polu bitwy, żeby drużyna odniosła sukces. Powiecie, że tak samo jest prawie we wszystkich FPS-ach? Nie do końca. Tutaj mamy większy rozstrzał pomiędzy zdolnościami poszczególnych postaci i stylem gry, jaki narzucają.

Battleborn - każdy bohater ma własną mechanikę rozgrywki

Ile by nie dywagować nad tym temat, koniec końców trzeba się skonfrontować z pytaniem: czy Battleborn jest MOBĄ? W mojej opinii... absolutnie nie! Owszem, kto poszuka, ten znajdzie elementy tego gatunku (i nie jest ich wcale mało), ale w gruncie rzeczy przygody bohaterów z Solusa to tylko kreatywnie pomyślana strzelanka. No właśnie - „tylko” czy „aż”? Każdy musi to rozsądzić zgodnie z własnym gustem i oczekiwaniami.  

Battleborn - obrona robotów

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

MOBA to zawsze były Twoje, Jakubie klimaty. Mnie, pomimo kilku podejść do tematu, jak dotąd nie udało się nikomu zarazić ani LoLem, ani Heroes of the Storm, ani żadną inną. W Battlebornie jest zresztą podobnie. 

Czy dużo jest tam tej MOBY? No styl rozgrywki nieco ją przypomina. I pewnie dlatego swoich fanów z pewnością znajdzie. Czy ja będę pośród nich? Jak na razie trudno powiedzieć. Próbuje, walczę, łaknę zwycięstwa, ale jak dotąd z mizernym skutkiem. A nic tak nie podcina skrzydeł jak porażka, jedna za drugą.

Battleborn - samotny przeciwnik

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Ależ nie trzeba przecież być od razu fanem MOBY, żeby się dobrze bawić przy Battleborn. Mówisz o tym, że porażki skutecznie zniechęcają. Ale czy to kwestia „mobowych” elementów? Problemem jest chaos na polu bitwy i parę innych mankamentów. Jedno z drugim wcale nie musi być powiązane. 

Battleborn - ostatnia misja fabularna

A chyba przyznasz, że poza frustrującymi trybami „versus” najmłodsze dziecko Gearbox Software obsypuje nas podarkami jak Święty Mikołaj dzieci swojego ulubionego renifera. I dzięki temu bardzo skutecznie przykuwa do ekranu!

Battleborn - pula dostępnych postaci

W końcu każdy gracz czasem upodabnia się do zombie. Komu nie zdarzało się siedzieć przed ekranem z rozdziawioną gębą i jęczeć przeciągle „Looot”? Taka prawda, że niewiele rzeczy równie mocno motywuje do dalszej gry, co dobrze dystrybuowane skarby. W Battleborn nie będziemy kolekcjonować „bazylionów” sztuk broni, jak to miało miejsce w Borderlands, ale za to od czasu do czasu zdarzy nam się znaleźć element ekwipunku.

Battleborn - zdobywany ekwipunek

To nic innego, jak odpowiednik znanych z innych gier „perków”. Z tą różnicą, że ekwipunek odpalamy w trakcie misji za zebraną z ciał wrogów i ciemnych zakamarków mapy walutę. Być może na papierze wygląda to dosyć skromnie, ale wierzcie mi, że naprawdę nieźle motywuje do dalszego przedzierania się przez zastępy kosmicznych przeciwników.

Battleborn - potyczka w trybie fabularnym

Rzecz jasna, to nie jedyny sposób, w jaki twórcy zachęcają nas do kontynuowania rozgrywki. Chyba jeszcze skuteczniejszym rozwiązaniem jest nagradzanie nas nowymi postaciami. Naszą przygodę z Battleborn zaczynamy mając dostęp zaledwie do kilku bohaterów. Dopiero kolejne zwycięstwa powiększają zabójczy skład naszej ławki rezerwowych.

Battleborn - postacie zyskują nowe pozy i kostiumy

Oprócz tego, walczymy też między innymi o skórki, pozy i inne drobiazgi. Ktoś powie, że tego nie należy bagatelizować. Zgoda, jednak mnie osobiście znacznie silniej motywuje nowa postać, niż – dajmy na to – nabyta przez mojego drwala z minigunem umiejętność klepania się po tyłku. 

Battleborn - Montana i nowa poza

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

Postacie w Battleborn to jak dla mnie czysty majstersztyk. Niesamowity rozstrzał, zarówno pod względem koncepcji jak i rządzących nimi mechanik. Góra miecha z minigunem, Jednooki „Muchomor”, niebieski pseudo krasnolud z toporem nader chętnie pokazujący swój pośladek, robot-dżentelmen-snajper i wiele, wiele innych - tu po prostu nie da się nie znaleźć czegoś dla siebie.

Battleborn - podsumowanie misji

Szczególnie, że każdy bohater dysponuje swoimi unikalnymi umiejętnościami. Pomysł z osadzeniem ich na helisie, z której w momencie zdobycia poziomu możemy wybrać tylko jedną zdolność z danej nam pary jest równie genialny. Sprawia, że chcemy wypróbować i inne konfiguracje. Dodatkowym impulsem są alternatywne umiejętności dodawane do każdej pary.

Battleborn - nowe umiejętności to impuls do dalszej gry

I tu w zasadzie moje zachwyty się kończą, bo tam gdzie Ty widzisz deszcz nagród ja dostrzegam jedynie zmarnowany potencjał. Dobra, mamy perki. Do tego łakomie podzielone na zwykłe, niepospolite, rzadkie, unikatowe, w standardowych dla tego typu rzeczy kolorach – od białej, poprzez fiolet, po złotą. Faktycznie wygląda to zachęcająco.

