Wielu jeszcze nie wie...
T-34 ryczy swoim monstrualnym silnikiem. Czarne spaliny kłębią się u wylotu rury wydechowej. Dwójka Azjatów wdrapuje się na pancerną bestię, a w pełni umundurowany członek grupy rekonstrukcyjnej szorstką angielszczyzną chwali się, że pojazd jest w pełni sprawny. Jego koledzy w hełmofonach pozują do zdjęć z pannami, które ustawiły się obok nich przysłowiowym sznurem. Kto by nie chciał selfiaka z sobowtórem Rudego 102 i jego załogą?
Dwuletni chłopczyk ciągnie swoją matkę za nogawkę spodni w stronę czołgu sowieckiej produkcji. Kobieta pstryka fotkę za fotką i pyta zaaferowanym tonem: „Przepraszam, przepraszam, ale co tu się dzieje?”. Jeszcze nie wie, czym są Grand Finals sieciowego hitu World of Tanks, ale znamienne, że już o nie pyta.
Wargaming.net werbuje w szeregi swoich fanów coraz większe rzesze osób, a jego pancerny turniej w żadnym razie nie jest jedynie atrakcją dla grupki drugowojennych zapaleńców. Z warszawskich budynków billboardy obwieszczają przechodniom, że Grand Finals zawitały do miasta. Niebiesko-czerwone insygnia wywodzącej się z Białorusi firmy są wszechobecne w nadwiślańskiej stolicy.
Fot. Karol Żebruń
Wielu jeszcze nie wie, z czym zjeść tę imprezę, ale mogą być pewni, że się dowiedzą. Czołgi huczą przed Torwarem, kolejki do wejścia rozciągają się jak linie zaopatrzeniowe na froncie wschodnim... E-sport w wargamingowym wydaniu bierze na cel serca mas. Pełne sportowych emocji pociski załadowane. Strzelać bez rozkazu!
Czołgi w świetle reflektorów
Jeśli ktoś myśli, że to hobbystyczne zabawy, jest w głębokim błędzie. Nie można bagatelizować Grand Finals World of Tanks. Jeśli do kogoś nie przemawia frekwencja i zainteresowanie zarówno mediów, jak i zwykłych przechodniów, to może da mu do myślenia argument szeleszczący 300 tysiącami dolarów. Tak jest! Tyle właśnie wyniosła pula nagród tegorocznego Grand Finals. Nic więc dziwnego, że postanowili zawalczyć o nią pancerni zawodnicy z całego globu.
Dwanaście drużyn, jeden puchar i kupa szmalu dla zwycięzców. Każdy z e-atletów ma to w głowie, kiedy wychodzi na rozświetloną reflektorami scenę, mija szpalery hostess i rzuca okiem w stronę masywnego Monolitu, czyli upragnionego trofeum.
To ostatnia chwila, kiedy można jeszcze oddać się fantazjom o tryumfie. Siedząc przed monitorami, będą widzieć już tylko pole bitwy i swoje pancerne giganty. Opróżnią głowę ze zbędnych myśli.
Grubo ponad milion złotych do wygrania? Na te kilkadziesiąt minut rozgrywki wygrana traci swoją wartość. Wsłuchać się w warkot gąsienic i zmiażdżyć przeciwnika – tylko to się liczy.
Korytarze pełne pancerniaków
Pierwszy dzień grupowych przepychanek wyłonił z początkowej dwunastki ośmiu finalistów. Sobota eliminuje kolejne drużyny. SIMP, Tornado Rox, Kazna Kru, Yato Gaming... Rozgrywki nabierają tempa. Coraz więcej goryczy przegranych, coraz więcej nadziei u zwycięzców.
Każdy jeszcze liczy na główną wygraną, ale widzowie już czują, że dwa pierwsze miejsca podium przypadną zeszłorocznym mistrzom, czyli Hellraiser i czempionom sprzed dwóch lat – NaVi.
