Battlefield 1, czyli meldujcie się posłusznie do piekła
Repetuj broń! Gdzie się gapisz?! Fryce na ziemi niczyjej! Lewa flanka potrzebuje wsparcia. Dalej, dalej, nie stój jak słup soli! Chwytaj za kaem i pruj do wroga! Czekaj, czekaj, zostaw tę pukawkę, łap dynamit – czołgi rozjeżdżają naszych chłopców! Synu, weź się w garść, bo nas wybiją do nogi!
Battlefield 1 zaczyna się jak ta recenzja. Bez wstępu, bez czułych słówek, bez „dzień dobry” i głaskania po głowie. Wita nas wyżerający gały iperyt, grad kul i walące w okopy pociski wrogiej artylerii. Powiedzieć o nowej produkcji EA, że to strzelanina, to nic nie powiedzieć!
„Za chwilę przeniesiesz się na linię frontu. Twoje szanse na przeżycie są minimalne.” Ten komunikat to jedyne ostrzeżenie, jakie otrzymujemy, a później… Cóż, potem jest tylko pierwszowojenne piekło, w którym nie sposób się odnaleźć.
Przypominają mi się początkowe sceny historycznych klasyków, takich jak Call of Duty numer jeden czy leciwy Medal of Honor. W tym pierwszym tytule lądowaliśmy na spadochronie za liniami wroga, w drugim – szturmowaliśmy plażę Normandii.
Chyba każdy pamięta te kultowe etapy rozpoczynające nie mniej legendarne kampanie. Ale Battlefield 1 pokazuje nam coś, czego do tej pory nie widzieliśmy. Wydawało się, że niejedno mieliśmy okazję już przeżyć na wirtualnych polach bitew, ale czegoś takiego – jeszcze nie.
Najnowsza część kultowej serii nie tylko robi nam powtórkę z konfliktu sprzed stu lat, ale też już od pierwszych minut sama stara się przejść do historii. Na razie mowa, rzecz jasna, o kampanii dla pojedynczego gracza, która po tym brawurowym otwarciu nieprzerwanie utrzymuje się na zawrotnie wysokim poziomie.
W przypadku sieciowych potyczek sprawy mają się równie dobrze. O „jedynce” można mówić wiele, ale podstawowy wniosek narzuca się sam i to zaraz po rozpoczęciu rozgrywki. To jedna z najgenialniejszych odsłon serii.
Wielka Wojna na miarę naszych czasów
Jeszcze tylko mój egzoszkielet i mogę ruszać do walki… Zaraz, zaraz, jaki egzoszkielet? No właśnie, współczesne produkcje prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych futurystycznych gadżetów i przyzwyczajają nas do fantastycznego obrazu pola bitwy, na którym bez dronów, laserowych pukawek, termowizji i mechanicznego wspomagania kończyn ani rusz.
Tymczasem Battlefield 1 przypomina nam, jak wyglądała odwaga i bohaterstwo w czasach karabinów iglicowych, bagnetów i pocztowych gołębi. I jak to było wtedy? Flaki z olejem? Bynajmniej!
Jasna sprawa, Battlefield 1 mocno koloryzuje realia I wojny światowej, jednak w niczym to nie przeszkadza. Początkowo ten sposób projektowania rozgrywki budził u mnie sporo zastrzeżeń, ale wystarczyła garść dynamicznych scen, jak gdyby żywcem wyciętych z hollywoodzkich hitów w stylu Szeregowca Ryana, żebym porzucił wszelkie wątpliwości.
Prędko zapomina się o tym, że karabiny maszynowe nie były na porządku dziennym w czasie Wielkiej Wojny, opancerzeni piechurzy z miotaczami ognia trafiali się jeszcze rzadziej, a jednemu czołgowi raczej trudno byłoby wygrać batalię z całą dywizją pancerną.
Kampania często stosuje narracyjne sztuczki, żeby wytłumaczyć ten stan rzeczy, ale nawet bez tego można by swobodnie przymknąć oko na odstępstwa od prawdy historycznej. W Battlefield 1 liczy się przede wszystkim wartka akcja i batalistyczne sceny, które każą podskakiwać z wrażenia przed ekranem i podtrzymywać opadającą na podłogę szczękę.
Opowieści krwią pisane
Dla mnie Battlefield to przede wszystkim sieciowe potyczki, ale trudno zacząć recenzję „jedynki” od czegoś innego, niż kampania dla pojedynczego gracza.
