Czy bycie głupim, ale znanym to problem naszych czasów?

Dlaczego bardziej ufamy celebrytom niż autorytetom naukowym? Czy influencerów należałoby zdelegalizować? I co to jest ta Ekipa?!

Image
Przemysław Jankowski

Dlaczego bardziej ufamy celebrytom niż autorytetom naukowym?

Żyjemy w czasach, w których lepiej mieć szczęście niż być mądrym. To smutne (choć mnie śmieszy), ale prawdziwe. Pytanie jednak, czy uprawomocniona głupota to realny problem? Czy filary nowoczesnego społeczeństwa, jak imperatyw sensu, który świat po prostu mieć musi, systemy eksperckie odpowiadające na nasze doczesne problemy oraz szalejący konsumpcjonizm mogły doprowadzić do czegoś innego niż era influencerów?

Lubimy wiedzieć/wierzyć? Nie! Musimy wiedzieć/wierzyć (niepotrzebne skreślić)!

Ludzkie życie od zawsze zawieszone jest w wielosmakowym budyniu, w którym w jakiś sposób musimy się połapać, by wiedzieć jaki smak kiedy chcemy wybrać. Plastyczne porównanie, wiem, ale z braku laku to na bezrybiu i rak ryba… Tak czy inaczej, jako jednostki społeczne po prostu potrzebujemy (uwaga trudne słowo) systemów sensotwórczych, które porządkują nasz świat. Systemami takimi są religia, kultura, nauka, język, a nawet sztuka czy sport. Lista jest długa, a poszczególne pozycje różnią się względem siebie jedynie miejscem w hierarchii oraz wewnętrzną złożonością.

Sam fakt obecności systemów sensu sprawia, że partycypując w nich wyznajemy określone wartości, które to w sposób bardzo usystematyzowany pozwalają nam iść przez życie. Choć abstrakcyjne może wydawać się porównanie religii do nauki i sportu, to jest to jak najbardziej słuszne. Religia bowiem nie tłumaczy nadprzyrodzonego, ale tworzy sposób partycypowania w otaczającej nas rzeczywistości, podobnie jak światopogląd naukowy i podobnie, jak sport - każdy kto uprawiał kiedyś jakąś dziedzinę sportu (zwłaszcza drużynowego) wie, że granie według zasad przynosi korzyści. Najpierw jednak zasady te musimy poznać, prawda?

Systemy eksperckie, czyli chwała instytucji!

Kiedy znamy już zasady obowiązujące w danym społeczeństwie, jesteśmy wdrożeni w kulturę i w pełni świadomie żyjemy w danej rzeczywistości - automatycznie zaczynamy korzystać z systemów eksperckich. Idąc do stomatologa zakładamy, że ten wie co robi, kiedy zagląda nam w gębę. Zgłaszając się do prawnika dajemy mu wolną rękę, by godnie nas reprezentował, gdyż wierzymy, że odbierając fachowe wykształcenie kierunkowe, ma on ku temu wszelkie predyspozycje. Nawet kupując mieszkanie w stanie deweloperskim zakładamy, że deweloper odwalił kawał dobrej roboty, bo w końcu powinien się znać na tym co robi, prawda? 

Potrzeba wiary i przyrodzona nam skłonność do podążania za systemami sensu i systemami eksperckimi to podwaliny dojrzałych społeczeństw, w których sprawnie działa swoista organiczna solidarność. Elektryk wymienia żarówkę, lekarz leczy, strażak gasi pożary. Proste, prawda? Dawniej tak, dziś jednak już niekoniecznie. Dziś bowiem, żyjąc w erze informacyjnej, każdy z nas staje się okresowo ABSOLUTNYM ekspertem w danej dziedzinie. I bardzo dobrze! Nie ma w tym nic złego, kiedy swoją eksperckość pokazujemy przy piwie ze znajomymi. Gorzej jednak, gdy nasza nabyta w kwadrans eksperckość rzutuje na życie innych, gdyż - umówimy się - zazwyczaj jest ona po prostu G… warta.

Konsumpcja - tego nie mogliśmy przewidzieć!

Jednym z głównych błędów wczesnych teoretyków kapitalizmu, a zwłaszcza tych, którzy materializm historyczny postrzegali jako naturalną drogę rozwoju społeczeństwa, jest niedostrzeżenie na horyzoncie kapitalizmu w odmianie konsumpcyjnej. Kiedy protestanci w myśl teorii mieli akumulować dobra, bo było to dobre, etyczne i świadczyło o przynależności w poczet zbawionych od trosk doczesnych - w praktyce wszyscyśmy wpadli jak ta śliwka w ten kompot, kiedy tylko narodziny masowych mediów doprowadziły do narodzin masowej reklamy.

