Boston którego nigdy nie było
Bethesda podsycała nadzieję wszystkich zagorzałych fanów popromiennej przygody najpierw świetnym zwiastunem Fallout 4 na targach E3, a później zabawnym i błyskotliwym tytułem na platformy mobilne Fallout Shelter. Pojawia się jednak pytanie, czy nie był to strzał w stopę. Bo oto zamiast hitu powodującego pełną podniecenia tachykardię otrzymaliśmy podrasowanego Fallouta 3, który posiada wprawdzie odpowiedni klimat oraz potrafi rozbudzić nasze zainteresowanie, ale nie wprowadza nowej jakości do rozgrywki. Zagorzałym fanom serii być może ta produkcja przypadnie do gustu, całej reszcie – niekoniecznie.
Przepraszam, którędy do przeszłości?
Fallout 4 rozpoczyna się od przepięknej sekwencji osadzonej w przedwojennej rzeczywistości alternatywnych lat pięćdziesiątych. Niestety, jest to najciekawszy fragment gry. Zachwyca możliwość modelowania twarzy naszego bohatera i dobierania jego statystyk, które to klasyczne do bólu elementy zostały niecodziennie wpisane w całość rozgrywki. A co następuje potem?
W kolejnych minutach eksploduje bomba atomowa, a my zostajemy rzuceni na przedmieścia radioaktywnego Bostonu, które wprawdzie mają wspaniały klimat, ale też nadmiernie realistycznie oddają nudę świata, gdzie wszystko zostało zrównane z ziemią. To właśnie takie charakterystyczne dla serii uniwersum pełne cieni przeszłości stanie się sceną odysei, jaką wraz z głównym bohaterem podejmiemy, żeby odnaleźć choć skrawki jego przedwojennego życia. Szkoda tylko, że ta podróż nie jest szczególnie wciągająca.
Kilka miesięcy temu mieliśmy okazję być świadkami premiery gry Mad Max, którą pozwoliłem sobie nazwać pierwszym na świecie symulatorem złomiarza. W Fallout 4 mamy do czynienia z czymś podobnym, a więc z symulatorem śmieciarza. Niby jest jakaś fabuła, która kręci się wokół porwanego syna głównej pary bohaterów, niby stajemy się częścią poatomowej społeczności, ale w gruncie rzeczy wszystko ogranicza się do niekończącej się wędrówki po pustkowiach, której urozmaiceniem bywają znalezione graty.
Dlaczego stanowią one jakąkolwiek atrakcję? Dlatego tylko, że możemy je wykorzystać do modyfikacji naszej broni, rozbudowywania bazy, tworzenia pomocnych chemikaliów, jak również do przyrządzania potraw regenerujących zdrowie oraz poprawiających czasowo nasze statystyki.
Chyba jednak nikogo poza największymi fanami tak zwanego „exploringu” nie będzie podniecał taki sposób konstrukcji rozgrywki, choć ci ostatni rzeczywiście znajdą w Fallout 4 to, co lubią najbardziej. Bo jest po czym myszkować – zrujnowane domostwa, zdemolowane supermarkety, czy wreszcie przerażająco piękne Morze Blasku, którym jest zasnuty radioaktywną mgłą obszar na południu Bostonu. Szkoda tylko, że w tych bądź co bądź urokliwych i bardzo nastrojowych okolicznościach przyrody tak niewiele się dzieje.
Nigdy nie ufaj facetowi z psem
W marketingu mawia się, że umieszczenie zwierzaka w reklamie produktu znacząco wpływa na jej sukces. Toteż zawsze kampanie z czworonogami w roli głównej budzą moją podejrzliwość. Nie inaczej było w przypadku Fallout 4, którego znakiem rozpoznawczym stał się owczarkopodobny piesek o pogodnym pyszczku. I rzeczywiście, moje przeczucie było uzasadnione, ponieważ podróżowanie z zapchlonym kompanem wcale nie sprawia, że gra się przyjemniej, a już na pewno nie stanowi remedium na samotność.
Zresztą towarzyszów podróży możemy dobierać sobie na bieżąco i przebierać w całym wachlarzu (nie tylko zwierzęcych) postaci. Choć stanowią oni całkiem interesującą zbieraninę, bo znajdziemy tam zarówno ideologicznie szurniętą dziennikarkę, jak i szlachetnego obrońcę uciśnionych czy też iście chandlerowskiego detektywa, nie wprowadzają oni diametralnej zmiany do jakości rozgrywki. Nie chodzi tylko o ich umiarkowanie rozwiniętą sztuczną inteligencję, ale też o fakt, że Fallout 4 zdaje się w ogóle przykładać niewielką wagę do relacji międzyludzkich.
Z jednej strony mamy wspomnianych już kumpli, którzy razem z nami przemierzają radioaktywny Boston, ich mniej lub bardziej dowcipne komentarze dotyczące toczącej się akcji, a także wskaźnik ich sympatii do naszego bohatera. Z drugiej zaś opcje dialogowe w rozmowach z napotkanymi postaciami zostały mocno okrojone, tak że wybieramy spośród kilku enigmatycznie brzmiących pozycji. Jak gdyby tego było mało, nie mamy poczucia, żeby udzielane przez nas odpowiedzi przesądzały o przebiegu fabuły, a co najwyżej, że wprowadzają one jedynie drobne zmiany do opowieści. W dodatku cała część werbalna Fallout 4 tak naprawdę schodzi na dalszy plan, bo w gruncie rzeczy mamy do czynienia ze strzelanką. Wiem, że to wyjątkowo przykry zarzut w kontekście gry RPG, ale trudno go nie postawić, skoro nieważne, jak wiele inwestujemy we wskaźnik Charyzmy i jak bardzo jesteśmy wygadani, prędzej czy później wszystko i tak kończy się wymianą ognia.
Jak u pana Geigera za piecem
Fallout 3 stał się przede wszystkim olbrzymim placem zabaw dla twórców modów (zresztą podobną przyszłość już teraz przewiduję dla Fallout 4). Po pewnym czasie gra została tak mocno podrasowana przez fanów, że można było się zastanawiać, ile pozostało w niej z oryginału. Miło przekonać się, że Bethesda nie pozostała głucha na te sugestie i część z rozwiązań proponowanych w modach inkorporowała do Fallout 4.
Jednym z nich jest możliwość budowy własnej bazy. Prawdę powiedziawszy, jest to niesamowicie nośny pomysł. Jeżeli nazbieramy w ruinach Bostonu dostatecznie dużo gratów i odnajdziemy w sobie żyłkę architekta lub dekoratora wnętrz to spędzimy długie godziny na beztroskim urządzaniu swojego postapokaliptycznego gniazdka. Wprawdzie sam system budowy nie jest szczególnie wygodny, ale nie stanowi to aż tak znaczącego utrudnienia.
Inna rzecz, że całe to architektoniczne szaleństwo jest de facto mini-gierką, która w dość luźny sposób została powiązana z całością i nijak nie wpływa na ogólny odbiór Fallout 4. Szkoda, bo to naprawdę bardzo mocny akcent, jeśli chodzi o grywalność.
Zbroja od Diora
Kolejnym elementem, z którym wiązałem duże nadzieje, był pancerz wspomagany. Wszyscy znamy udekorowany gumowymi rurami hełm, który regularnie pojawia się na okładkach Falloutów i chyba nie ma osoby, która nie chciałaby zobaczyć swojego bohatera okutego w słynną futurystyczną zbroję. Wprawdzie już w Falloucie 3 mieliśmy taką możliwość, ale dopiero w najnowszej odsłonie serii słynna „power armor” nabrała takiego wyglądu, na jaki w pełni zasługuje.
To już nie zwykły strój, jaki możemy nałożyć jednym kliknięciem myszki, ale prawdziwy wehikuł, do którego musimy znaleźć specjalny rdzeń, żeby zapewnić mu zasilanie. Na co dzień ta metalowa bestia stoi „zaparkowana” w naszej kryjówce i korzystamy z niej jedynie wtedy, kiedy zadanie wymaga od nas pełnej gotowości bojowej. Brzmi dobrze? Dorzućmy do tego jeszcze możliwość modyfikacji każdego z elementów pancerza, montowania na nim specjalnych gadżetów oraz malowania go na dowolnie wybrane barwy. Czy teraz jest już idealnie? Nie do końca...
Choć pneumatyczna zbroja to potężne urządzenie, kiedy mamy ją na sobie, w żaden sposób nie czujemy jej ciężaru, ani mocy. Nasz bohater biega i podskakuje w zasadzie z taką samą swobodą, jak gdyby nie miał jej na sobie, a cały efekt ogranicza się do lekkiego wstrząsu, który ma miejsce pod naszymi stopami, kiedy uderzamy metalowymi buciorami o ziemię. Do tego dochodzą jeszcze znacznie wyższe parametry odporności na zranienie oraz radioaktywność i możliwość schodzenia pod wodę, ale czy tyle wystarczy, żeby w pełni odczuć potęgę słynnego falloutowego pancerza?
Tak tu pięknie, kiedy się zamknie oczy!
Na zakończenie warto wspomnieć o grafice w Fallout 4. Wizualnie gra prezentuje się naprawdę olśniewająco... A nie, zaraz, spojrzałem właśnie w kalendarz i uświadomiłem sobie, że jest rok 2015, a nie 2012. Gdyby nowość od Bethesdy ukazała się trzy lata temu, pewnie moglibyśmy mówić o spektakularnej oprawie graficznej, jednak biorąc pod uwagę obecne standardy, mimo wspaniałego klimatu lokacji, całość wywiera dosyć słabe wrażenie. Miejscami wydaje się, że to nie czwarta część Fallouta, ale nieco podrasowana wersja jego poprzedniczki. Niewątpliwie jest to efekt zastosowania jedynie zmodyfikowanego silnika Creation, który wykorzystywany był już w poprzednich odsłonach cyklu.
Co za tym idzie, twórcy robią co mogą, żeby zamaskować wszelkie niedociągnięcia, a te zabiegi potrafią poważnie zirytować. Zamiast przepięknego otwartego świata mamy czasami wrażenie, że poruszamy się po przesłoniętym mgłą monumencie minionych rozwiązań graficznych. W dodatku nasza wędrówka jest raz po raz przerywana pojawiającymi się ekranami ładowania. Te ostatnie szczególnie przeszkadzają w rozgrywce, bo bywa, że oglądamy je nawet przy przekroczeniu progu malutkiej szopy, na której wyposażeniu jest drewniany stół i dwa krzesła. Szkoda, że nie zdecydowano się na większą rewolucję w grafice, bo postapokaliptyczny Boston zdecydowanie posiada potencjał, żeby stać się imponującą scenerią naszej wyprawy.
Fallout 4 rozdaje dziurawe garnki
Podsumowując, mój mocno zaostrzony przez Bethesdę apetyt nie został zaspokojony. Oczekiwałem wybitnego erpega z olbrzymim i pełnym akcji światem, a w zamian dostałem niezbyt dużą piaskownicę, która nie urzeka graficznie, a jest jedynie w miarę nastrojową sceną dla nudnawej opowieści. Do tego całość do złudzenia przypomina Fallouta 3, a prawdziwie innowacyjnych rozwiązań jest tyle, co kot napłakał.
Fallout 4 to rzetelna pozycja dla wszystkich fanów zbieractwa i leniwego zwiedzania zrujnowanego wojną nuklearną świata. Niestety, gracze, dla których znalezienie dziurawego garnka lub skleconej ze starego tostera spluwy nie jest źródłem radości, mogą być głęboko rozczarowani tą pozycją. Fallout 4 to koronny dowód na to, że nie warto podkręcać oczekiwań i prezentować rozbuchanej kampanii reklamowej w momencie, kiedy nie dysponuje się równie atrakcyjnym produktem. Można powiedzieć, że to tytuł, który sam zdaje się być zbudowany tak jak przedmioty czy budynki spotykane w grze. Sklecono go z używanych części i choć spełnia swoją rolę, to trudno oprzeć się wrażeniu, że lada chwila może się rozpaść na kawałeczki.
Ocena końcowa:
- postapokaliptyczny klimat
- bogaty w miejsca do eksploracji Boston
- charakterystyczny dla serii czarny humor
- olbrzymia ilość ubrań i ogromny arsenał do wykorzystania
- możliwość modyfikacji sprzętu, pancerza i budowy swojej własnej bazy
- świetna ścieżka dźwiękowa
- to wciąż stary, dobry Fallout
- mało wciągająca opowieść i niezbyt oryginalne zadania poboczne
- niedziesiejsza grafika
- ekrany łwadowania na każdym kroku
- okrojony system dialogowy
- niewielka ilość innowacyjnych zmian względem poprzedniczek
- Grafika:
dostateczny plus - Dźwięk:
doskonała - Grywalność:
dobry