Owszem, tak jak to przeważnie bywa w tej serii, odnosi się wrażenie, że kolejne etapy jednoosobowej rozgrywki są rozrośniętym do granic możliwości samouczkiem przygotowującym nas do starć w trybie wieloosobowym. Jednak tym razem jest to także niesamowita podróż przez fronty Wielkiej Wojny.
Kampania została podzielona na kilka opowieści. Różni bohaterowie, odmienne charaktery, nietypowe dylematy i miejsca walk rozsiane po świecie. Jednak każda z tych historii zasługuje na miano swoistego mini-serialu, który nie tylko świetnie trzyma w napięciu, ale też pokazuje nam różnorodne oblicza I wojny światowej.
I tak mamy okazję wcielić się między innymi w młodziutkiego czołgistę zagubionego na zachodnim froncie, podejrzanego szulera zasiadającego za sterami dwupłatowca czy też włoskiego zabijakę od zadań specjalnych.
Chyba najbardziej przypadła mi do gustu historia amerykańskiego karciarza, który postanowił sprawdzić się w roli pilota myśliwca. Jego losy na długo zapadną mi w pamięć, a sceny podniebnych batalii, w których brał udział, dosłownie wciskały mnie w fotel.
Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wytknął bądź co bądź kapitalnej kampanii paru wad. Być może nie są to obiektywnie rzecz ujmując znaczne niedociągnięcia, ale jednak w moim odczuciu stały się one malutką łyżeczką dziegciu w tej pierwszowojennej baryłce miodu.
Przede wszystkim przez większość czasu jesteśmy zdani tylko na siebie. Innymi słowy, nasi towarzysze świadczą nam jakieś wsparcie na polu bitwy, ale koniec końców, jeśli sami nie poślemy do piachu połowy niemieckiej armii, to nie mamy szans na zwycięstwo.
O ile taka konwencja świetnie się sprawdza w strzelankach w stylu ostatniego Wolfensteina, o tyle w aspirującym do śladowego chociażby realizmu Battlefield 1 nieco raziła mnie w oczy. W tym ostatnim przypadku wolałbym poczuć się częścią walczącego na froncie oddziału, a nie pierwszowojennym odpowiednikiem Rambo.
Poza tym irytowała mnie też spora liczba sekwencji skradankowych, które nijak nie pasowały do rasowej strzelaniny. Owszem, nie brakuje tu bijących po oczach eksplozjami scen, ale zdarzają się też nieco monotonne przeprawy przez patrole wroga, w których podstawowym narzędziem walki staje się odwracający ich uwagę wabik.
Tyle narzekania! Na więcej się nie poważę, żeby nie przyćmić wniosku, jaki powinien wybrzmieć w ramach podsumowania kampanii dla pojedynczego gracza. Filmowa fabuła wciąga od pierwszych chwil, a całość to wirtualna przygoda, jakiej dawno nie widzieliśmy.
Bagnety w sieci
Kampania dla pojedynczego gracza robi wrażenie. To można powtarzać w kółko, bo i Battlefield 1 w pełni na to zasługuje. Ale zamiast nieprzerwanie się zachwycać tym jednym jego elementem, warto też przyjrzeć się bliżej trybom wieloosobowym. Zwłaszcza, że tutaj też nie braknie symfonii „ochów” i „achów”.
Oprócz znanych i kochanych przez masy trybów, takich jak Dominacja czy Drużynowy Deatchmatch, znajdziemy w Battlefield 1 garść nowinek. Raz będzie to przejmowanie gołębi, które dostarczą koordynaty dla naszej artylerii, innym znów razem celem staną się punkty telegraficznej komunikacji przeciwnika.
Zamiast rozwodzić się po kolei nad każdym z tych trybów, warto wyciągnąć kilka wspólnych mianowników, które pozwolą zrozumieć, dlaczego Battlefield 1 to nie zwyczajna powtórka z rozrywki, ale zupełnie nowa jakość.
Mógłbym zacząć od tego, że mapy są dopieszczone zarówno pod względem grafiki, jak i samego projektu, albo od tego, że pierwszowojenne pojazdy za każdym razem robią wrażenie, kiedy pojawią się na polu bitwy.
Mógłbym też wspomnieć co nieco o rodzajach broni, które przenoszą nas w czasy jednostrzałowych karabinów, snajperek z regulowaną ręcznie optyką celownika, czy szabel kawalerzystów siejących postrach wśród piechoty.
