Detroit: Become Human – to jeszcze gra, czy już interaktywny film?

Pytania o to gdzie kończy się gra a zaczyna film pojawiały się już w historii gier wielokrotnie. Jednak to kolejne dzieła Davida Cage’a i studia Quantic Dream co rusz przesuwają umowną granicę. Zrobi to i nadchodzące Detroit: Become Human. Za to w jakim stylu!

Image

Detroit: Become Human - między filmem a grą

Nie ma chyba gracza, który nie słyszałby o Heavy Rain czy Beyond: Dwie Dusze. I nieważne, że obie te produkcje studia Quantic Dream pojawiły się wyłącznie na konsolach Sony. Tak mocno nastawione na fabułę, emocje i filmowy realizm tytuły zdarzają się bowiem wyjątkowo rzadko. A już na pewno takie, które na nowo rozbudzają dyskusje o tym czy to jeszcze gry czy już może bardziej nowoczesne, interaktywne filmy.

I co by nie mówić, z każdą kolejną produkcją studio Quantic Dream próbuje nagiąć zasady balansując na granicy dzielącej elektroniczną rozrywkę i pełnometrażowe filmy. Niestety, nie zawsze efekt tej zabawy konwenansami bywa równie satysfakcjonujący czego najlepszym dowodem może być Beyond: Dwie Dusze. 

I choćby dlatego zbliżające się wielkimi krokami Detroit: Become Human jest pod o wiele większą presją by koniec końców okazać się grą, a nie filmowym samograjem.

Na szczęście, już teraz wiadomo, że choć tytuł ten jest niebezpiecznie blisko owej magicznej granicy, nie stara się jej przekroczyć dostarczając to co w tego typu grach najważniejsze – realne wybory, które faktycznie mogą zmienić wszystko.

Widz Gracz reżyserem

David Cage ma wielkie ambicje. Od zawsze postrzegał gry jako interaktywne dramaty, w których gracz nie tylko sam kształtowałby fabułę, ale także czuł towarzyszące temu prawdziwe emocje. 

Jego celem było więc stworzenie gry, która potrafiłaby poruszyć każdego, niezależnie czy jest graczem czy nie, a jednocześnie filmowym rozmachem przyćmić wszystko co pojawiło się do tej pory. Niby udało się to już Heavy Rain i Beyond: Dwie Dusze, ale dla gnanego fantazją Davida Cage’a to wciąż było mało.

Detroit: Become Human - zakładnik
Kliknij by powiększać zdjęcia!

Jego wizja ma w końcu szansę się spełnić, i to właśnie dzięki Detroit: Become Human. Opowieść, której stworzenie kosztowało Quantic Dream ponad 5 lat pracy, ma wszystkie ku temu powody – bohaterów na których nam zależy, angażującą historię, doskonałą oprawę wizualną i prawdziwie kinową optykę. 

Tu każda pojedyncza scena została dokładnie przemyślana i „sfilmowana”, i to w taki sposób by jak najlepiej zarówno oddać charakter oglądanej akurat postaci, jak i wzbudzić w graczu określone emocje.

Detroit: Become Human - Marcus i Carl

Zresztą wystarczy spojrzeć na wykreowany przez Quantic Dream niby nowoczesny, świetnie prosperujący świat, w którym jednak androidy powoli odbierają ludziom pracę, bo „są tańsze, lepsze i bardziej efektywne”, w którym ludzie z coraz większą niechęcią odnoszą się do inteligentnych maszyn, i który tylko czeka by ktoś w końcu „podłożył zapałkę”.

Umieszczenie w takim świecie trzech androidowych bohaterów i opatrzenie ich historii tak  wymownymi hasłami jak „Miłość ma swoją cenę”, „Opór ma swoją cenę” i „Lojalność ma swoją cenę”, naprawdę potrafi stworzyć filmową iluzję.

Detroit: Become Human - zamieszki

Ktoś powie pewnie teraz „ale zaraz, zaraz, film filmem, ale gdzie tu rola gracza?” Czyżby, wzorem wielu innych produkcji, pozostawiono nam jedynie naciskanie kilku klawiszy podczas kolejno oglądanych scenek? Cóż, nie tym razem.

Po eksperymencie jakim było Beyond: Dwie Dusze, z jego mocno uproszczoną rozgrywką i dość pozornym wpływem gracza na przebieg fabuły, David Cage w Detroit: Become Human wraca do korzeni. Nie chodzi tu jednak o samą możliwość podejmowania jakichkolwiek akcji, ale o decyzje i ich wpływ na dalszą zabawę. 

Wreszcie twórcy z Quantic Dream zrozumieli, że gracz nie chce być jedynie widzem, a chce sam tworzyć oglądaną historię. Dlatego tym razem postawiono na ilość fabularnych rozgałęzień, które czynią skutki dokonywanych przez nas wyborów bardziej nieprzewidywalnymi. 

Detroit: Become Human - Connor z pistoletem

Pod płaszczykiem całej masy niewiele znaczących czynności takich choćby sprzątanie pokoju, malowanie obrazu, szukanie śladów na miejscu zbrodni czy prosty dialog z inną postacią ukryto tu całą masę przeróżnych warunków, których ziszczenie może doprowadzić do niespodziewanego finału. 

Możliwych dróg i ich bliższych i dalszych konsekwencji jest bowiem w Detroit: Become Human naprawdę wiele, co zresztą podkreślają sami twórcy gry, wręcz zachęcając do poznania nie jednej, a wielu wersji tej samej historii. 

Po to w grze znalazły się specjalne, graficzne podsumowania każdego rozegranego rozdziału, w których z miejsca zobaczymy ile rzeczy pozostało nieodkrytych i ile możliwych zakończeń nam umknęło. Już samo to stanowi niesamowitą zachętę do wypróbowania innych kwestii dialogowych i dokonania innych wyborów.

Detroit: Become Human - android w witrynie sklepu

"To Pana dzieło? Nie, Wasze"

Każdy kto śledzi kolejne odcinki "Geniusza", serialu o życiu i twórczości Pablo Picasso z miejsca skojarzy te słowa ze sceną, gdy niemiecki oficer pyta malarza o jego słynną Guernicę. Wbrew pozorom, cytat ten pasuje także i do Detroit: Become Human. 

Na każdym kroku gra stawia nam bowiem pytania, na które w ten czy inny sposób musimy odpowiedzieć kreując tym samym oglądaną historię. Tu po prostu nie da się być biernym obserwatorem wydarzeń, nawet jeśli dotyczy to kwestii jednego ruchu gałką analogową gamepada by podnieść zdjęcie z półki bądź wyrzucić śmieci. Każda rzecz może tu mieć kolosalne znaczenie. Dzięki temu to nie twórcy narzucają nam gotowy scenariusz a to my sami za niego odpowiadamy.

Detroit: Become Human z pewnością nie jest typową grą. To coś z pogranicza filmu i elektronicznej rozrywki. Nie da się jednak czynić jej z tego powodu zarzutu, bo droga, którą przebyła ta produkcja jest niezwykła. 

Niegdyś demo technologiczne, dziś – pełnoprawny, głośny tytuł, który ma wielkie szansę sprawić, że poczujemy się jak reżyser własnej opowieści. Pod tym względem Detroit: Become Human przypomina dawne książki-gry, w których podjęcie określonych decyzji oznaczało konieczność przejścia na z góry określoną stronę. Nigdy nie wiesz, co tam cię spotka.

Ale nie musisz wierzyć na słowo – sprawdź sam. Wersja demonstracyjna tylko czeka by rozpalić Twoją ciekawość. 

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