Heroes of the Storm 2.0 – zamieć zdmuchuje świeczki

Heroes of the Storm obchodzi drugie urodziny! Bohaterowie Blizzarda biją się już pewnie o tort, a my przypominamy, co się zmieniło przez te ostatnie dwa lata.

Heroes of the Storm idzie w cyferki

Blizzard DOTA, Blizzard All-Stars... W końcu padło na Heroes of the Storm. Zresztą, ponad dwa lata temu wątpliwości dotyczyły nie tylko nazwy, ale i ostatecznego kształtu nowej produkcji Blizzarda. 

W tamtym czasie gatunek MOBA był w zasadzie jednoznaczny z League of Legends. Była jeszcze DOTA 2, ale ona – słusznie czy niesłusznie – dorobiła się etykietki wysoce skomplikowanej pozycji dla pasjonatów.

Heroes of the Storm - atak na bramę

Pamiętam, jak z niepewnością sięgnąłem pierwszy raz po Heroes of the Storm. Koncepcja była pociągająca – formuła free-to-play, wszystkie uniwersa Zamieci zmieszane na jednej arenie… Czego chcieć więcej? Ale sukces był niepewny. W każdym razie do czasu pierwszych beta testów, po których nikt już chyba nie wątpił w powodzenie MOBY od twórców Starcrafta i Diablo.

Od tamtej pory minęły dwa lata i teraz można już tylko pogratulować Heroes of the Storm, które przez całą swoją niedługą historię zdążyło podbić serca mas i przebić się na esportowe ringi. Co więcej, ten tytuł ani odrobinę nie skostniał. Wprost przeciwnie – przeżył ewolucję pełną gębą, którą symbolicznie przyklepano dodając po nazwie cyfry „2.0”. 

Heroes of the Storm - postacie z Overwatch

Chyba nikt nie zaprzeczy, że jest co świętować! Kiedy jednak inni odśpiewują „Sto lat, sto lat”, ja postanowiłem celebrować w inny sposób – przyglądając się zmianom, które wprowadzono do Heroes of the Storm. 

Czy wszystkie z nich były słuszne? Czy dodały nową jakość? A może spartaczyły świetnie zapowiadającą się produkcję? Nie sposób odpowiedzieć na te pytania bez wchodzenia w szczegóły. Bo dopiero w nich, jak wiadomo, siedzi przysłowiowy diabeł.

Gdzie dwóch bohaterów, tam trzy głowy 

MOBA to przede wszystkim bohaterowie. Z tym twierdzeniem można się nie zgadzać, ale ja pozwolę sobie uczynić z niego punkt wyjścia. Dlaczego? Bo trudno przecenić unikalność tej czy innej postaci, a zwłaszcza jej skuteczność na polu bitwy, kiedy już udało się graczowi poznać jej wszystkie atrybuty i wyćwiczyć się do perfekcji w sterowaniu nią. Mapy mapami, zasady awansu swoją drogą, ale Heroes of the Storm nie bez przyczyny nazywa się tak, jak się nazywa.

Heroes of the Storm - mocne starcie

Blizzard od początku sygnalizował, że nie będzie się bał eksperymentów. Już na początku historii Heroes of the Storm wprowadzono na arenę Abatura, który zachowuje się w niecodzienny sposób i może przesądzić o zwycięstwie swojej drużyny nie ruszając się na krok z bazy. 

Sentymentalni Zagubieni Wikingowie to kolejny przykład blizzardowej odwagi i ekstrawagancji. Przyjęło się, że w gatunku MOBA gracz steruje podczas pojedynczego meczu tylko jedną postacią, a tutaj oddano do jego dyspozycji aż trzech wąsatych wojów z północy.

Jednak prawdziwym manifestem hotsowej awangardy stał się Czo’gal. Tym razem dwóch graczy miało sterować jednym, dwugłowym bohaterem. Oczywiście, celowo wprowadzono różne elementy rozgrywki, które pozwalają wykorzystać pełen asortyment umiejętności warcraftowego giganta jedynie przy idealnej współpracy obu kierujących nim osób.