Zamiast tego skupię się na tym, co najtrudniejsze do uchwycenia, ale jednocześnie najistotniejsze w Battlefield 1. A mianowicie na klimacie. Tak, tak, jak się domyślacie, to rzecz niełatwa do opisania, toteż lepiej nie błądzić w abstrakcyjnych ogólnikach, ale zejść na ziemię i przytoczyć konkretne wspomnienia z sieciowych bojów.
Na jednej z map los wcisnął mnie w turecki mundur i rozkazał bronić własną piersią szarych murów fortecy Fao. Brytyjczycy przypuszczali szturm na przedpola, toteż zdecydowałem się chwycić w dłoń karabin iglicowy dalekiego zasięgu, żeby powstrzymać ich, zanim jeszcze na dobre rozpoczną ofensywę.
Jak to zwykle bywa z dobrymi planami, rzeczywistość jest dla nich bezlitosnym sprawdzianem. Kilku poddanych Jego Królewskiej Mości padło od moich celnych strzałów, ale prędko musiałem wycofać się na z góry upatrzone pozycje, kiedy do brytyjskiej piechoty dołączyły ich siły pancerne.
Walka przeniosła się nad strumień, w którego wodach moi towarzysze broni padali jak muchy. Strzelec wyborowy nie miał tutaj wiele do roboty. Przyszła pora, żeby wcielić się w rolę medyka. Niestety, ledwie zdążyłem wejść po kolana w strumień mętnej wody, moja postać zadławiła się gazem musztardowym.
Oczywiście, maska przeciwgazowa jest na podorędziu każdego chwata Wielkiej Wojny, toteż natychmiast naciągnąłem ją na głowę. Niestety, skutecznie utrudniała ona celowanie do przeciwników, toteż z mojej akcji ratunkowej niewiele wynikło.
Tymczasem Czerwone Kurtki zdążyły już dotrzeć pod mury twierdzy. Żeby odeprzeć ich szturm na wąską bramę fortecy, sięgnąłem po zakończony bagnetem karabin maszynowy. Czołgając się między otomańskimi trupami, raz po raz szarpałem za spust.
Krew trysnęła z piersi dwóch Brytyjczyków i obaj niemal jednocześnie padli na ziemię. Trzeci z nacierających próbował szarżować z bagnetem na walczącego u mojego boku cekaemistę, ale zakończyłem żywot agresora silnym uderzeniem saperki.
Trup ścielił się gęsto, a obie strony walczyły tak, jak gdyby nie chodziło o punkty, stosunek zabitych wrogów do liczby zgonów czy inne growe statystyki. Słowo daję, to wykraczało już poza ramy wirtualnej rozgrywki. W pogruchotanych artyleryjskim ogniem murach twierdzy Fao ważyły się losy świata.
Nie poprzestanę jednak na tym nieco patetycznym przykładzie. Posłużę się jeszcze jedną anegdotą. Niemniej zażarty bój stał się moim udziałem na innej z bliskowschodnich map. Po raz kolejny wcieliłem się w żołnierza Imperium Osmańskiego, ale tym razem szczęście było po stronie mojej armii.
Po krótkich przepychankach na jednej z wydm, która ciągnęła się w poprzek pola walki, wszystkie strategiczne punkty znalazły się w tureckich rękach. Przyparci do muru wielbiciele herbatników i piętrowych autobusów nie mogli wydostać się poza ciasne uliczki arabskiej wioski.
W trakcie tej bitwy zajmowałem miejsce na piętrze jednego z budynków. Wyglądając przez okno posyłałem kule z karabinu snajperskiego w stronę tłoczących się w dole żołnierzy wroga. Co tu dużo mówić, byłem tak pewny wygranej, że zignorowałem komunikat o pojawieniu się w polu widzenia pancernego pociągu Brytyjczyków.
To był mój poważny błąd, bo stalowych bestii, które są wprowadzane na pole walki, kiedy jedna ze stron zbiera baty, nigdy nie należy bagatelizować. Ani się obejrzałem, a pędząca po szynach machina otworzyła ogień do budynku, który obrałem za swój punkt strzelniczy.
