Dead Rising 4 – świąteczna masakra piłą mechaniczną

Dead Rising 4 zaprzęga legendarnego Franka Westa do krwawego kuligu i z czarnym humorem uczy, jak wypatrywać pierwszej gwiazdki w martwych ślepiach zombiaków.

Boże Narodzenie według Dead Rising 4

W ostatnich tygodniach wielu posiadaczy Xbox One skarży się na dziwne zachowania swoich konsol. Chociaż można to uznać za zwykłe przywidzenia, podobieństwo i liczba tych wszystkich relacji daje powód do niepokoju. Nie chodzi bynajmniej o żadne wady techniczne sprzętu Microsoftu, ale o zjawiska, które wymykają się ludzkiemu rozumowi. 

Dead Rising 4 - Frank West

Jak twierdzą świadkowie, z kratek wentylacyjnych ich ulubionych konsol sączą się strużki czerwonej mazi, z głębi urządzeń zamiast równomiernego szumu dobywają się upiorne pojękiwania, a słynne xboksowe „kółeczka” przestały migać przyjaźnie i teraz złowrogo łypią na graczy, niczym ślepia krwiożerczych bestii. Nauka wciąż bada te przypadki, jednak bez sukcesów.

Ale konsolowi wyjadacze w mig pojęli, że te nadprzyrodzone fenomeny, to nic innego, jak zwiastuny. Ale czego zwiastuny? Premiery kolejnej części Dead Rising, rzecz jasna!

Dead Rising 4 - hordy zombie

Tak, tak, słynna seria z zombiakami powraca na sklepowe półki w samym środku bożonarodzeniowych zakupów. I chyba trudno o lepszą scenerię dla jej premiery, skoro to tytuł, który kpi ze świątecznego szaleństwa, a przystrojoną choinkami galerię handlową obiera za swój znak rozpoznawczy.

Dead Rising 4 - nowe centrum handlowe

W każdym razie tak robi jeszcze cieplutka „czwórka”, którą osobom nie znającym serii Dead Rising można pokrótce przedstawić jako groteskowe połączenie Dying Light i GTA V. Tak w uproszczeniu można ją opisać. Tak czy inaczej, można liczyć na hordy zombie, otwarty świat, beztroskie mordowanie i niepowtarzalny świąteczny nastrój. 

Ten bożonarodzeniowy klimat oblany hektolitrami krwi robi wrażenie. Do tego stopnia, że aż trudno ulec pokusie, żeby przy okazji Dead Rising 4 nie skomponować specjalnej, dedykowanej temu tytułowi składanki gwiazdkowych szlagierów. 

I’ll be dead for Christmas

Frank West wraca do makabrycznej dziennikarskiej roboty! To trzeba powiedzieć na wstępie. Weterani serii powitają staruszka z sentymentalnym uśmiechem, bo o ile dał się on zapamiętać z leciwej „jedynki”, o tyle potem powracał na nasze ekrany okazjonalnie. Dopiero Dead Rising 4 ponownie przydzieliła mu wiodącą rolę, na jaką w pełni zasługuje.

Trzeba wiedzieć, że jest to postać nietuzinkowa. Jedna z tych, których nie znajdziemy w innych, poprawnych politycznie i grzecznie uczesanych produkcjach. 

W zasadzie główną motywacją tego człowieka jest żądza pstryknięcia fotki wyjątkowo odrażającym scenom. Cała reszta schodzi na dalszy plan. No, chyba, że trzeba samodzielnie taką scenę zaaranżować. Wtedy Frank West odkłada na bok aparat i chwyta po siekierę. Lub jakiekolwiek inne narzędzie mordu.

Dead Rising 4 - selfie z zombie

W Dead Rising 4 witamy się z nim ponownie, kiedy nie ma już szczególnej ochoty zawracać sobie głowy zombiakami i delektuje się spokojniejszym życiem. Niestety, jego studentka pod pretekstem nocnej gry w mini-golfa zwabia go raz jeszcze do miasteczka Willamette, czyli miejsca, które już w pierwszej części Dead Rising posłużyło za scenerię wybuchu zombicznej epidemii. 

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z zaskakująco wciągającej i rozbudowanej fabuły Dead Rising 4, ale co nieco muszę powiedzieć o wstępie do kampanii i płonnej nadziei, jaką we mnie wzbudził. 

Dead Rising 4 - a może tylko śpi?

Otóż, początkowy etap, który ma miejsce w tajnym ośrodku badań rządowych, zupełnie nie przypomina poprzednich odsłon serii. Dlatego też zacząłem się zastanawiać, czy może twórcy z Capcom postanowili odmienić znaną już formułę i poświęcić trochę z beztroskiej rzezi na rzecz bardziej filmowej opowieści. 

Ciekaw byłem takiego posunięcia, bo wniosłoby ono sporo świeżości do nieco już przechodzonej formuły. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie, bo Dead Rising 4 prędko wraca do znanych motywów.

Dead Rising 4 - krwawa jatka

Niby dobrze jest znowu widzieć tę pełną zombi piaskownicę w jej niemal klasycznym kształcie, ale z drugiej strony nutkę niedosytu i tak poczułem, bo pewnie jeszcze ciekawszym byłoby świadkowanie narodzinom zupełnie nowej rozgrywki po części tylko zbudowanej na znanej kanwie. Tak się jednak nie stało. 

Dead Rising 4 - wygodne buty twórcy gier

Walking in the Willamette wonderland

Willamette – miejsce-legenda! To właśnie w supermarkecie tego małego amerykańskiego miasteczka przed laty ugościło nas pierwsze Dead Rising. W roku 2016 (w każdym razie naszego czasu, bo chronologia gry prowadzi nas aż w lata dwudzieste bieżącego stulecia) ta mieścina odżywa po kataklizmie, jaki ją nawiedził i upamiętnia tamtą tragedię otwarciem… nowej galerii handlowej.

Dead Rising 4 - galeria handlowa z piekła rodem

A ponieważ historia lubi się powtarzać, i przy tej okazji dochodzi do inwazji zombie. Spragnieni przecen zakupowicze gromadzą się w sklepowym kompleksie w ramach słynnego Black Friday, ale zamiast obniżonych cen, napotykają hordy krwiożerczych truposzy. To było do przewidzenia dla wszystkich, poza władzami prowincjonalnego Willamette.

Cały teren (nie tylko galerii handlowej, ale i przyległych do niej dzielnic) zostaje objęty kwarantanną, a to oznacza, że obok ludożerczych zombie po zaśnieżonych ulicach wędrują nie mniej bezlitośni żołnierze. Wykańczanie zarówno jednych, jak i drugich to podstawowa rozrywka Franka Westa w tej makabrycznej piaskownicy.

Dead Rising 4 - masakrowanie samochodem

Do tego dochodzi jeszcze wykonywanie zadań głównych, które mimo pewnej powtarzalności, pchają do przodu całkiem wciągającą opowieść. Na ich potrzeby dodano do aparatu fotograficznego Westa specjalne filtry, które pozwalają eksplorować miejsca zbrodni w sposób kojarzący się z cyfrowymi przygodami Batmana. Trzeba jednak zaznaczyć, że ta opcja nie została przez twórców wykorzystana w pełni.

Dead Rising 4 - wykryto graffiiti

Oczywiście, poza głównym wątkiem fabularnym znajdziemy w Dead Rising 4 także misje poboczne. Te ostatnie sprawiają wrażenie kompletnych „zapchaj-dziur”, ale i tak dają sporo frajdy. 

Pośród nich przeważają takie banały, jak ratowanie pojedynczych ocaleńców otoczonych przez zombiaków, oczyszczanie schronów czy niszczenie wojskowego sprzętu. 

Czasem trafi się jakaś perełka w rodzaju gokartowego wyścigu w galerii handlowej i mało zróżnicowane, ale niezwykle satysfakcjonujące fotografowanie co ciekawszych scenek obyczajowych z życia żywych trupów. Jednak ogólnie rzecz biorąc zadania poboczne to strawa dla graczy, którzy potrafią delektować się nawet dosyć monotonnymi wyzwaniami.

Dead Rising 4 - zbadaj pogłoski

Skoro już padło słowo „wyzwania”, trzeba powiedzieć, że w przypadku Dead Rising 4 korzystanie z tego zwrotu jest sporym nadużyciem. Rozgrywka (zwłaszcza w kampanii dla pojedynczego gracza) raczej delikatnie kołysze nas w ramionach, zamiast wyciskać siódme poty ze skaczących po padzie kciuków. 

I nie byłoby w tym nic złego, bo przecież Dead Rising 4 to nie Dark Souls, ale mimo wszystko szkoda, że osobom spragnionym twardszych zombiaków do zgryzienia uniemożliwiono podbicie poziomu trudności.

Dead Rising 4 - wielokrotne trafienia

Jingle guns, jingle guns...

Jak piaskownica, to eksploracja. To idzie ze sobą w parze, niczym yin i yang lub piosenkowy „horse and carriage”. W Dead Rising 4 jej nie brakuje. 