Heroes of the Storm - bohaterowie Lost Vikings

Czo’gal to przede wszystkim symbol. Spytacie: czego? Innowacyjności, jaka towarzyszy twórcom z Blizzarda w kreowaniu nowych bohaterów. Obecnie w Heroes of the Storm nie brakuje postaci, które mogą tworzyć własne klony, jak Samuro, zamieniać się w żywy fort – tak czyni Ragnaros, przerzucać całą drużynę z jednego końca planszy na drugi przy pomocy promu medycznego – vide: Porucznik Morales, a nawet zmieniać się z człowieka w bestię i na odwrót – Szarogrzywy się kłania… Oj, ten poczet herosów może się pochwalić nie lada różnorodnością.

A trzeba też dodać, że każdy z tych bohaterów to niemal postać z krwi i kości. Jednych się nienawidzi, drugich uwielbia, czasem wybiera się ich z uwagi na obraną strategię, innym razem przez wzgląd na sentyment do tytułu, z którego pochodzą. 

Ba! Niektórzy z nich przeszli już do legendy, a ich nazwiska pojawiają się w growym czacie częściej, niż wulgaryzmy na „F” w filmie „Wilk z Wallstreet”. Co zresztą potwierdzi chyba każdy fan Heroes of the Storm, któremu kiedyś na żarty, bądź na serio przeszło przez myśl, żeby swojemu pierworodnemu dać Latynosko brzmiące imię „Focus Morales”.

Bomby, zergi i ołtarze

Multiplayer Online Battle Arena… No właśnie, arena! Na co komu zbieranina zawadiaków z najdalszych zakątków Sektora Koprulu lub Sanktuarium, kiedy nie ma dla nich odpowiednio ciekawego pola bitwy. A przecież mapy w Heroes of the Storm już od wejścia były tworzone z najwyższym kunsztem i każda z nich stawiała przed graczami specyficzne dla niej zadanie, które nie tyle było miłym dodatkiem, co królewską drogą do zwycięstwa.

To, jak dalece Blizzard jest w stanie eksperymentować z ortodoksyjnym planem trzech ścieżek i dwóch baz, stało się aż nadto wyraźne jesienią 2015 roku. Wtedy bowiem na Halloween wypuszczono mapę o nazwie Wieże Zagłady. I wszyscy spodziewali się klasyki gatunku, być może trochę tylko przyozdobionej dyniami i spirytystycznymi prześcieradłami z dziurami na oczy.

Heroes of the Storm - wieże zagłady

Zaskoczenie było ogromne, bo nagle okazało się, że na tej planszy rdzeń wroga jest chroniony nieprzepuszczalną barierą, której zwyczajnie nie da się przekroczyć. Nie da i już! Chciałoby się skruszyć tę bazę mieczem, toporem czy karabinowym pociskiem, ale.. Jest to niemożliwe!

Jaki więc cel przyświeca graczom skonfrontowanym ze zdumiewającą areną Wież Zagłady. Tym razem wszelkie klasyczne metody robienia przeciwnika w balona okazują się bezskuteczne, a jedyną opcją jest przejmowanie ołtarzy, które od czasu do czasu pojawiają się na mapie. Ich aktywacja skutkuje ostrzałem bazy wroga z dział.

Później pojawiły się hotsowym Nexusie kolejne nowinki, taki jak Placówka na Braxis, w której uruchamia się nadajniki, wabiące do klatek stada zergów. Te ostatnie są następnie wypuszczane chmarami na fortyfikacje wroga. 

Znowuż Poligon Nuklearny wprowadził głowice jądrowe, które odpala się ręcznie w dowolnym miejscu mapy, ale wiadomo, że najlepiej radzą one sobie z burzeniem fortów chroniących rdzeń przeciwnej drużyny.

Cały schemat rozgrywki został też postawiony na głowie przez mapę Hanamura, gdzie po raz kolejny nie ma możliwości przeprowadzenia klasycznego szturmu i koniecznością staje się eskortowanie ładunków w wyznaczone miejsca.

Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bo trudno zrozumieć zasady rządzące tą areną nie odwołując się do Overwatcha. Bo i ten tytuł odcisnął swoje niezaprzeczalne piętno na Heroes of the Storm. W jaki sposób? O tym przeczytacie na kolejnej stronie. 