W mgnieniu oka posypał się na mnie gruz, a ściany i strop obróciły się w perzynę. Udało mi się jeszcze paść plackiem na ziemię, żeby ocalić życie, ale wiedziałem już, że wiele nie zdziałam w tej potyczce. Mogłem tylko patrzeć, jak wzmocnione kolejowym wsparciem oddziały wroga odbijają kolejne domostwa i przejmują przyczółki moich pobratymców.
Starałem się jeszcze kilkukrotnie opuścić tę niepewną kryjówkę, ale kiedy tylko wychylałem z niej nosa, przed moimi oczami błyskały smugi pocisków. Kolejne literki na małej mapie w rogu ekranu zmieniały kolor, a ja, wpatrując się w alianckie bombowce, które równały z ziemią sąsiednie zabudowania, byłem jedynie niemym świadkiem brawurowego kontrataku.
Warto zwrócić uwagę na to, że oba wspomniane przeze mnie spotkania zakończyły się klęską moich wojsk. Nie mówię tego w ramach jakiegoś masochistycznego obnoszenia się z własnymi porażkami. Nie, nie, nic z tych rzeczy.
Wybrałem właśnie te dwa przykłady, bo pokazują one wyraźnie, że niezależnie od tego, czy bitwa w Battlefield 1 kończy się zwycięstwem czy przegraną, zawsze jest ona prawdziwym gejzerem emocji i cyfrową zabawą w najlepszym stylu.
Przepraszam, sir, którędy na Gwiazdę Śmierci?
I wojna światowa toczyła się sto lat temu na Ziemi, a nie dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Ale nie sposób mówić o Battlefield 1, chociażby przelotem nie wspominając o Star Wars: Battlefront.
Po testach wersji beta tej pierwszowojennej strzelaniny wiele osób zarzucało EA zbyt duże podobieństwo obu tych tytułów. Czy jednak te pretensje wciąż pozostają uzasadnione w kontekście finalnej wersji produktu?
Stare przysłowie mawia, że tam, gdzie się spotka dwóch rabinów, tam będą trzy opinie. Myślę, że podobnie sprawy się mają z fanami serii Battlefield i porównaniami „jedynki” z jej gwiezdnowojennym starszym bratem. Dlatego nie roszczę sobie pretensji do udzielania definitywnej odpowiedzi, a zaledwie zabiorę głos w tej kwestii – jeden z wielu.
Battlefield 1 rzeczywiście zakrawa o hybrydę poprzednich części serii i Star Wars: Battlefront. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o podobieństwo grafiki (w obu przypadkach napędzanej silnikiem Frostbite).
Niektórzy wytykają palcami śmigające nad polem bitwy pociski karabinowe, które przypominają im strzały z blasterów, inni trafnie zauważają, że przejmowanie punktów telegraficznych to niemal kalka jednego z trybów Star Wars: Battlefront.
Jednak wszystkie te zastrzeżenia odsunąłbym na dalszy plan i podsumował podobieństwa obu tytułów od EA jednym zdaniem. Battlefield 1, tak jak Star Wars: Battlefront, a zupełnie inaczej, niż poprzednie części wojennych strzelanin, odsuwa na dalszy plan realizm i rozbudowaną jak tors kulturysty rozgrywkę na rzecz nieco umownej, ale pełnej akcji i emocji zabawy.
Widać to chociażby na przykładzie pojazdów, których nie musimy szukać między lejami we francuskiej ziemi, ale wybieramy je z listy przy okazji odradzania się na polu bitwy. Poza tym samoloty w sterowaniu bardziej przypominają X-Wingi, niż odrzutowce znane z poprzednich odsłon Battlefielda. I takich mniejszych lub większych uproszczeń można by tu znaleźć mnóstwo.
Krótko mówiąc – jeśli ktoś będzie chciał odnaleźć Battlefronta w Battlefield 1, ten go tam znajdzie. Dla mnie podobieństwo obu tych tytułów to raczej przykład na to, jak doświadczenia zdobyte podczas jednej produkcji mogą się przełożyć na wyśmienitą jakość drugiej.
Pozdrowienia z Rosji
Skoro już zgadało się o Star Wars: Battlefront, warto na chwilę zahaczyć o temat DLC. EA narobiła sobie całą rzeszę wrogów dość kontrowersyjną polityką sprzedażową gwiezdnowojennego hitu i pewnie wielu zastanawia się, czy i tym razem nie próbuje im się sprzedać okrojonej wersji gry jako pełnoprawnego produktu.