Zły wpływ treści internetowych

To oczywiście nie jest tak, że jak tylko prasa w USA zaczęła drukować reklamy, to wszyscy wyciągnęli spod łóżek swoje oszczędności - mechanika ta była bardziej złożona, a proces bardziej rozwleczony w czasie, ale nie ma cienia wątpliwości, że dojrzały konsumpcjonizm jest za pan brat z okrzepnięciem ery informacyjnej w historii ogólnoludzkiego postrzegania cywilizacji, a zwłaszcza w historii kultury zachodniej. Ot środki przekazu mówią nam, na co mamy wydawać hajs, to my hajs ten wydajemy. Kreowanie potrzeb na metamarketingowym poziomie. 

Co ciekawe, ten dzisiejszy konsumpcjonizm też nie jest konsumpcjonizmem, który obalił kapitalizm produkcyjny. Dziś nie zależy nam na tym, by mieć rzecz, nie chodzi nam, rzecz jasna, o to, by produkować i sprzedawać rzecz, ale o to, by używać rzecz. No w przypadku lodów Ekipy o to, by zjadać rzecz, a używając tej rzeczy pokazywać wszem i wobec, że się jej używa. Trochę jak z nowym telefonem - po kilku dniach dochodzi do nas, że w sumie to jest taki sam, jak stary telefon, ale trochę lepszy, ale znajomym to musimy go pokazać i opisać w superlatywach, żeby im żyłka pękła.

Co ważne, przykład z telefonem jest przykładem roboczym, można tu wstawić:

  • lody Ekipy,
  • dyskografię Edyty Górniak,
  • rajstopy na pogrzeb (hit dni ostatnich),
  • piwo Palikota i Wojewódzkiego,
  • wszystko praktycznie na czym łapy położyli influencerzy.

No dobra, ale co z tymi influencerami?

Jesteśmy po krótkiej i dynamicznej wycieczce przez 3 bloki pojęciowe - potraktowane diabelnie po macoszemu, ale cóż - takie życie! Dlaczego jednak musieliśmy poczytać o tym, że ludzie to zasadniczo muszą w coś wierzyć lub coś wiedzieć, że napędza nas konsumpcjonizm w formie używania (a dopiero potem posiadania) i pokazywania oraz, że nasza cywilizacja sama w sobie opierać się musi na obecności uprawomocnionych nadrzędnych instytucji, które mówią nam, jak żyć?

To proste! W erze informacyjnej, wszystkie te 3 filary ponowoczesnego człowieka (już nie tylko zachodniego!), znalazły doskonałe ujście w influencerstwie wszelakim. Kupujemy to, co pokazują nam ludzie w sieci i o czym mówią, że warto kupić, a ufamy i wierzymy im, bo komuś wierzyć musimy. Mało tego! Wierzymy im nawet bardziej dosłownie niż metaforycznie, bo w końcu kreują się na ekspertów poprzez zamknięte koło zamachowe - influencerzy coś robią - ludzie to lubią - influencerzy robią tego więcej - więcej ludzi to lubi. Ot, mechanika polecania, algorytmów w sieci i własnego wygodnictwa. 

Potrzebujemy przykładów na to, jakimi imbecylami mogą być influencerzy? Statyści w szpitalach, woda o temperaturze 27 stopni Celsjusza zabijająca koronawirusa, płaska Ziemia… Nie, dobra, bez przesady ;) 

Do rzeczy, do brzegu (rzekł bosman)! Cały ambaras z influencerami polega na tym, że zasadniczo sami ich wyhodowaliśmy doskonale zastępując nimi dawne wyrocznie, kryteria sensu i gwiazdy na plakatach. Są pod ręką - zawsze w telefonie, śledzą ich niekiedy setki tysięcy osób - więc można domniemywać, że coś tam wiedzą, dużo znaczą w świecie - znaczy się - autorytety. 

W gruncie rzeczy filary kształtujące nasz świat wespół z tyranią intymności, kiedy to tabu zasadniczo zniknęło i nikt go już nie uznaje, sprawiły że prędzej czy później oddalibyśmy się we władanie influencerów, bo zapewniają nam… spokój. Tak, spokój! Nie rozrywkę, nie wiedzę, ale spokój. To bowiem oni coś robią po to, byśmy my nie musieli. Nam wystarcza kupno lodów, wysłanie serduszka na Insta czy lajka na Fejsie.

Czy influencerzy to... problem?

Zastanówmy się, czy taka Ekipa czy inna Edyta Górniak to realny problem? Otóż nie! Oczywiście, nie powinno być influencerów, nie powinniśmy jako społeczeństwo dopuszczać do tego, że głupi ludzie stają się sławni, a osoby znane z tego, że są znane nie powinny wywierać wpływu na młodych ludzi. Tak się jednak dzieje i tak się dziać będzie, bo influencerzy dają nam to, czego poszukujemy. Ktoś szuka cycków, ktoś skandali, ktoś zastanawia się, gdzie smacznie zjeść, a jeszcze ktoś inny zachodzi w głowę, czy telefon za 5000 zł jest faktycznie lepszy od tego za 4799 złotych. Jest potrzeba - są influencerzy.