Fot. Karol Żebruń
Zanim jednak nadejdzie czas wyczekiwanego finału, trzeba chwilę odsapnąć. Toaleta, coś do przegryzienia, coś do picia? Na Grand Finals nawet przerwy nie są aż tak banalne! W korytarzach czeka na fanów pancernych walk strefa, gdzie mogą osobiście siąść za drążkami czołgów w świeżej odsłonie World of Tanks na platformę PlayStation 4.
Oprócz tego, każdy może wypróbować technologię VR na służbie czołgistów, czyli z jej użyciem przyjrzeć się pędzącym do walki dywizjom pancernym. Jak widać, Wargaming.net nie zarasta kurzem, bo wie dobrze, że „trzeba z młodymi naprzód iść”. Wprawdzie na razie prezentowane przez nich rozwiązanie ograniczało się do VR-owych gogli opartych na smartfonowym rdzeniu, ale to przecież pierwsze kroki, a te mogą być nieco skromniejsze.
Czołgowe zombie:)
PlayStation 4, wirtualna rzeczywistość, konkursy dla publiczności, sklepik z gadżetami, szeroko uśmiechnięte panie roznoszące energetyki... A dodatkiem do tego wszystkiego był poprzedzający finał finałów mecz, w którym wyjątkowo nie zobaczyliśmy czołgów. Tym razem postanowiono rzucić na głęboką wodę... okręty.
Na lądzie i na wodzie
World of Tanks porwało za sobą tłumy. Nic więc dziwnego, że Wargaming.net robi, co może, żeby wylansować swoje najmłodsze dziecko, World of Warships, na e-sportowego następcę czołgów. W tym celu zaproszono na scenę dwie drużyny, które miały zasiąść za sterami potężnych okrętów.
Po raz pierwszy zaprezentowano turniejowy mecz wilków morskich i choć reakcje widzów były podzielone, trzeba przyznać, że prawdziwe stalowe potwory na wielkich ekranach Torawaru robiły spore wrażenie. Wielu wiązało pewne obawy z niespiesznym tempem rozgrywki w World of Warships, jednak koniec końców nikt na dynamikę potyczki nie mógł narzekać.
Możliwe, że dopracowania wymaga sam sposób transmisji, który zdaje się dodawać do meczu szczyptę zbędnego chaosu. Na tę chwilę trudno o ostateczny werdykt dotyczący e-sportowego potencjału World of Warships. Pierwsze koty za burtę! Czas pokaże, jak Wargaming.net wykorzysta możliwości tego tytułu.
Fot. Karol Żebruń
Do ostatniego żołnierza
Wreszcie nadszedł czas na wielki finał. Tak jak prognozował tłum, na scenę wkraczają Hellraisers i NaVi. Wiadomo z góry, że bój będzie zacięty. Jedni i drudzy to niewiarygodnie utalentowani gracze. W dodatku NaVi nie może zapomnieć Hellraisers porażki, jaką poniosła w meczu z nimi na Grand Finals 2015 i zrobi wszystko, żeby odzyskać utracony na ich rzecz tytuł.
Fot. Karol Żebruń
Padają pierwsze strzały. Eksplodują pierwsze pojazdy. Punkt za punkt. Cios za cios. Jeden do zera, jeden do jednego, dwa do jednego, dwa do dwóch... Wreszcie napięcie na widowni i na scenie sięga zenitu, kiedy wynik wynosi sześć do sześciu. Siódemka to szczęśliwa liczba dla wygranych, bo na niej finał musi się zakończyć.
Dawno przekroczono ustalony czas zawodów, ale kto by patrzył na zegarek, kiedy serca wszystkich na sali biją rytmem artyleryjskiej kanonady. Lewa część trybun skanduje „Na-Vi! Na-Vi!” tylko po to, żeby przeciwległa strona odpowiedziała jeszcze głośniejszym: „Hell-raisers! Hell-raisers!”. Na polu bitwy zostało zaledwie kilka czołgów. I wtedy, właśnie wtedy, dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Fot. Karol Żebruń
Żeby jednak w pełni zrozumieć kontrowersyjną końcówkę finału finałów, musimy wspomnieć w dwóch słowach o tym, że World of Tanks jest grą żywą i poddawaną kolejnym modyfikacjom. Tuż przed tegorocznymi Grand Finals Wargaming.net postanowił podkręcić nieco fizykę toczących się po wirtualnych arenach czołgów. Niektóre ze wzgórz stały się trudniejsze do pokonania, ale też co zręczniejsi czołgiści mogli korzystać z nowej techniki „ślizgów”.
Dość na tym, że jeden z zawodników Hellraisers padł ofiarą nowej fizyki. Utknął między wielkimi głazami i już nie dał rady się spomiędzy nich wydostać. W końcu na polu walki został tylko on i dogorywający zawodnik NaVi.
Remis? Nic z tego. Hellraisers byli po stronie jednostek atakujących. Nie udało im się przejąć bazy przeciwnika, ani wyeliminować jego czołgów. W rezultacie zwyciężają obrońcy, a unieruchomiony reprezentant Hellraisers może jedynie patrzeć z wyrazem niedowierzania na twarzy jak wymarzony puchar znika zagrzebany między skałami.
Fot. Karol Żebruń
Słupy sztucznej mgły wzbijają się ponad scenę. Finaliści podają sobie dłonie. To już koniec. NaVi w żółtych barwach potrząsają nad głową Monolitem. Pierwsze miejsce należy do nich. Na podium wskoczyli jeszcze Wombats on Tanks, którzy zajęli trzecie miejsce w meczu z Not So Serious.
I choć Hellraisers zostali wicemistrzami, raczej prędko nie pogodzą się z tą porażką. Tak jak NaVi w tym roku, tak oni w przyszłym będą mogli przyjechać na Grand Finals w poszukiwaniu zemsty.
Fot. Karol Żebruń
Zabierz mnie na to wzgórze, chłopcze!
Bitwa skończona. Podłoga zasypana konfetti, pod krzesełkami walają się puszki po napojach, zwycięzcy dzielą się z dziennikarzami swoimi wrażeniami, a przegrani pakują się do domów.
Fot. Karol Żebruń
Na zewnątrz Torwaru grupa rekonstrukcyjna podkłada deski pod gąsienice T-34. Czołgi wracają do garaży. Ale tylko na rok. Jest w tym coś z nastroju finałowej sceny filmu Najdłuższy dzień. Ostatnie zdanie klasyka o inwazji na Normandię brzmi: „Run me up the hill, son!”. Wargaming.net mógłby je powtórzyć wpatrując się w dziewicze dla e-sportu szczyty popularności.
Fot. Karol Żebruń
Postęp, w jakim twórcy World of Tanks rozbudowują swoje Grand Finals, jest godny podziwu. Nie pozostaje nic innego, jak zaczekać do 2017 i wtedy przekonać się, jak daleko zajadą czołgi w ciągu kolejnego roku. A przede wszystkim, czym zaskoczą nas kolejne finały.
Wywiad z Alexeyem Kuznetsovem – szefem działu e-sportu w Wargaming
Benchmark.pl: Jesteś osobą odpowiedzialną za Grand Finals, prawda?
Alexey Kuznetsov: Tak, zgadza się. Jestem odpowiedzialny za imprezę, ale także za ligi Wargamingu, za całą infrastrukturę, relacjonowanie i pozostałe elementy składające się na wydarzenia, takie właśnie jak Grand Finals i finały sezonu. Zajmuję się więc wszystkim, co jest powiązane z ligą, z profesjonalnymi rozgrywkami.
Benchmark.pl: Czemu Polska? Po raz trzeci to właśnie w Warszawie odbywa się Grand Finals. To chyba nie tylko dlatego, że w naszym kraju jest duża społeczność graczy World of Tanks?
Alexey Kuznetsov: O tym decyduje wiele złożonych elementów. Po pierwsze, rzeczywiście chodzi tu o liczby, ponieważ w Polsce jest wiele osób grających w World of Tanks. Po drugie, Warszawa jest bardzo dobrym miejscem z punktu widzenia logistyki. Znajduje się pośrodku – tak, że można tu dotrzeć z USA czy z Chin, a także wielu innych krajów, bez dodatkowych przesiadek i połączeń.
Trzecią zaletą jest fakt, że to państwo dobrze rozwinięte pod względem technologicznym. To umożliwia nam uzyskanie wszystkiego, czego potrzebujemy do stworzenia imprezy – odpowiednich ekranów, elementów wyposażenia, a także obsługujących to fachowców. Jeśli chodzi o produkcję wideo czy też streaming, sporo naszych ludzi, którzy się tym zajmują, jest właśnie z Polski. Studio ESL znajduje się w Poznaniu, więc też nie jest to długa podróż z Warszawy.
Czwarty powód, też bardzo ważny, to lokalny stosunek jakości do ceny. Produkcja, obsługa przez specjalistów nie jest droga, a jakość jest bardzo wysoka. Mieliśmy na uwadze te wszystkie aspekty, dzięki czemu Grand Finals odbywają się w Warszawie już po raz trzeci.
Benchmark.pl: To naprawdę spore wydarzenie. Jak wiele czasu potrzeba było na jego zorganizowanie?
Alexey Kuznetsov: Nasz zespół jest rozproszony w naprawdę wielu miejscach. Całością zajmuje się naprawdę szeroki sztab, wliczając w to bezpośrednich organizatorów wydarzenia, dział marketingu, ludzi odpowiedzialni za treść, czy e-sport.
W Wargamingu mamy około 60-70 osób, które współpracują z ESL, a w samym ESL ponad 100 osób pracowało przez ostatnie pół roku nad tym projektem. Oczywiście, przygotowania były podzielone na rozmaite etapy, więc nie jest tak, że wszyscy działali od początku do końca. Wiele osób zajmowało się oprawą artystyczną, część produkcją, materiałami wideo czy analizą.
Gdyby dołożyć do tego jeszcze poboczne zajęcia, które nie przekładają się bezpośrednio na stworzenie Grand Finals, ale są z nim związane, tak jak ludzie od PR, czy rozwoju biznesu, wyjdzie nam liczba 200 osób, które były zaangażowane w tą imprezę. I nie liczę tu ochrony czy pracowników cateringu. Więc jest to naprawdę spory projekt.
Benchmark.pl: Jakie elementy twoim zdaniem składają się na wydarzenie e-sportowe, które zapada w pamięć i porywa kibiców?
Alexey Kuznetsov: Najważniejsze jest uzyskanie zaangażowania widzów, w tym publiczności na żywo, także zaangażowania samych graczy w ekscytujące mecze. Tworząc tego typu wydarzenie można nawet zadbać o lekko dramatyczną oprawę. Oczywiście, istotnymi elementami jest też zadbanie o to, aby przestrzegane były wszystkie zasady i żeby rozgrywka toczyła się w duchu fair play.
Bardzo ważna jest również strona techniczna, oprawa artystyczna i zajęcie się aspektem wideo. To wszystko składa się na stworzenie odpowiedniej atmosfery imprezy.
Kiedy więc grasz albo oglądasz i Twoje serce zamiera, po czym czujesz jego mocne dudnienie, wiesz już, że całe wydarzenie osiągnęło całkiem nowy poziom. Przykładowo, 5 lat temu nikt w ten sposób nie mówił jeszcze o e-sporcie. Teraz jego otoczka jest tak fascynująca, że można stworzyć coś, czego po prostu nie da się opisać, jeśli się tego nie przeżyje.
Fot. Karol Żebruń
Benchmark.pl: World of Tanks było swoistą e-sportową rewolucją, czymś nowym i wcześniej niespotykanym. Czy dzięki temu kolejne gry oparte na podobnych zasadach, takie choćby jak World of Warships, stawiające pierwsze kroki w świecie e-sportu mają ułatwione zadanie, czy wręcz przeciwnie?
Alexey Kuznetsov: Dla innych tytułów Wargamingu wejście na scenę e-sportową będzie teraz zdecydowanie prostsze. Jest to oczywiście osobny produkt, ale trzeba pamiętać, że za jego tworzeniem i organizacją wydarzeń stoją ludzie. Oni zajmują się produkcją, organizacją i obsługą multimedialną.
Mając doświadczenie w tego typu pracach, mogą później lepiej działać przy kolejnych produkcjach. Z roku na rok podnosi się jakość i profesjonalizm w kreowaniu tego typu imprez – dotyczy to wszystkich kolejnych gier.
Benchmark.pl: To techniczny punkt widzenia. A porównując same gry? World of Warships jest przecież inne niż World of Tanks.
Alexey Kuznetsov: Rzeczywiście, ale jeśli chodzi o całkiem inny produkt, nie wiemy jeszcze jak sprawdzi się na dużej scenie e-sportowej.
Benchmark.pl: Wygląda na to, że to okaże się już jutro podczas zaplanowanego przez Was profesjonalnego starcia dwóch zespołów w World of Warships?
Alexey Kuznetsov: W pewien sposób będzie to wymierny test, to w końcu mecz pokazowy. Na pewno reakcje publiczności i graczy będą dla nas cenne. Prawda jest jednak taka, że już wcześniej, od samego początku, gra powinna mieć ten magiczny element, który zachęci graczy do współzawodnictwa. Wtedy, jeśli do rozgrywek zabiorą się najlepsze drużyny i będzie to interesujące dla publiczności, na pewno rozwiniemy kolejne ligi innych gier, wchodząc z nimi głębiej w e-sport.
Jeśli jednak widzowie nie będą zachwyceni – i nie mówię tu tylko o jutrze, bo testów będzie więcej – ale będzie to wciąż frajda dla samych graczy – po prostu będziemy udostępniać im więcej narzędzi i możliwości, aby cieszyć się grą i brać udział w turniejach. Nawet, jeżeli bitwy nie będą na tyle ekscytujące, żeby tworzyć wokół nich ogromne wydarzenia, nie będzie to dla nas problemem.
Fot. Karol Żebruń
Benchmark.pl: World of Tanks musiało utorować szlak nowemu gatunkowi w e-sporcie. Czy pojawienie się tego tytułu zmieniło według ciebie sposób, w jaki postrzegamy cały e-sport?
Alexey Kuznetsov: Uważam, że grupa docelowa e-sportu ciągle się rozwija, ale rzeczywiście – ten rozwój dostał dodatkowego napędu i zmienił nieco swój tor po pojawieniu się World of Tanks. Mamy w końcu różne gry sieciowe, w tym MOBA czy FPS, ale World of Tanks stał się czymś innym, taktyczną grą wojenną opartą na zespołowej współpracy.
Gdy wzrasta różnorodność rozgrywek, ludzie mogą sami wybierać co chcą oglądać. Myślę jednak, że w przyszłości będziemy widzieć jeszcze więcej różnic. Obecnie testujemy bowiem tryb 15 na 15 graczy. Chcielibyśmy pokazać go graczom i liczymy na odzew w stylu: „Oni zwariowali, na scenie jest aż 30 osób?” - i tę trzydziestkę będą oglądać całe miliony.
Do tej pory w wielu grach przeważają tryby jak 5 na 5 czy 1 na 1. My mamy obecnie bitwy 7 vs 7, można więc sobie wyobrazić, że wprowadzenie potyczek 15 na 15 będzie całkowitą odmianą tego, co znamy.
Benchmark.pl: Czy na następne sezony są szykowane jakieś inne rewolucyjne zmiany, inne niż 15 na 15?
Alexey Kuznetsov: Na razie trzymamy się mimo wszystko trybu 7 na 7. Potyczki 30 graczy będą trochę z boku, ciągle w fazie testów. Poprzednie zmiany w ilości graczy pokazały, że mecze mogą być jeszcze bardziej interesujące. Drużyny wykorzystywały rozmaite taktyki, korzystając nawet z artylerii.
W dalszym ciągu będziemy więc szukali najlepszego formatu dla rozgrywek lig Wargaming, ale w najbliższym sezonie nie będzie żadnych dużych zmian. Może tylko w samej infrastrukturze i kalendarzu imprez. Rozgrywki powinny toczyć się od września do kwietnia lub maja. Odbędą się wtedy dwa sezony, tak jak poprzednio, a także dodatkowe wydarzenia i oczywiście Grand Finals. Latem zorganizujemy specjalne akcje, takie jak sesje szkoleniowe z udziałem profesjonalnych graczy.
Tak więc sama rozgrywka nie doczeka się rewolucyjnych zmian. Rozważamy też wprowadzenie drabinki dla poziomów brązowych i srebrnych tak, żeby więcej graczy mogło wziąć udział w oficjalnych rozgrywkach i – jeśli zajmą dobre miejsca – zmierzyć się z najlepszymi profesjonalnymi graczami.
Benchmark.pl: Jesteśmy przededniu kolejnej ery V. Grand Finals można już oglądać w VR Viewer Mode. Czy to tylko jednorazowa atrakcja czy myślicie nad dalszą, mocniejszą implementacją tej technologii w rozgrywkach?
Alexey Kuznetsov: Faktycznie, można oglądać bitwy przy użyciu VR, jednak jest to opcja eksperymentalna, która jest ciągle w fazie rozwojowej. Z naszej strony wygląda to tak, że współpracujemy z wieloma firmami, odpowiedzialnymi za rozwój technologii, aby dostarczyć widzom całkiem nowych wrażeń.
Nie mamy jeszcze takich atrakcji jak Twitch czy YouTube dostępnych za pomocą VR. Myślę jednak, że będzie to standard za około 5 czy 10 lat – wtedy każdy będzie mógł rozsiąść się w fotelu i poczuć, jak gdyby był w środku tłumu, biorącego udział w rozgrywkach. Dajemy teraz szansę wielu developerom, pozwalając im na testowanie gry w środowiska VR. Jesteśmy bardzo otwarci na tego typu innowacje. Jest to więc tylko kwestia czasu i rozwoju techniki.
Benchmark.pl: Na koniec, osobiste pytanie – którą grę Wargamingu lubisz najbardziej?
Alexey Kuznetsov: Od samego początku zapałałem miłością do World of Tanks. Gram w tą grę od powstania, mam na koncie tysiące bitew. Mimo to, uwielbiam też World of Warships. To są nieco inne typy produkcji, podobnie jak na przykład Blitz, który sprawdza się wręcz idealnie, kiedy masz tylko niewielkie okno czasowe do stoczenia szybkiej bitwy.
Mimo to, wciąż World of Tanks jest moim numerem jeden. Najbardziej lubię możliwość potyczek ze znajomymi. Mamy w firmie wewnętrzne turnieje. Daje to ogrom emocji. W trakcie rozgrywki potrafią trząść mi się ręce, staram się zapanować nad ciałem, czuję potęgę drużyny, gdy działam ramię w ramię z kolegami z zespołu. Czasem się wygrywa, a czasem przegrywa, ale zawsze towarzyszy temu masa emocji. To fantastyczne, że byliśmy w stanie stworzyć produkcję, która nawet nas porusza do takiego stopnia.