Pierwsze godziny z Cyberpunk 2077 za nami. Jest nieźle, ale do poziomu Wiedźmina wciąż co nieco brakuje

Najnowszy pokaz Cyberpunk 2077 utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie to wielka gra. „Będzie”, bo wciąż sporo jest do zrobienia. Mam też obawy czy fani Wiedźmina 3 nie oczekują po tym tytule zbyt wiele i czy CD Projekt RED nie zawiesił sobie aby poprzeczki nieco zbyt wysoko.

Image

Cyberpunk 2077 - jak wygląda gra na 4 miesiące przed premierą

Cyberpunk 2077 rodził w bólach. Co do tego zgodzi się chyba każdy kto śledzi losy tego tytułu. Wiecie, ile lat powstaje już Cyberpunk 2077? Można się zdziwić. Patrząc jednak na inne, duże tytuły może wydawać się, że to wcale nie tak długo, wszak jakość musi mieć swoją cenę. No ale opóźnienie kwietniowej premiery, a teraz kolejny poślizg i nowa, listopadowa data debiutu Cyberpunk 2077 rodzą pytania o stan i jakość gry. 

Nie wiem czy pamiętacie, ale my również, na łamach Benchmarka, zastanawialiśmy się czy Cyberpunk 2077 „ma szansę” nie wypalić. Jednym z przytoczonych wówczas możliwych problemów nowej gry twórców Wiedźmina 3 były kosmicznie rozdmuchane oczekiwania. I boję się bardzo, że właśnie ten scenariusz się ziści. 

Dlaczego? Bo po 4 godzinach gry z zamkniętego pokazu wyszedłem co prawda na miękkich nogach, ale i z głową pełną wątpliwości. Czy ludziom z CD Projekt RED przez te kolejne 4 miesiące uda się wszystko dopiąć na przysłowiowy ostatni guzik? Naprawdę ciężko powiedzieć. Chciałbym bardzo, bo gra ma wręcz gargantuiczny potencjał stać się kolejnym kamieniem milowym gatunku RPG. Wciąż sporo w niej jednak rzeczy, które mogą nie spodobać się graczom. 

By bardziej obrazowo przedstawić Wam dręczące mnie wątpliwości postanowiłem podzielić moje wrażenia z 4 godzin gry w Cyberpunk 2077 na dwie części opisując w nich to co mi się podobało i to co może spędzać sen z powiek zarówno samym twórcom, jak i nam, graczom.

Cyberpunk 2077 - Night City w nocy

Neonowe blaski Cyberpunk 2077…

Chyba nie muszę Wam mówić z jakimi wypiekami na twarzy wyjeżdżałem na pokaz Cyberpunk 2077. Nie przeszkadzało mi nawet zerwanie się z łóżka o 5 rano, by na czas dostać się do Warszawy. Wszak pierwszy raz miałem nie oglądać, a faktycznie zagrać w Cyberpunk 2077 - grę, która na grubo przed swoją premierą zyskała już niemal status legendy.

I gdy usiadłem wreszcie przed monitorem, na wygodnym, żółtym fotelu (oczywiście, też cyberpunkowym) pierwsze czym przywitała mnie gra był kreator postaci. I to nie byle jaki kreator, bo spędziłem w nim prawie 20 minut bawiąc się różnymi ustawieniami. Włosy, kolor i wygląd oczu (tak, tak, wygląd, bo oczy to jedna z tych rzeczy, która w Cyberpunk 2077 może wyglądać tak kosmicznie, jak przerażająco), blizny, tatuaże. Ba, jest tu nawet opcja włączenia widoku genitaliów i ich zmiany. 

Marzy Wam się facet z damskimi narządami? No problemo. A może odwrotnie? Też się da. Tylko potem pamiętajcie, że z tak przygotowaną postacią będziecie musieli spędzić kilkadziesiąt, jak nie kilkaset godzin. Wciąż nie wiadomo bowiem na ile ów wygląd twórcy pozwolą nam zmodyfikować podczas dalszej gry. Przynajmniej ja na taką opcje się nie natknąłem.

Cyberpunk 2077 - barwni mieszkańcy miasta

Dalej jest jednak nie mniej ciekawie. Gra pozwala nam wybrać swoje korzenie, czyli początkową historię naszego bohatera. Możemy więc wybrać ścieżkę Nomada, dzieciaka ulicy (Street Kid) bądź korposzczura. Co najważniejsze jednak, nie jest to wybór wiążący się jedynie z jakimś tam bliżej nie określonym tłem fabularnym. Tu wszystko ma znaczenie. 

Ja wybrałem opcje Street Kid i moja przygoda zaczynała się w barze w Night City, gdzie próbując pomóc znajomemu wplątałem się w niemałą kabałę z kradzieżą wypasionej fury. Co najważniejsze jednak, to właśnie przy tej robocie poznałem znanego ze zwiastunów Jackiego. Gdybym zdecydował się na inny scenariusz np. Nomada początkowa historia wyglądałaby zupełnie inaczej.

Cyberpunk 2077 - różne początki gry

Samo Night City też potrafi zrobić niezłe wrażenie. Szczególnie miejscówki z dużą ilością ludzi, neonów, bazarów czy nocnych klubów. Wówczas faktycznie czuć mocno cyberpunkową atmosferę. Świetnie prezentują się też mijane przez nas na ulicy postacie, które potrafią potężnie się od siebie różnić zaskakując przy okazji drobnymi, ale klimatycznymi szczególikami pokroju wyglądu oczu czy posiadanych wszczepów..

Żałuje, że nie udało mi się pojeździć po mieście, bo poza jednym fragmentem gry, w którym faktycznie Cyberpunk 2077 wrzucił mnie za kierownicę, nie było innych okazji. Co prawda można próbować ukraść jakąś furę prosto z ulicy, niczym w GTA, ale do tego wymagane jest posiadanie odpowiednio rozwiniętego atrybutu umiejętności technicznych, a ja ich po prostu nie miałem.

Cyberpunk 2077 - samochody można kraść z ulicy, ale trzeba umieć

No ale śmiganie po mieście w wypasionym samochodzie to tylko niewielki wycinek czekających nas w Cyberpunk 2077 atrakcji. Night City po brzegi wypełnione jest całą masą najróżniejszych aktywności. Pośród zadań pobocznych pokroju likwidacji gangów czy zabezpieczania miejsc, w których doszło do przestępstwa mamy oczywiście nieco bardziej rozbudowane misje. Z racji braku czasu skupiłem się jednak na tych głównych i tu, trzeba przyznać, czuć rękę twórców Wiedźmina 3. Mamy więc nie tylko mocno rozgałęziające się zadania, z opcjonalnymi drogami, ale też wynkające z nich konsekwencje mogącej przełożyć się na dalsze przygody.

Pamiętacie pokazywaną wcześniej misję z odzyskiwaniem robota wojskowego? No to tym razem mogliśmy w nią faktycznie zagrać. I choć od tamtego filmu sporo się zmieniło, trzon rozgrywki pozostał niemal taki sam. Gra dała mi więc wybór czy chce angażować w to korporację, z której skradziono drona czy iść „na żywioł” próbując inaczej wejść w posiadanie celu misji. Ja wybrałem tę pierwszą opcję i z tego co zrozumiałem w końcowej scenie ta decyzja otworzyła mi prawdopodobnie drogę do dalszych misji dla tego „klienta”.  

Cyberpunk 2077 - strzelanina

Przy okazji, wielkie brawa należą się twórcom za rozbudowany system dialogowy, w którym nasze wybory potrafią mieć różne następstwa oraz całe tło fabularne towarzyszące poszczególnym misjom. Co tu dużo mówić, niektóre sceny i dialogi ze zleceniodawcami potrafią przyprawić o gęsią skórkę – tak doskonale dobrano i tekst, i angielskich aktorów podkładających głosy. Niestety, na tym etapie nie dano nam sprawdzić polskiej wersji językowej.

Największe jednak wrażenie podczas tych 4 godzin zrobił na mnie Braindance. Jeśli jeszcze nie wiecie co to takiego to już wyjaśniam. Czy ktoś z Was widział może film „Dziwne dni” z 1995 roku? Jego fabuła krążyła wokół pewnych nagrań wideo, które nazywano tu SQUID, a które pochodziły z kory mózgowej i zawierały ludzkie wspomnienia i emocje. 

Podobnie jest w Cyberpunk 2077, z tą różnicą, że oprócz rozrywkowego charakteru tych nagrań (każdy mógł przeżyć coś czego nigdy w życiu by nie zrobił) tu dorzucono jeszcze pewien element szpiegowski. Surowe, nieprzetworzone nagrania BD (Braindance) pozwalają bowiem dowolnie manipulować przestrzenią, poruszać kamerą, robić zbliżenia, analizować ślad cieplny i sprawdzać rozchodzące się fale dźwiękowe. Słowem – coś jak obróbka zdjęć w filmie Blade Runner, tylko ze znacznie większą dozą swobody.

Fragment takiej zabawy mogliście zobaczyć podczas niedawnej prezentacji Night City Wire. Wówczas to chodziło o ustalenie zabójcy pewnego przestępcy. Za to dalej będzie znacznie, ale to znacznie ciekawiej. Dość powiedzieć, że od poczynionych przez nas ustaleń może zależeć podejście do kolejnego zlecenia. 

Cyberpunk 2077 - w barze

… i jego cienie

Dotąd wydaje się, że Cyberpunk 2077 po prostu skazany jest na sukces. Świetna grafika, rewelacyjnie zapowiadająca się strona fabularna, wielowątkowe misje i oryginalne patenty na rozgrywkę – czego chcieć więcej? No niestety, aż tak różowo nie jest.

Zacznijmy od podstaw, czyli sposobu wprowadzania gracza w świat gry. Cyberpunk 2077 to nie Wiedźmin 3 – tu wszystko od startu wydaje się dużo bardziej skomplikowane. Przyznam szczerze, że przez pierwsze 2 godziny czułem się przytłoczony ilością najróżniejszych informacji. Ba, do końca mojej 4 godzinnej przygody z Cyberpunk 2077 nie wiedziałem dokładnie ani jak hakować przeciwników ani od czego zależy lista dostępnych wówczas opcji. Owszem, wcześniej był samouczek, ale co innego poznanie możliwości naszego bohatera, a co innego stosowanie ich w walce.

W szybkim odnalezieniu się nie pomaga też niestety sam interfejs, który choć wzorowany jest na Wiedźminie 3, to jednak ma dużo więcej opcji. Szybki przykład - gdy po raz pierwszy zobaczyłem drzewko rozwoju naszego bohatera/bohaterki to dosłownie osłupiałem. Niby na starcie, tworząc swoją postać inwestujemy w 5 głównych atrybutów (body, reflex, inteligence, technical i cool), ale pod każdym z nich kryje się taka liczba najróżniejszych umiejętności, że ich ikonki zajmują dosłownie cały ekran

Cyberpunk 2077 - walka na schodach
Cyberpunk 2077 - walka uliczna

Przyczepić się mógłbym też do samej walki. Niby strzela się miło, podobnie jak używa broni białej, niby gra nagradza nas za częstsze korzystanie z danego arsenału rosnącymi umiejętnościami w jego władaniu, ale samej wymianie ognia wciąż brakuje płynności i większej frajdy, którą znamy choćby z Destiny 2 czy Call of Duty: Modern Warfare.

Niepokoić mogą również błędy w samej grze. I nie chodzi tu tylko o takie kwiatki jak dziwnie ruszająca się głowa kierowcy limuzyny, blokowanie się postaci czy uruchamiające się z opóźnieniem dialogi (w miejscach, w których powinny rozpocząć się misje poboczne). 

Pamiętając słynne wjeżdżające pod jezdnie samochody w odświeżonej Mafii II z osłupieniem przywitałem tu ciężarówkę, która wjechała spod ziemi wprost przede mną. Powiecie pewnie, że się czepiam, bo przecież do premiery zostały jeszcze ponad 4 miesiące. Musicie jednak wiedzieć, że takich bugów w grze jest znacznie więcej, a ja doświadczyłem jedynie niewielkiej ich części.

Cyberpunk 2077 - trefne zlecenie

Cyberpunk 2077 – czekać czy nie czekać? Oto jest pytanie

Przyznam szczerze, że sam nie wiem co sądzić o Cyberpunk 2077. Z jednej strony gra prezentuje się świetnie i ma niemały potencjał, by dostarczyć niebagatelną przygodę, w której adrenalina miesza się nagłymi zwrotami akcji i rewelacyjnym wręcz klimatem. Dość powiedzieć, że słynna akcja z odbijaniem z rąk złodziei cyberwszczepów pewnej kobiety i przekazywaniem jej do rąk oddziału Trauma (tak, ta scena też znalazła się w ogrywanym przeze mnie fragmencie gry), to wciąż fenomenalne, niezapomniane, wręcz doskonałe doznanie. 

Z drugiej strony jednak mój zapał delikatnie osłabł, bo na obecnym etapie Cyberpunkowi nadal czegoś brakuje. I ciężko nawet powiedzieć co to takiego. Być może to efekt narosłych przez lata aż nadto wygórowanych oczekiwań, a może po prostu gra potrzebuje ostatniego szlifu, który podkręciłby to i owo. Ciężko powiedzieć. 

Szczególnie, że do końca nie wiadomo, ile w grze zostało z pierwotnych obietnic i pokazywanych wcześniej trailerów. W czasie mojej zabawy nie widziałem ani włamywania się bezpośrednio do złapanego wroga, ani trójwymiarowej analizy przedmiotów czy obiektów, ani słynnych ostrzy modliszki. I nie wiem, czy wynika to z faktu, że moja postać była jeszcze „początkująca” czy może z tego, że te elementy zostały z Cyberpunk 2077 usunięte bądź zastąpione czymś innym. Na pewno przydałoby się lepsze wprowadzenie w tajniki w rozgrywki, bo to może być jeden z tych elementów, który zadecyduje o powodzeniu całej misji Cyberpunk 2077. Misji, której wciąż mocno kibicuje. 

Cyberpunk 2077 - koroporacyjny agent

Oto co jeszcze może Cię zainteresować:

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