I byłoby takie gdyby – a) perków nie było od groma, b) nie były tak do siebie podobne, c) – zużywałby się. A tak, mamy pełną skrzynie specjalnych zdolności, z którymi tak naprawdę nie ma co robić. Jedno jest pewne – nagrodą za granie z pewnością żaden z nich nie jest. Podobnie jak skórki czy nowe pozy postaci. OK, są miłym bonusem, ale żeby od razu traktować je coś co mnie zmotywuje do dalszej zabawy? 

Battleborn - miła dla oka grafika

Pod tym względem Destiny było dużo lepsze, choć i ono bardziej kusiło niż nagradzało. Ważne jednak, że była w grze jakaś marchewka, coś co chciało się zdobyć i po co było grać. Battleborn tego niestety nie posiada.

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

Oj, faktycznie marudzisz jak jakiś stary ramol… Zdobywany w czasie misji ekwipunek może rzeczywiście nie jest najłatwiejszy do opanowania przez co jego wartość nagradzająca nieco spada. Jednak na pewno nie do zera! 

Nawet, kiedy nie do końca byłem w stanie oszacować, który z „perków” najlepiej będzie mi służył na polu bitwy i który powinienem wrzucić do plecaka, to i tak sprawiało mi radość zdobycie tego czy innego gadżetu. Także wtedy, kiedy nie do końca wiedziałem, co z nim zrobić. Jasne, jasne, to dziecinne... ale też satysfakcjonujące! 

Battleborn - powiększający się schowek na ekwipunek

Dość jednak o porównywaniu elementów ekwipunku, bo czas na zupełnie inne zestawienie. Chodzi, rzecz jasna, o końcowy bilans plusów i minusów Battleborn. Ja to widzę tak:

Infantylny humor z najwyższej półki, banda najbardziej pokręconych zadymiarzy we wszechświecie, wciągające misje, potwory równie przerażające, co zabawne i potężne eksplozje wstrząsające planetami. To kładziemy na jednej szali. 

Drugą obciążają przede wszystkim nieco przekombinowane i chaotyczne  tryby „versus”. Dorzućmy jeszcze do tego kulejący marketing i sprawdźmy, co pokaże wskaźnik naszej wagi.

Battleborn - zwariowana banda wojowników

Z mojej strony werdykt może być tylko jeden! Gearbox Software udowodnił po raz kolejny, że potrafi stworzyć doskonale zaprojektowany produkt, uwodzący lekkimi dowcipami i ciężkimi spluwami. Misje trybu opowieści wprost domagają się powtarzania ich wciąż od nowa, a kolejni bohaterowie zachęcają, żeby ćwiczyć się w wykorzystywaniu ich talentów.

Battleborn - rozdział punktów po misji

Okiem starego zgREDa Barona - Maciej Piotrowski

I tak i nie. Owszem, zgadzam się że Battleborn to gra nieprzeciętna, świetnie zaprojektowana, z olbrzymim poczuciem humoru, całą masą różnorodnych postaci i tonami czystej frajdy podczas kolejnych misji pokonywanych z grupą innych graczy. Problem w tym, że albo szwankuje matchmaking albo po prostu chętnych do zabawy nie ma za wiele. Nie raz zdarzało mi się czekać po 5 minut i dłużej na skompletowanie drużyny. 

Battleborn - obrona punktu

Powiecie pewnie – nie ma co się dziwić, bo ludzie siedzą w multiku - trybie versus. Niestety, tu też ze znalezieniem sparing partnerów zbyt różowo nie jest. Trudno mi orzec gdzie jest pies pogrzebany – czy w słabym kodzie sieciowym czy faktycznie małej nośności Battleborn. 

Battleborn - Kleese

Recenzując grę nie ma co oceniać jej kampanii reklamowej. Nie od tego jesteśmy. Nie da się jednak nie zauważyć, że bliskie „sąsiedztwo” zupełnie odmiennego Overwatch (beta testy i premiera gry) odebrało nowej grze Gearbox Software należne jej 5-minut. Wszędzie widać nową grę Blizzarda, a Battleborn zupełnie gdzieś zniknął. Szkoda, bo potencjał Battleborn dopiero się odkrywa, a wiele wskazuje, że moc drzemie w nim potężna. W mojej osobistej kolekcji gier do „koopa” tytuł ten wskoczył właśnie do pierwszej trójki.

Okiem Jakuba - Jakub Jakubowicz

I tymi prostymi, ale szczerymi wnioskami kończymy ten recenzencki dwugłos. Battleborn wciąż werbuje nowych graczy, a obecni rekruci już ładują pukawki i uzbrajają ładunki wybuchowe. Czas wracać do układu Solus! W końcu wszechświat sam się nie ocali. Trzeba paru świrów, którzy mu w tym pomogą.

Battleborn - grafika promująca grę

Ocena końcowa:

  • dające niebywałą frajde misje trybu opowieści
  • zgraja oryginalnych i pokręconych postaci
  • zmyślnie zaprojektowane mapy
  • satysfakcjonujący system rozwoju bohaterów
  • spora "regrywalność" misji
  • możliwość zabawy w kooperacji z 5 innymi graczami
  • ciekawa, rysunkowa grafika
     
  • pełne chaosu i przesadnie złożone tryby "versus"
  • brak polskich napisów
     
  • Grafika:
    dobry
  • Dźwięk:
     dobry plus
  • Grywalność:
     bardzo dobry
Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!