Czasami można dostać oczopląsu od ilości przedmiotów do zebrania, a pośród nich zdarzają się też prawdziwe skarby, takie jak schematy nowych wymyślnych rodzajów broni. Nie można też zapomnieć o kretyńskich, choć bardzo zabawnych, strojach, które stały się już „cechą gatunkową” serii Dead Rising.

I rzeczywiście, jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi, lata mijają, a ubieranie się w gogle narciarskie i puchaty strój rekina w celu przeszywania wrogów zaostrzonym dziobem plastikowej ryby ciągle bawi. 

Szkoda, że to cały czas główny (złośliwi powiedzą, że jedyny) filar rozgrywki, ale trzeba też przyznać, że jest on wyjątkowo solidny, mimo swojego mocno jajcarskiego statusu.

Dead Rising 4 - sprzedawca ubran

Jak można się domyślić, świąteczny charakter Dead Rising 4 niesie ze sobą cały pakiet typowo gwiazdkowych gadżetów. Do moich ulubionych prezentów od Świętego Mikołaja z Capcomu zaliczyłbym kuszę strzelającą fajerwerkami, wyrzutnię choinkowych ozdób, która zamienia zombiaki w mielone przy akompaniamencie dzwoneczków, a także małą figurkę gwiazdora w czerwonym kubraczku z doczepioną do niej butlą żrącego kwasu.

Przyznajcie się teraz, czy nie o tym pisaliście w listach do Laponii?

Dead Rising 4 - Frank jako kucharz z młotem

Na osobne miejsce w tym tekście zasługuje egzoszkielet, który być może jest żartem z ostatnich odsłon Call of Duty albo też zwyczajnie efektem inspiracji tego typu grami. Jak zwykle, w przypadku Dead Rising 4, trudno wyznaczyć granicę między powagą, a dowcipem.

Niezależnie od tego, co skłoniło twórców tego tytułu do wprowadzenia egzo-nowinki, trzeba przyznać, że sprawdza się ona całkiem nieźle. A jak działa? 

Od czasu do czasu znajdujemy na swojej drodze kombinezon, który możemy używać przez ograniczoną ilość czasu. Za to pozwala on dźwigać przedmioty, których inaczej nie bylibyśmy w stanie użyć.

Dead Rising 4 - egzoszkielet

Mam tutaj na myśli między innymi ogromny topór, miotacz ognia, olbrzymi cekaem, a także gigantyczne zielone rękawice... Tak, tak, gigantyczne zielone rękawice – coś tu jest niejasne? Jeśli dziwicie się takim drobnostkom, to jak uwierzycie w to, że z połączenia wózka inwalidzkiego i traktora wychodzi kombajn do rozczłonkowywania zombiaków?

A tak właśnie się dzieje, bo Dead Rising 4 kontynuując tradycję rozpoczętą przez swojego poprzednika, poza kombinowanymi typami broni, oddaje też do naszej dyspozycji pojazdowe hybrydy. Zasada ich konstruowania jest analogiczna, ale siła rażenia nieporównanie większa od możliwości zwykłych pukawek.

Dead Rising 4 - excalibur

Co tu dużo mówić, growi majsterkowicze znajdą w Dead Rising 4 to, co lubią najbardziej. Przypomina się znany z telewizji program, w którym uczestnicy budowali różne urządzenia, korzystając z dostępnych na złomowisku części. 

Całe Willamette to taki właśnie plac zabaw dla złotych rączek, którzy z pozbieranych odpadów sklecą niesamowite machiny śmierci.

Dead Rising 4 - bomba ze złomu

Santa Zombie

Zbroić się warto. Nie tylko dlatego, że jest to przyjemność sama w sobie, ale też po to, żeby jeszcze efektowniej i efektywniej oczyszczać z żywych trupów ulice Willamette. 

Sam system walki wciąż pozostaje stosunkowo prosty, tak jak miało to miejsce w poprzednich odsłonach Dead Rising. W zasadzie klepanie w dwa, góra – trzy przyciski załatwia całą sprawę. 

Po raz kolejny można by oczekiwać trochę oryginalniejszych rozwiązań, ale z drugiej strony, czy nie takie bezmyślne stukanie w klawisze cenimy sobie w tej serii najbardziej?

Dead Rising 4 - śmiercionośny traktor

Przy okazji patrolujących teren żołnierzy wprowadzono też sekwencje skradankowe, ale prawdę powiedziawszy i w tych sytuacjach wybierałem raczej otwarte konfrontacje. Ciche zabójstwa w mojej opinii pasują do konwencji Dead Rising 4 jak kwiatek do kożucha. 

