Call of Duty: WWII – stara wojna nie rdzewieje
Legenda FPS-ów znów wzywa do broni. Jednak trudno Call of Duty: WWII nazwać przełomem w serii, bo jego twórcy, wracając do korzeni, nieźle się w nie zaplątali.
Przedwyborcze obietnice Call of Duty: WWII
Call of Duty: WWII miało być nowym początkiem w barwach II wojny światowej dla flagowca Activision. Czemu by nie? W końcu ostatni miesiąc pokazał, że i nowe początki, i II wojna światowa mogą z powodzeniem przyczynić się do kasowego sukcesu. Starczy przypomnieć, że Wolfenstein II wycisnął z nazistowskich potyczek soczystą strzelaninę o nietuzinkowym posmaku science-fiction, a znowuż Assassin's Creed: Origins wreszcie zdołało tchnąć trochę życia w stetryczałą „cyber-sagę” Ubisoftu.
Skoro więc tamtym dwóm tytułom się udało, to dlaczego na drugowojennym liftingu miałby polec mocno krytykowany, ale jednak wciąż krzepki CoD? Zwłaszcza, że zapowiedzi najnowszej części bijącego rekordy popularności „shootera” wielu fanom narobiły nie lada apetytu. Już po pierwszych zwiastunach ruszyła śnieżna kula spekulacji. Może będą pojazdy w trybie wieloosobowym! Może zmieni się rozmiar map! Może, może, może...
Koniec końców Call of Duty: WWII to rzeczywiście najlepsza odsłona serii od lat. Jednakże lwia część fanowskich domysłów okazała się nietrafiona, a zapewnienia twórców o rewolucyjnej odsłonie serii okazały się tak wiarygodne jak przedwyborcze obietnice polityków.
Ani kroku w przód!
Żałuję, że nie jestem kilkanaście lat młodszy! Nie, nie, nie myślcie, że ot, tak zebrało mi się na egzystencjalne wyznania. To myśl, która pojawiła się we mnie, kiedy odpaliłem kampanię dla pojedynczego gracza w Call of Duty: WWII.
Mój Boże, co za otwarcie! 6 czerwca 1944 roku, barki desantowe na wzburzonym Kanale La Manche, cekaemowy ogień na pełnych zasieków plażach, wybebeszeni żołnierze i narastająca bezradność w obliczu ukrytego po bunkrach wroga. Widzieliście kiedyś coś takiego?
No właśnie, problem w tym, że ja widziałem. Nie mówię nawet o tym, że byłem lata temu w kinie na „Szeregowcu Ryanie”, który jako pierwszy przedstawił uderzenie na plażę Omaha w takiej a nie innej estetyce, ale też o tym, że ja już raz wirtualny D-Day przeżyłem. Gdzie? Oczywiście, w starym jak świat Medal of Honor (i zresztą później też w Call of Duty 2).
Pewnie, że grafika tamtych czasów nijak nie dorównywała dzisiejszej, ale przy tej okazji po raz kolejny wypływa na wierzch stara prawda, że grafika to nie wszystko. Tak, tak, tamte kanciaste bryły z 2002 roku w niczym mi nie przeszkadzały.
I, prawdę powiedziawszy, to pierwsze, „MoHowe” lądowanie w Normandii zostanie w mojej pamięci na zawsze, a „CoDowe”, jako że wtórne, zapewne zniknie stamtąd stosunkowo prędko.
W dalszej części kampanii Call of Duty: WWII jest zresztą podobnie, bo oto z nielicznymi wyjątkami pojawiają się lokacje dobrze znane i z pierwszego Call of Duty, i z wielu innych drugowojennych gier, a także filmów. Są więc pola Normandii, miasteczka północnej Francji, Ardeny... I tak dalej, i tak dalej. Jest też parę zupełnie oryginalnych miejsc z czasów II wojny światowej, ale o nich nie powiem słowa, żeby nikomu nie zrujnować niespodzianki.
Dość na tym, że uczucie deja vu raz po raz pojawiało się we mnie i, słowo daję, koniec końców nie wiem, do kogo skierowane jest Call of Duty: WWII. Może twórcom chodziło o nastolatki, które nie mają prawa pamiętać pierwszego „CoDa” i w związku z tym wezmą ograne pomysły za „świeżynki”, a może o takich FPS-owych dinozaurów jak ja, którzy konia z rzędem dadzą za sentymentalną podróż w początki dwudziestego pierwszego wieku?
Rzecz jasna, mogę mówić tylko w swoim imieniu. Odpowiem więc, że, owszem, zakręciła mi się łezka w oku na widok, dajmy na to, paska zdrowia przywróconego w lewy dolny róg ekranu i systemu apteczek (lekko tylko zmodyfikowanego względem tego z pierwszego Call of Duty). I, zgadza się, odbyłem sentymentalną podróż. Powiem więcej, była to przeprawa z górnej półki.
Adrenalina wie swoje
Tak, tak, nie przesłyszeliście się. Najpierw beształem Call of Duty: WWII za powtarzalności, „auto-plagiaty”, a nawet, mówiąc dosadniej, robienie pierwszego „CoDa” de novo. Teraz natomiast piszę, że była to świetna przygoda. Jak się ma jedno do drugiego?
Otóż, za sukces Call of Duty: WWII (a w każdym razie jego kampanii dla pojedynczego gracza) odpowiada przede wszystkim historia, w jaką wciąga się gracza. Widocznie twórcy najnowszej części flagowca od Activision, biorąc niewątpliwie przykład z Battlefield 1, zorientowali się, że najważniejsi są bohaterowie, relacje między nimi i wartka akcja, która właśnie ich dotyczy.
Dość powiedzieć, że to pierwsze Call of Duty od lat, w którym nie tylko bez problemu odróżniałem od siebie poszczególne postaci (a w poprzednich częściach to nie zawsze było łatwe!), ale też miałem ochotę zagłębiać się w ich motywy i targające nimi emocje. W sosie tej drugowojennej opowieści, banalne i do bólu klasyczne zadania (w stylu wysadzania kolejnych dział artylerii) nabierały rumieńców.
Niestety, w obszarze mechaniki zabrakło tej innowacyjnej lekkości. Dorzucono raptem parę zdolności grupowych, które pozwalają na uzyskanie od kompanów z oddziału amunicji, apteczek, oznaczenia wrogów, bądź wsparcia moździerzowego.
Dla strzelców wyborowych dodano też tryb koncentracji przypominający rozwiązanie z serii Sniper Elite, a wielbicieli zadań opcjonalnych obdarowano heroicznymi czynami (drobnymi wyzwaniami do wykonania pod ostrzałem wroga).
I to w zasadzie tyle! Mechanikę mocno uproszczono względem poprzednich części, faktycznie powracając do korzeni, co może się podobać lub nie. Jest to jednak tak naprawdę kwestia drugorzędna, bo tak jak wspomniałem, nie ten element stanowi o sile Call of Duty: WWII. Liczy się przede wszystkim historia – filmowa, przekonująco opowiedziana i dająca mocnego adrenalinowego kopa. Szkoda tylko, że siłą rzeczy nie można jej wykorzystać w trybie wieloosobowym i bez niej, niestety, zaczynają się schody.
Kapralu, złaźcie ze ściany
Ostatnimi czasy, kiedy mówiło się o kolejnych odsłonach Call of Duty, to przede wszystkim w kontekście trybu wieloosobowego. Kampania dla pojedynczego gracza schodziła na drugi plan. Tym razem jest odwrotnie. To właśnie rozgrywka jednoosobowa jest tu gwoździem programu, a potyczki wieloosobowe kryją się w jej cieniu.
W zasadzie można by powiedzieć, że sieciowe oblicze Call of Duty: WWII to „kopiuj-wklej” z poprzednich odsłon. Z jedną zasadniczą różnicą – ze względów wiadomych tym razem zrezygnowano z baletu biegania po ścianach, wślizgów i turbo-skoków.
Co za tym idzie, rozgrywka stała się nieco wolniejsza i mnie osobiście, jako człowiekowi o nie najmłodszym refleksie, bardzo to przypadło do gustu. Ale to moja opinia, mój smak, moje preferencje. Znajdą się pewnie też szybsi rewolwerowcy, którzy zatęsknią za biegami po murach i skakaniem niczym superman nad dachy budynków.
Ale nawet tak spowolniona rozgrywka jest w tym przypadku dużo szybsza, niż ta z pierwszego Call of Duty, czemu sprzyjają też niewielkich rozmiarów mapy. A skoro już o nich mowa, to warto nadmienić, że są one zaprojektowane dosyć przejrzyście i ciekawie, choć na modłę lokacji znanych z ostatnich odsłon „CoDa”. Innymi słowy, to areny do walki, a nie nastrojowe miejsca.
Wspominam o tym, bo chyba każdy przyzna, że lokacje znane z trybów wieloosobowych pierwszych odsłon Call of Duty miały nierzadko, poza walorami czysto taktycznymi, również niepowtarzalną atmosferę. Przypomnijcie sobie chociażby francuski dworek z pierwszej części albo okręt podczas sztormu z Modern Warfare.
Z czasem estetyka ustępowała miejsca walorom czysto pragmatycznym. Niestety, efekty tej ewolucji widać i tym razem. Bunkry na Gibraltarze, amerykański okręt wojenny, wieża z działami przeciwlotniczymi... Wszystko to bardzo ładne, ale drugowojennego nastroju w tych mapach jak na lekarstwo.
Sytuacji nie poprawia fakt, że do karabinów i pistoletów z lat czterdziestych dwudziestego wieku twórcy Call of Duty zdecydowali się podoczepiać całkiem nowoczesne kolimatory. Malowanie każdego rodzaju broni też nie różni się specjalnie od wzorów dostępnych w futurystycznych odsłonach „CoDa”, a i mundury nie dzielą się zgodnie z historyczną prawdą na szare i zielone, ale ulegają sporej personalizacji. I pod tym wszystkim właśnie zagrzebano, tak obecny w protoplaście serii, klimat największego konfliktu XX wieku.
Na domiar złego nowy, bardzo obiecujący tryb rozgrywki wieloosobowej zatytułowany „Wojna” okazał się mokrą petardą. Ten nowy rodzaj sieciowych starć dzieli pojedynczy mecz na kilka etapów o odmiennych celach. Jest więc to coś w rodzaju znanych z Battlefield 1 „Operacji” (i podobieństwo to jest zapewne nieprzypadkowe).
Problem polega na tym, że tak jak w gigancie od EA następowanie po sobie kolejnych celów pozwalało na odtworzenie wielkiej batalii z prawdziwego zdarzenia, tak tutaj jest to po prostu kilka „mini-gierek” zbitych w jedno.
Dajmy na to, na jednej z map najpierw przyszło mi bronić składu z amunicją, chwilę później musiałem powstrzymać wroga przed zbudowaniem mostu... Tutaj muszę się na chwilę zatrzymać, bo pewnie myślicie, że chodzi o most pontonowy. Nie, nie, nic z tych rzeczy. W sieciowym trybie Call of Duty: WWII aliantom zdarza się odbudowywać solidny, murowany most.
Ba! Czasami dokonuje tego nawet pojedynczy żołnierz. Z okien prują do niego wściekli naziści, a on młoteczkiem: stuk, puk, stuk, puk. I, o dziwo, most się od tego stukania faktycznie odbudowuje!
A gdyby ktoś własnym oczom nie dowierzał, widząc takie cuda inżynierii, to komentator będzie go co pięć sekund (dosłownie!) informował o tym, że „Wróg odbudowuje most!”.
Jak już pewnie widzicie, tryb „Wojna” nie prezentuje się najlepiej. A gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, dodam, że po odbudowie mostu zmuszony byłem wybronić się przed atakiem wrogiego czołgu.
„O, nareszcie coś ciekawego!” - pomyślicie. Ja też się dałem nabrać. Myślałem, że czeka mnie batalia przeciw pancernej bestii z użyciem znalezionych na polu bitwy Panzerfaustów. Nic z tych rzeczy! To po prostu wariacja na temat, znanego chociażby z Overwatch, transportowania ładunku, w której platformę na szynach podmieniono na Shermana.
A jeśli i w to trudno Wam uwierzyć, to po raz kolejny pomocą służy niestrudzony komentator: „Wrogi czołg jest w natarciu! Wrogi czołg się wycofuje! Wrogi czołg jest w natarciu! Wrogi czołg się wycofuje!”.
Krótko mówiąc, tryb wieloosobowy zasłużył na większą liczbę zmian. Zwłaszcza, że te najbardziej widoczne to modyfikacje o charakterze, że tak powiem, „deficytowym”, a więc usunięcie przyczepiających się do ścian butów i dopalaczy wyrzucających w powietrze.
Ale poza tym, nawet zdolności specjalne aktywowane po serii zabójstw zostały jedynie „tyle o ile” przystosowane do realiów II wojny światowej. I tak na przykład zrzucona z powietrza szybująca bomba okazuje się być zdalnie sterowana. Jak mawiają Rosjanie: „Wot, tiechnika!”.
Przy okazji trybu wieloosobowego warto też skreślić dwa słowa o nazistowskich zombie, czyli trzecim, obok kampanii i gry sieciowej, filarze Call of Duty: WWII. Podobnie jak w przypadku meczów dla wielu graczy, i tutaj zastosowano multum rozwiązań z poprzednich części.
Oczywiście, są nowe zombiaki i jest nowa (tym razem bardzo nastrojowa!) mapa przedstawiająca zasypane śniegiem niemieckie miasteczko, ale poza tym, niewiele więcej. Dlatego też chyba najlepsze podsumowanie najnowszych zombiaków brzmi: tylko dla fanów krwawego surfowania na trupich falach.
Zdaniem najstarszych górali...
Miała być rewolucja, a wyszło jak zwykle. I, słowo daję, aż sam się sobie dziwię, że, lekko licząc, od czasu Call of Duty: Black Ops 2 ciągle się na to nabieram. Każda część ma być nowatorska, wyjątkowa, taka jak nigdy i wszystkie one są łudząco do siebie podobne... No, z drobnymi zmianami, rzecz jasna.
Na szczęście przy Call of Duty: WWII rozczarowanie nie jest aż tak ogromne, jak w przypadku „duchów” czy kolejnych „nowoczesnych”, „zaawansowanych” i „nieskończonych” pól bitewnych. Tym razem znowu postanowiono zaserwować nam odgrzewanego kotleta, ale dla zmyłki wygrzebano go z naprawdę odległej przeszłości.
I chyba największym zaskoczeniem jest to, że smakuje on naprawdę nieźle. W każdym razie w trybie dla pojedynczego gracza. Trudno jednak mówić o takim sukcesie i takim powiewie świeżości, jaki zafundował Battlefield 1, sięgając po I wojnę światową.
Wynika to zapewne z faktu, że Activision uparcie trzyma się wytycznej inżyniera Mamonia z „Rejsu” i puszcza nam te piosenki, które już słyszeliśmy. A że niektórzy z nas na ich dźwięk podrywają się od stołu i skocznym krokiem ruszają na parkiet... Cóż, nostalgia też ma swoją moc.
Ocena końcowa:
- wciągająca opowieść
- wyraziste postaci, z którymi można się utożsamić
- niektóre lokacje w kampanii są bardzo nastrojowe
- wartka akcja, momentami wciskająca w fotel
- niezła grafika i oprawa dźwiękowa
- fanom pierwszego Call of Duty może zakręcić się łezka w oku
- nowa, ciekawa mapa trybu zombie
- tryb wieloosobowy to tylko lekko zmodyfikowana powtórka z poprzednich części Call of Duty
- kolimatory przy drugowojennej broni i inne "perły" rozgrywki sieciowej
- groteskowy tryb "Wojna" dla wielu graczy
- łudzące podobieństwa do pierwszego Call of Duty i nawracający efekt deja vu
- brak prawdziwie innowacyjnych zmian względem poprzednich części
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
dobry plus - Grywalność:
dobry