Akurat tę wątpliwości można rozwiać bez problemu i to jednym krótkim zdaniem. Battlefield 1 to rozbudowana całość warta swojej ceny. Map jest pod dostatkiem, a kampania dla pojedynczego gracza mogłaby być sprzedawana jako osobna całość… Chociaż nie, przepraszam, cofam końcówkę poprzedniego zdania, żeby nie podsuwać wydawcom nowych pomysłów na pomnażanie majątku kosztem graczy.
W każdym razie Battlefield 1 to pełna wersja gry, a nie pozbijane na kolanie demo czy inna beta. Aczkolwiek pełna nie znaczy skończona! Nie mówię tutaj tylko o błędach, których wciąż pełno w rozgrywce, mocno kulejącej fizyce jazdy konnej, problemie inwazji oszustów w sieciowych potyczkach czy o graficznych niedoróbkach.
Oczywiście, to też wymaga poprawy i liczmy na to, że w jakiś sposób zostanie połatane, natomiast ja chciałem zwrócić uwagę na możliwość poszerzenia Battlefield 1 o nowe mapy, jednostki czy pojazdy.
Wiadomo na razie, że w grudniu światło dzienne ujrzy pierwszy dodatek o nazwie Upadek Kolosa, który przeniesie nas na miejsce, gdzie rozbił się olbrzymi sterowiec sił niemieckich, a alianci za wszelką cenę próbują przejąć teren wokół wraku, żeby dopełnić przełamania Linii Hindenburga.
Jednak ja z utęsknieniem czekam na DLC, które dodałyby do podstawy potraktowany nieco po macoszemu front wschodni. Wieść gminna niesie, że jednostki rosyjskie pojawią się w jednym z rozszerzeń. Pytanie tylko, czy wraz z nimi będziemy mieli okazję stoczyć boje na nowych mapach w trybie sieciowym, a może nawet rozegrać kolejną opowieść w kampanii dla pojedynczego gracza?
Powiew świeżości sprzed wieku
Battlefield 1942 to było wydarzenie, którego nie sposób zapomnieć. Rok 2002. Bush prowadzi antyterrorystyczną krucjatę w Afganistanie, Jackson zabiera się za montaż Powrotu Króla, trumna z Królową Matką spływa w dół Tamizy, a na ekranach naszych antycznych pecetów wybucha wojna totalna.
Pewnie, tamtego wspomnienia nie sposób przebić. Ale, wierzcie mi lub nie, Battlefield 1 jest cholernie blisko, żeby zapaść w pamięć równie głęboko jak protoplasta serii. Podobieństwo klimatu obu produkcji to jedno, ale liczy się też powiew świeżości, jaki wniosły do życia każdego gracza.
Battlefield 1942 był jednym z pierwszych tytułów, które ukazały nam II wojnę światową w nieznanej dotąd skali. Natomiast Battlefield 1, narodzony w epoce znudzonych drugowojennymi bataliami wielbicieli futurystycznych pukawek i egzoszkieletów, przypomina nam, że historyczne konflikty wciąż mogą być inspiracją dla wirtualnej rozrywki z najwyższej półki.
Mamy już „trójkę”, „czwórkę” i „jedynkę”. Czyżby miała jeszcze powstać „dwójka”, odmienna od starego Battlefield 2 i dopełniająca nową tetralogię? Panie i Panowie, jeżeli tendencja zwyżkowa serii się utrzyma, to boję się o stan swojego serducha. Takiej dawki adrenaliny może ono najzwyczajniej w świecie nie wytrzymać. Cóż… Jak mawiają, grunt to umrzeć z uśmiechem na ustach. Chociaż w tym przypadku będzie to raczej komenda: „Do ataku!”.
Ocena końcowa:
- zapierający dech w piersiach klimat I wojny światowej
- bombarudjąca adrenaliną kampania dla pojedynczego gracza
- nastrojowe mapy
- nieźle odwzorowana broń i pojazdy z epoki
- niesamowite potyczki w trybie wieloosobowym
- orzeżwiająca odmiana względem strzelanek osadzonych we współczesności
- nadmiernie częste sekwencje skradankowe w kampanii dla pojedynczego gracza
- samotne potyczki przeciw całym batalionom wroga w trybie jednoosobowym
- krótka kampania dla jednego gracza
- błędy techniczne
- mocno naciągany realizm momentami bije po oczach
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
super - Grywalność:
super