Kampania dla pojedynczego gracza przedstawia losy byłego członka oddziału specjalnego - Graysona Hunta, który po odkryciu prawdy o swoim mocodawcy – generale Sarrano z hukiem dezerteruje ze służby. Kolejne lata spędza w kosmosie parając się piractwem i marząc o krwawej zemście. Ten chojrak nie stroni przy tym ani od alkoholu ani od kłopotów. Gdy w jednym z swoich pijackich zwidów atakuje flagowy okręt generała Sarrano finał takiej akcji może być tylko jeden. Oba statki rozbijają się na pobliskiej planecie, która kiedyś służyć miała za luksusowy kurort. Obecnie do prawdziwego SPA raczej jej daleko. Opuszczona i zapomniana stała się siedliskiem zmutowanych i nieźle porąbanych mieszkańców, którzy wzajemnie się wykańczają i polują na każdego nieproszonego gościa. Czeka nas więc niezła przeprawa.
Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze zwykłą pierwszoosobową strzelaniną. Fabuła - usprawiedliwiająca anihilacje kolejnych hord przeciwników - dynamiczna akcja, niezły arsenał broni, to standardowe elementy tego typu gier. W pewnym momencie pojawia się jednak coś co zmienia diametralnie grę – punktowanie najbardziej widowiskowego eliminowania przeciwników. Co ciekawe, twórcom udało się uzasadnić nowy system walki w opowiadanej przez siebie historii. Od tej chwili każdy zdobyty punkt jest na wagę złota, bo to od nich zależeć będzie stan naszego arsenału, ilość ataków specjalnych czy nawet zapasy amunicji. Punkty stanowią bowiem walutę za którą możemy kupować nowe broni, ulepszać je i uzupełniać stan magazynków. Czy może być lepszy doping do wymyślania nowych sposobów na wykorzystanie naszych umiejętności? Wiem, brzmi to makabrycznie, ale nie da się ukryć, że świetnie podkręca zabawę. Tu zresztą trudno się nudzić. Twórcy mocno popuścili wodze fantazji serwując nam tak widowiskowe, a zarazem proste pomysły - aż dziwne jak wielkie potrafią zrobić wrażenie. Goniące nas olbrzymie koło górnicze czy starcie z monstrualnie wielkim gadem to tylko niektóre ze świetnie opracowanych momentów gry, dzięki którym tempo rozgrywki nie maleje nawet na chwilę.
Wszystkie zdobyte w czasie kampanii punkty są na koniec sumowane i podawane w formie całościowego wyniku. Czemu ma to służyć? Wzbudzeniu w nas jak największego pragnienia pokonania własnego rekordu. I wiecie co? To rozwiązanie sprawdza się wprost rewelacyjnie. Rzadko kiedy po ukończeniu kampanii ma się jeszcze chęć „usiąść” do niej po raz drugi. W przypadku Bulletstorma pokusa zmierzenia się ze swoim wcześniejszym wynikiem jest bardzo duża. Między innymi dlatego też stworzony został tryb Echa, w którym jedynym celem jest pobijanie kolejnych rekordów punktowych poprzez jak najbardziej widowiskowe i złożone akcje. Walka z innymi graczami o to kto wykręci lepszy wynik jest niezwykle ekscytująca co udowodniła już udostępniona wcześniej na konsolach wersja demonstracyjna gry.
Sieciowa rzeźnia
Oprócz niezwykle grywalnej kampanii i świetnie pomyślanego trybu Echo, Bulletstorm dostarcza również całkiem niezłych emocji podczas zabawy w sieci. Rozgrywka wieloosobowa opiera się tu całkowicie na współpracy. Anarchia, jedyna dostępna jak na razie opcja takiej zabawy, w dość swobodny sposób nawiązuje do trybu Firefight z serii Halo czy Hordy z Gears of War. Podobnie jak tam cała zabawa polega na odpieraniu kolejnych fal przeciwników, z tą różnicą, że tutaj liczy się ilość zdobytych punktów.
Czteroosobowa drużyna musi nieźle się nagimnastykować, aby pokonać narzucony pułap punktowy. To właśnie wspólne akcje powodują, że licznik kręci jak szalony. Najważniejsze jest więc dobre zgranie zespołu - co widać szczególnie podczas specjalnych akcji kooperacyjnych. Przeciwnik, którego spotka nieszczęście zostania celem takiego ataku zostaje wówczas podświetlony, a nad nim pojawia się krótki opis żądanej akcji. Nie trzeba chyba tłumaczyć jak taka tarcza działa na graczy. Naprawdę świetny patent.
W przerwach między kolejnymi falami przeciwników, podobnie jak w trybie kampanii za zdobyte wcześniej punkty możemy kupować broń, udoskonalać ją czy uzupełniać amunicje. Takie rozwiązanie dodaje zabawie sensu. Trzeba bowiem liczyć się z każdym wystrzelonym pociskiem i dbać oto, aby podarował on nam jak największą liczbę punktów. Wszystko razem powoduje, że zabawa wieloosobowa potrafi sprawić nam olbrzymią frajdę. I tylko trochę szkoda, że nie jest ona bardziej różnorodna. Jeden tryb sieciowy to nieco za mało w obecnych czasach, aby przyciągnąć graczy na dłużej. Być może, zgodnie z obecnie panującymi trendami, jest to celowe działanie zmierzające do rychłego uzupełnienia gry poprzez płatne DLC. Pierwszy dodatek już nawet zapowiedziano, ale wprowadza on jedynie kilka map do trybów Anarchia i Echa. Panowie z People Can Fly - liczymy na znacznie więcej!