Niemniej, influencerzy nie są problemem. Problemem jest nasze powszechne lenistwo i chęć partycypacji w kulturze niskiej - tak niskiej jak świadomośc kondycji polskiej gospodarki w badaniach prowadzonych na reprezentatywnej grupie Polaków. Lenistwo to jest wielowymiarowe i (niestety) bezrefleksyjne, co sprawia, że opinie ludzi, których oglądamy dlatego, że przepracowali swoje na siłowni i lubią pokazywać swoje ciała na Instagramie (a niech pokazują!) stają się dla nas w jakimś wymiarze wartościowe. I to nie dlatego, że faktycznie uważamy, że rację ma Edyta Górniak! I nie dlatego, że Ekipa wnosi nową jakość do programów rozrywkowych, takich obiadowo-odmóżdżających, ale dlatego, że po prostu oglądamy tych ludzi z pewnego przyzwyczajenia. 

Działa tu podobna mechanika, jak z Radiem Maryja. Jedno co ta rozgłośnia robi naprawdę dobrze, to bycie radiem towarzyszącym - ot starsi ludzie słuchają sobie w tle, a z czasem zaczynają łapać jak te pelikany to, co z tego radia do nich dociera. I tak jest i tutaj, oglądamy sobie ładnego pana i ładną panią z siłowni, a potem słuchając ich opowieści o tym, jak wyrzeźbić klatę czy inną łydkę, pochłaniamy wynurzenia o magicznych właściwościach przegotowanej wody w profilaktyce zdrowotnej.

Przede wszystkim, nie szukajmy wymówek!

Koniec końców wszystko sprowadza się do stwierdzenia, że my wcale tych influencerów nie słuchamy bardziej niż naukowych autorytetów. Mechanika jest tu zgoła inna. My bowiem autorytetów naukowych nie słuchamy w ogóle, nie szukamy źródeł rzetelnej wiedzy, nie myślimy krytycznie, a jedynie żyjemy według schematu: wstań - pracuj - odpocznij - powtórz. Innymi słowy, influencerzy są słyszalni, bo my jesteśmy na tyle leniwi, że nie szukamy lepszej rozrywki, a algorytmy na tyle cwane, że podpowiadają nam treści zbliżone do tych, które nas doskonale relaksują.

Jak zatem naprawić problem z influencerami? Moja metoda jest bardzo prosta. Otóż ja nie mam problemu z influencerami, bo żadnych nie śledzę, nie oglądam, nie słucham. Nie używam Instagrama (choć konto mam, a nawet używać go próbowałem przez chwilę), Facebooka używam do pracy, a na YouTube słucham muzyki. Oczywiście nie można wymagać od wszystkich członków społeczeństwa, by dali sobie spokój z rozrywką oferowaną przez osoby znane, ale nie można też zabronić tym osobom znanym wypowiadania się o tym i o tamtym. Z drugiej jednak strony, czy przeczytanie nawet bezdennie durnej książki ciągle jest czymś, co powinniśmy przyjąć z uznaniem, jako wyczyn i osiągnięcie w społeczeństwie wtórnych analfabetów? Pytanie otwarte do tych, co to zmęczyli takie 365 dni czy inny Zmierzch.

Kończąc (choć czuję, że z tego felietonu o konstrukcji chaotycznej powinienem stworzyć rozbudowany cykl tekstów) warto postawić na optymistyczną nutę. Otóż, społeczeństwo zawsze się w jakiś sposób autoreguluje, trendy mijają, mody się zmieniają, a ludzie dorastają. Mając to na uwadze, warto czasem żyć w zgodzie z nieobowiązującą już w takiej mocy jak dawniej wizją doboru naturalnego. 

Innymi słowy, jeśli ktoś chce polizać deskę w publicznym kiblu albo nasikać sobie do nogawki i nagrać to smartfonem, a następnie pokazać całemu światu - śmiało, do it, teraz! My jednak nie musimy tego oglądać, a jeśli nie będziemy tego oglądać, to te barany nie będą tego robić. Dla widza, coby go ściągnąć i utrzymać, zawodowi twórcy hałasu zrobią wszystko - dajmy im więc w prezencie święty spokój, a pozbędziemy się problemu. Ot, jak to rapuje DGE: “czytajmy mądre książki, kupujmy dobre gazety…”!

PS Poczytałem trochę o tym, czym jest Ekipa, ale (przyznaję bez bicia) nie miałem siły zmierzyć się z tym tematem.

Wybrane dla Ciebie
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE