Tam gdzie trup ściele się gęsto
Nie wiedzieć czemu twórcy gier bardzo rzadko sięgają po tematykę westernu. A przecież większość z produkcji, które pozwalały nam wcielić się w rewolwerowców lub bandziorów Dzikiego Zachodu odnosiły spory sukces. Wspomnieć można choćby rewelacyjne Red Dead Redemption, starusieńkie Outlaws czy świetnie wpasowujący się w klimat Gun. Skąd więc ta niechęć branży do sprawdzonych, ale nadal pełnych wigoru schematów? Nie wiadomo. Na całe szczęście jest jeszcze nasz rodzimy Techland, którego włodarze nie boją się zaryzykować. Co prawda ich seria Call of Juarez w ostatniej odsłonie zaliczyła mocne potknięcie, ale teraz, wraz z Gunslingerem wraca na dobre tory.
Nowa produkcja nie sili się bowiem na bycie rozbudowaną grą akcji o zawiłej fabule i mnóstwem przeróżnych zadań do wykonania. Zamiast tego otrzymujemy prostą, mocno oskryptowaną strzelaninę, której tempo zwalnia tylko w momentach doczytywania kolejnych etapów. No ale przy takiej hordzie przeciwników jaka przewija się przez ekran nie jest to szczególnie trudne. Jednak nie tylko ilość potencjalnych trupów podkręca tu atmosferę. Dodatkowy zastrzyk pozytywnej energii zapewnia system punktowy zliczający wszystkie nasze trafienia i nagradzający te szczególnie widowiskowe. Dobry wynik oznacza nie tylko chwałę i możliwość brylowania w światowych rankingach (bo takowych zabraknąć nie mogło), ale i wzrost poziomu doświadczenia naszego bohatera. Każdy zdobyty szczebel "kariery" rewolwerowca realnie przekłada się na dalszą rozgrywkę. Dzięki nim wykupimy kolejne umiejętności specjalne dostępne w trzech osobnych drzewkach dedykowanych rewolwerom, karabinom i dubeltówkom.
Wystarczy dobrać zdolności do preferowanego stylu rozgrywki, aby zabawa nabrała jeszcze większego kolorytu. Co ciekawe, paleta przygotowanych przez twórców lokacji jest tak szeroka, że z pewnością znajdą się okazję do skorzystania z każdego typu dostępnej broni.
Kozak Dzikiego Zachodu
Samo strzelanie, nawet to najbardziej widowiskowe, bez opowiadanej w tle historii szybko zaczęłoby nużyć. W nowej odsłonie serii Call of Juarez na szczęście nam to nie grozi. Co prawda fabuła nie jest jakoś szczególnie wyszukana, ale sposób prowadzenia narracji czyni ją znacznie bardziej absorbującą.
Bohaterem gry jest łowca nagród o imieniu Silas Greaves, który w swoim burzliwym życiu, niczym Forest Gump, stawał oko w oko z prawdziwymi legendami Dzikiego Zachodu. Wśród nich znalazł się między innymi Billy the Kid, bracia Daltonowie, Pat Garret, Butch Cassidy, a nawet Jasse James. Najlepsze jest jednak to, że nasz gieroj doskonale wkomponowany został w oryginalne historie każdej z tych postaci. I nagle, na przykład okazuje się, że to właśnie Silas wpakował 23 kule w Emmeta, jedynego ocalałego z bandy Daltonów.
Dzięki prostemu zabiegowi snucia opowieści przez kilkoro osób, które spotkały się Silasem w saloonie całość staje się dość niezwykłym zlepkiem wspomnień i zasłyszanych historii. W rezultacie bardzo często przechodzimy jeden scenariusz, by zaraz potem cofnąć się w czasie i zobaczyć inną wersję konkretnych wydarzeń. Patent ten prowadzi do całkiem niezłych twistów fabularnych. Dajmy na to sytuacje, w której nasz bohater przebąkuje coś pod nosem o wyborze dalszej drogi, a gra i tak prowadzi nas jak po sznurku do jaskini gdzie ukrywa się wroga banda. Kilka minut później, gdy na widok gwałtownego końca i napisu "The End" przecieramy oczy ze zdumienia, nagle zza kadru dochodzi nas głos Silasa, który ze stoickim spokojem oznajmia - "i właśnie dlatego tamtędy nie poszedłem". W tym samym momencie gra hollywoodzkim sposobem powraca do chwili, w której mowa o wyborze drogi. Tym razem jednak, w magiczny sposób nieopodal pojawia się drabina, która oznacza zupełnie inny przebieg wydarzeń. Nieźle, prawda? A takich akcji jest w grze całe mnóstwo.
Podobne numery zdarzają się podczas całkiem niezłych, choć nieco przekombinowanych technicznie pojedynków. Trafienie przeciwnika nie zawsze oznacza tu zakończenie danego poziomu. W każdej chwili bowiem może okazać się, że przedstawiona wersja wydarzeń nie jest jeszcze tą właściwą.
Komiksowa kanonada
Gunslinger ma jeszcze jeden wyjątkowy atut – całkiem niezłą oprawę graficzną. Gra śmiga na Chrome Engine 5 ubranym w lekko cell-shadingową otoczkę. Wraz z doskonałymi, obrazkowymi przerywnikami pozwoliła ona nadać całości wyjątkowego, komiksowego klimatu.
Niestety, wizualna transformacja, choć całkiem przyjemna dla oka, w niektórych sytuacjach potrafi być dokuczliwa. Zdarza się, że trzeba nieźle wytężać wzrok, aby wyłuskać z tła strzelających do nas przeciwników. Wówczas jedynym ratunkiem na ocalenie głowy jest użycie trybu koncentracji.
Niewiele natomiast zarzucić można oprawie dźwiękowej Gunslingera. Doskonale dobrane głosy bohaterów, nieźle brzmiące bronie, luźne rozmowy naszych przeciwników i przygrywająca w tle kowbojska nuta zgrabnie budują atmosferę. Choć w moim odczuciu znacznie lepiej pasowałyby tu jednak kultowe kawałki Ennio Morricone stworzone na potrzeby słynnych już spaghetti westernów. No sami zobaczcie:
Nowe Call of Juarez udowadnia jak bardzo tej marce potrzebny był restart i świeże podejście do tematu. Powrót do korzeni wypadłby jednak blado, gdyby nie genialna realizacja. Przeżywanie wydarzeń, których przebieg jest dopiero ustalany sprawia niebywałą przyjemność. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że co rusz jesteśmy czymś totalnie zaskakiwani, ale także dlatego, że gra nie stara się być przy tym śmiertelnie poważną. Jeśli więc szukacie emocjonującej rozgrywki z przysłowiowym "jajem", Gunslinger to produkcja wprost dla Was wymarzona. Zresztą przy tak niskiej cenie nie zagrać w nią to grzech.