Chociaż pewnie nie jest to najlepsze porównanie, bo znając Franka Westa byłby on wstanie połączyć nawet te dwa przedmioty w jakąś dziwaczną maszynkę do zabijania.

Dead Rising 4 - wyścig gokartem

W Dead Rising 4 dorzucono też kilka rodzajów nowych przeciwników, którzy skutecznie urozmaicają rozgrywkę. Znajdziemy pośród nich między innymi świeżo zainfekowane zombie, znacznie bardziej krwiożercze i szybsze od swoich starszych kuzynów, a także okutych w egzoszkielety wojskowych.

Po drodze od czasu do czasu napotykamy też mini-bossów, którzy jednak podobnie, jak całość rozgrywki nie stanowią zbyt dużego wyzwania. Reszta to po prostu masakrowanie żywych trupów w ilościach przemysłowych. Pomysł stary, może nawet lekko już przestarzały, ale wciąż nośny.  

Dead Rising 4 - broń strzelająca fajerwerkami

Let it crawl, let it crawl, let it crawl...

W Dead Rising 4 nie mogło też braknąć trybu dla wielu graczy. Niestety, nie możemy wspólnie ze znajomymi przebijać się przez kampanię, ale za to przygotowano na tę okazję cztery osobne etapy. 

W tych ramach znajdziemy niezbyt wyszukane cele misji, które wprowadzają jednak pewną strukturę do rozgrywki. Inaczej ten spontaniczny masowy mord mógłby się prędko nudzić.

Dead Rising 4 - wybór postaci do gry wieloosobowej

Oczywiście, w trybie wieloosobowym nie wcielamy się w postać Franka Westa, ale przebieramy w czwórce nowych bohaterów. Pozostałe zasady rozgrywki nie różnią się znacznie od wersji dla pojedynczego gracza. Mamy więc między innymi kupowanie sprzętu za zebrany złom oraz zdobywanie punktów umiejętności, które następnie wydajemy na nowe talenty naszej postaci.

Wprawdzie rozgrywka wieloosobowa ani wielkością, ani złożonością nie dorównuje osadzonej w otwartym świecie kampanii dla pojedynczego gracza, ale i tak świetnie się sprawdza jako jej dodatek. A już na pewno doskonale przedłuży żywotność Dead Rising 4 fanom, którzy „wyzerują” tryb jednoosobowy. 

Dead Rising 4 - kooperacyjna rzeźnia

Have yourself a bloody little Christmas

Trudno uznać Dead Rising 4 za jakiś rodzaj objawienia, tudzież absolutną perłę świata gier o zombie. To po prostu kolejna odsłona serii, która wprowadza trochę nowinek do znanej formuły, ale koniec końców w dużej mierze kontynuuje wypracowany już wcześniej trend.

Natomiast jedno trzeba jej oddać – jest ona doskonałym sposobem na sadystyczne zrelaksowanie się po ciężkim dniu pracy. A jeśli dodamy do tego jeszcze fenomenalny świąteczny nastrój, to stanie się ona również wielogodzinną beztroską zabawą na bożonarodzeniowy urlop. Bo przecież w tym szczególnym okresie najważniejsze jest wybebeszanie tysięcy zombiaków… 

Zaraz, zaraz, chyba coś pomyliłem. Nie chodziło przypadkiem o spędzanie czasu z rodziną? Albo łamanie się opłatkiem? Obdarowywanie się prezentami? No, nieważne! Co kto lubi! W końcu psychopatyczny fotograf z apetytem na żywe trupy też może zasiąść na miejscu zbłąkanego wędrowca przy naszych wigilijnych stołach. 

Dead Rising 4 - selfie

Ocena końcowa:

  • makabryczny, ale urokliwy nastrój krwawych świąt
  • otwarty świat Willamette
  • nowi przeciwnicy, komiczne stroje, śmiercionośne pojazdy i "bożonarodzeniowe" typy broni
  • egzoszkielet, który wprowadza trcohę uirozmaicenia do krwawej jatki
  • beztroska rozgrywka jest świetnym sposobem na relaks po cieżkim dniu
  • Frank West powraca z przytupem!!
     
  • powtarzalność zadań pobocznych i misji głównego wątku
  • brak możliwości zwiększenia poziomu trudności
  • pojedyncze misje dla wielu graczy, zamiast trybu kooperacyjnego w kampanii
  • formuła ubierz-się-głupio-i-zabij-wszystko-co-się-rusza-jeszcze-głupszym-sprzętem domaga się chociaż lekkiego odświeżenia
     
  • Grafika:
     dobry
  • Dźwięk:
     dobry plus
  • Grywalność:
     dobry
Wybrane dla Ciebie
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE