Czas na wolność słowa! Czy X i Facebook pozwalające na wszystko to kres liberalnej demokracji? [OPINIA]
Wolność słowa. Musk. Zuckerberg. X. Facebook. Kres moderacji. Hulaj dusza. Czy media społecznościowe pozwalające na mówienie wszystkiego o wszystkim i o wszystkich to nowy wymiar wolności słowa i zagrożenie dla demokracji liberalnej?
Czas na wolność słowa! Czy X i Facebook pozwalające na wszystko to kres liberalnej demokracji? [OPIN
Wolność słowa – jedno z najważniejszych praw człowieka, które od wieków stanowi fundament demokratycznych społeczeństw. To dzięki niej możemy wyrażać swoje opinie, krytykować władzę i uczestniczyć w debacie publicznej. Jednak w dobie mediów społecznościowych, takich jak X (dawniej Twitter) czy Facebook, granice tego prawa zaczynają się zacierać. I tu pytanko, czy nieograniczona wolność słowa w tych przestrzeniach to rzeczywiście wyraz liberalnej demokracji, czy może jej kres?
Ej! ToNieTak #5
X i Facebook – przestrzenie wolności czy chaosu?
W teorii wolność słowa oznacza możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy przed represjami. W praktyce jednak, to prawo nie jest absolutne. Istnieją granice, które mają na celu ochronę innych praw, takich jak prawo do prywatności czy ochrona przed mową nienawiści. W mediach społecznościowych te granice często są ignorowane, co prowadzi do sytuacji, w których wolność słowa staje się narzędziem do szerzenia dezinformacji, hejtu czy ekstremizmu.
Platformy takie jak X i Facebook stały się globalnymi arenami wymiany poglądów. Ich algorytmy promują treści, które generują największe zaangażowanie, często kosztem jakości i prawdziwości informacji. W efekcie, użytkownicy są bombardowani fake newsami, które wpływają na ich postrzeganie rzeczywistości. Co więcej, brak skutecznych mechanizmów moderacji sprawia, że mowa nienawiści i przemoc słowna stają się codziennością.
No właśnie, brak skutecznych mechanizmów moderacji… Nie będę tu dzielił włosa na czworo, zastanawiając się nad zmianami wprowadzonymi w wymienionych serwisach przez jeźdźców pomarańczowej rewolucji. Zamiast tego podejdę do wątku refleksyjnie, zastanawiając się nad tym, czy wolność słowa powinna mieć granice i czy wolność słowa bez granic to mechanizm, który sprawi, że idea liberalnej demokracji legnie w gruzach. Spokojnie! Pojęcia demokracji liberalnej też nie będę słownikowo tłumaczył - my tu sobie rozważania snujemy, a nie wkuwamy na egzamin na studiach.
Jak wytyczyć granice wolności słowa?
Myślałem przez chwilę nad tym, jak wytyczyć granice wolności słowa, a potem przestałem. Uznałem, że to nie ma sensu, bo kryterium, jakby wyjście do definicji jest jedno. Granica wolności słowa przebiega bowiem tam, gdzie ktoś może poczuć się urażony wypowiedzią innego kogoś. Proste, prawda? Niby tak, ale ciekawe co na to Jakub Żulczyk? Może zatem, skoro to idealistyczne kryterium wolności słowa jest nie do utrzymania, ta powinna kończyć się tam, gdzie wypowiedź jest jawnym, naukowo dowiedzionym poświadczeniem nieprawdy? Pamiętacie rok 2020? No właśnie.
To może tam, gdzie dana wypowiedź dotyka daną osobę, uderzając w cechy, które są od zachowania, od intencji, od świadomych aktów tej osoby niezależne? Gdzie pojawia się ageizm na przykład? Ma sens. Gorzej, że jak się dziś powie, że koty to są głupie, to usłyszeć może to ktoś, kto identyfikuje się jako kot… W świecie płynnych wartości powinniśmy wszyscy po prostu mieć z tyłu głowy znaną maksymę o tym, by na wszelki wypadek zachowywać się przyzwoicie, ale dziś nawet to, co przyzwoite nie ma jednego, wspólnego mianownika. Ot, ciekawe czasy.
Liberalna demokracja na rozdrożu
Liberalna demokracja opiera się na zasadzie równowagi między wolnością a odpowiedzialnością. To system pracy u podstaw, którego płynna natura jest zmienna aksjologicznie, trwała zaś, zabetonowana wręcz od strony instytucji, od strony norm i regulacji, których zadaniem jest, ot choćby zagwarantowanie równości wobec prawa. Wróćmy jednak do wolności słowa. Gdy jest ona nadużywana, wspomniana równowaga zostaje zachwiana. Media społecznościowe, które pozwalają na wszystko, mogą prowadzić do erozji zaufania społecznego i polaryzacji politycznej. W skrajnych przypadkach, mogą stać się narzędziem autorytarnych reżimów, które wykorzystują je do manipulacji opinią publiczną. Dlaczego? Dlatego, że media społecznościowe dają dostęp do olbrzymiego audytorium, nie znają granic, a w dzisiejszym wydaniu, nie znają też ograniczeń.
Jak różnicować będzie się świat, w którym można powiedzieć, co się chce? Jak liberalna demokracja ma się utrzymać, przetrwać, gdy - tu przykład idzie z góry - nie ma respektu przed instytucjami, litera prawa nie mieści się na pięciolinii, a tolerancja nie jest pożądanym zobojętnieniem, a obelgą wyższego rzędu? Co podziać się może z systemem, którego normy i regulacje można ignorować? Tak, wiem, można wywrócić stolik. Jezus ogarnął to w pewnej świątyni ładnych “parę lat temu” i co mu z tego wyszło? Obalił system, by zainstalować nowy system. Nawet bowiem ci “antysystemowi” dążą do scementowania systemu, który akurat ich będzie premiował. Jest we mnie jakieś głębokie przekonanie, że gdy zamiast ewolucyjnego podejścia do systemowych zmian wylejemy dziecko z kąpielą i wybierzemy parawolnościowy chaos, który polubiły w ciągu ostatnich miesięcy media społecznościowe, to w długofalowej perspektywie wygenerujemy sobie rzeczywistość nadwyraz problematyczną, pełną nienawiści, niespójną, niezdolną do wewnętrznych porozumień i nieprzyszłościową.
Świat idealny…
Idealnym przepisem na, a jakże, idealny świat byłoby wprowadzenie skutecznych regulacji, które ograniczą nadużycia wolności słowa w mediach społecznościowych. Regulacji, które trochę już w świecie działały, czyli moderacji, poszanowania wolności jednostki, ochrona tych nieuprzywilejowanych, tworzenie przestrzeni dla działalności “fact-checkingowej”, a zatem dla ludzi i instytucji pracujących nad tym, by dezinformację, propagandę i kłamstwa najzwyczajniej w świecie, obnażać, piętnować, nie raz ośmieszać.
Z drugiej strony, ważne jest, aby te regulacje nie stały się narzędziem cenzury. Z trzeciej strony, fala populizmu przetaczająca się przez świat zachodni właśnie owe regulacje uznała za cenzurę. Cenzurą stało się choćby usuwanie informacji o tym, że najlepszym lekarstwem na COVID-19 była amantadyna, że najlepszą strategią prewencyjną było picie wody podgrzanej do 27 stopni (chyba). Faktycznie cenzurowaliśmy dawniej wszystko, czy po prostu dbaliśmy o to, by w sieci nie krążyły jak oszalałe, stricte oszalałe teorie, szkodliwe recepty na lepsze życie, treści pełne wreszcie nienawiści. Dbaliśmy o to, by było racjonalnie, czy zatraciliśmy się w “regulacjonizmie”?
Kluczem do rozwiązywania nierozwiązywalnego dziś sporu może być edukacja i promowanie odpowiedzialnego korzystania z tak z platform społecznościowych, jak ze wszystkich źródeł informacji, do których mamy dostęp. Wolność słowa jest wartością, którą należy chronić, ale także odpowiedzialnie kształtować. W przeciwnym razie, zamiast być fundamentem demokracji, stanie się jej zagrożeniem. No właśnie, stanie się, czy stała się?