Wirus Overwatch

Overwatch ujrzał światło dzienne w maju zeszłego roku. Premiera sieciowej strzelaniny od Blizzarda była wydarzeniem samym w sobie, ale dla Heroes of the Storm wiązało się to przede wszystkim z nowym, karkołomnym wyzwaniem. 

Oto pojawiło się bowiem nowe uniwersum, które trzeba było jakoś zintegrować ze światem Nexusa. Niestety, tym razem nie wypadło to tak gładko, jak w przypadku Warcrafta, Starcrafta czy Diablo.

Heroes of the Storm - postacie z Warcrafta

Zainfekowane Overwatchem Heroes of the Storm zaczęło mutować w organizm co najmniej dziwny. Żeby to przedstawić w miarę przejrzyście, odwołam się do postaci Smugi, która jako pierwsza przerzuciła pomost między dwoma młodziutkimi gigantami spod znaku zamieci.

Przede wszystkim ładowanie tak zwanego „ultimate’a”, czyli super-zdolności tej bohaterki, podporządkowano nie tyle zasadom, które rządziły Heroes of the Storm, ale tym znanym z Overwatcha. To stworzyło pewien precedens, który sprawił, że podobny zabieg zastosowano później na przykład przy operatorce mecha imieniem D.Va.

Heroes of the Storm - D.Va

Jakby tego było mało najsłynniejsza lesbijka świata gier potrafiła obyć się bez paska many, który zastąpiono schematycznym przedstawieniem pocisków pozostałych w magazynku. W związku z tym wprowadzono też mechanikę przeładowywania broni. To wzbudziło we mnie spore wątpliwości, bo nie mogłem pojąć, dlaczego Smuga żongluje magazynkami w momencie, kiedy Raynor, również korzystający z broni palnej, musi odnawiać swoje zasoby many.

Zresztą, wirus Overwatch rozprzestrzenił się nie tylko na bohaterów, ale i na mapy. Wspomniana już Hanamura odrzuciła na bok wiele zasad rządzących gatunkiem MOBA i okazała się mało wymyślną wariacją na temat trybu rozgrywki znanego właśnie z blizzardowej strzelaniny, który polega na eskortowaniu ładunków.

Mimo, że nie jestem przekonany do tak bezpośredniego kopiowania overwatchowych reguł do świata Heroes of the Storm, wierzę, że niektórzy uznają to za ciekawe urozmaicenie tego ostatniego tytułu. Tak sądzę, choć może nie bez powodu pojawia się tak wiele narzekań, kiedy gracze dowiadują się, że przyjdzie im walczyć właśnie na Hanamurze.  

Bójka o skórki

W szybkich meczach i grach rankingowych Heroes of the Storm fani tego tytułu znajdą wszystko, czego potrzebują. Ale, oczywiście, człowiek nigdy nie ogranicza się do swoich potrzeb, tylko wykracza daleko poza nie. 

Gdyby było inaczej, na obiad starczyłyby nam ziemniaki z okrasą, kolor mebli nie miałby najmniejszego znaczenia, a po gry pewnie w ogóle by nie sięgano. Rzeczy pozornie niepotrzebne też są ważne i dlatego Blizzard wprowadził między innymi tryb rozgrywki nazwany Bójką oraz całą masę ozdobnych elementów, które pozwalają na personalizację hotsowych bohaterów.

Heroes of the Storm - elementy do personalizacji postaci

Owa Bójka to nic innego, jak mecz, w którym skazani jesteśmy na wylosowane postaci (jakiś wybór czasem się pojawia, ale znikomy), a zasady rozgrywki ulegają kompletnemu wypaczeniu. Kiedy więc nudziły mnie klasyczne zasady „mobowych” potyczek, tutaj mogłem od nich odpocząć podczas konfrontacji utrzymanych w lżejszym tonie.

Czasem wszyscy gracze musieli wcielić się w Sierżant Petardę, innym razem mogli przebierać tylko w bohaterach związanych z uniwersum Starcrafta, jeszcze kiedy indziej mapy okrawano, aby zmienić dynamikę rozgrywki, bądź inscenizowano kuriozalną bitwę, w której wszyscy, jak jeden mąż, sterowali niewidzialną Novą.

Zabawy przy tym nie brakuje, choć pewnie ortodoksyjni „mobiarze” zaprotestują, że nie ma to już nic wspólnego z ich ulubionym gatunkiem. Być może, ale kto umie czerpać z takich groteskowych walk frajdę, ten będzie usatysfakcjonowany. Zwłaszcza, że Bójka jest dla mnie także świetnym miejscem na testowanie bohaterów, których nie posiadam jeszcze w swojej kolekcji, bądź podziwianiem ich nowych skórek lub wierzchowców.

Heroes of the Storm - wierzchowce

No właśnie, bo o elementach ozdobnych w tego typu grach prawie zawsze mówimy jako o zbędnym luksusie, ale mało kto nie ma do nich słabości. Dlatego też Blizzard, poza obecnymi od początku skórkami i środkami transportu, dorzucił zindywidualizowane sztandary, które powiewają nad burzonymi budowlami, wzory graffiti (nota bene – równie rzadko spotykane na ścieżkach Nexusa, jak i na ścianach Overwatcha), dodatkowe kwestie wykrzykiwane w czasie meczu przez tę czy inną postać, emotikonki i alternatywne głosy komentatorów.

Brzmi to całkiem nieźle, prawda? Zaraz jednak pojawia się pytanie, czy to gadżety dla wszystkich, czy tylko dla wybranych. I tym sposobem dotarłem do kwestii o tyle ważnej, co drażliwej. Mimo, że piszę dosyć tajemniczo, można się już domyślić, w czym rzecz. Bo jak głosi ludowa mądrości, kiedy nie wiadomo, co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze.

Heroes of the Storm - obrona ładunku

Dżentelmen o pieniądzach nie mówi...

...dżentelmen je ma. Tak głosi inna ludowa prawda. I nie przytaczam jej tylko po to, żeby chwalić się swoją znajomością porzekadeł, ale dlatego, że w przypadku MOBY Blizzarda wydaje mi się ona dosyć adekwatna. Twórcy Heroes of the Storm na płynność finansową raczej nie narzekają i być może właśnie dlatego ich tytuł nie bije po oczach prośbami o uiszczenie mniejszej czy większej kwoty.

Heroes of the Storm - sklep

Jasne, znienawidzone słowo mikropłatności gdzieś w tle pobrzmiewa, bo w końcu na tym paradoksalnie polega formuła free-to-play, ale właśnie – w tle, a nie na pierwszym planie. To była jedna z rzeczy, które sprawiły, że Heroes of the Storm już dwa lata temu zyskało w moich oczach.

Nawet bez uiszczania regularnych opłat, gracz mógł się bawić przednio i w niczym nie czuł się gorszy od swoich bogatszych kolegów z Nexusa. W zasadzie jedynymi oznakami majątkowego statusu były co fikuśniejsze skórki, za które trzeba było płacić realną walutą. Na resztę, łącznie z bohaterami, zbierało się wirtualne złoto.

Wraz z Heroes of the Storm 2.0 nawet ta śladowa „walka klasowa” przycichła. Wprowadzono bowiem system łupów (skopiowany z Overwatcha – a jakże!), który pozwala wszystkie hotsowe dobra znaleźć w zbieranych po meczu skrzynkach. Zwiększono także możliwość na uzyskiwanie nagród zmieniając system awansu bohaterów i samego gracza.

Heroes of the Storm - bohaterowie różnych gier

Ten ostatni jest obecnie szczególnie ciekawy. Wcześniej po osiągnięciu maksymalnego czterdziestego poziomu nie było w zasadzie nic więcej do roboty. Teraz poziom gracza to suma doświadczenia posiadanych przez niego postaci. Rozwój jest więc nieskończony, a jego kolejne progi owocują nowymi zdobyczami.

Co więcej, zmianie uległa także hierarchia rankingowa, która teraz przypomina tę znaną ze Starcrafta. Wszystko to razem sprawia, że Heroes of the Storm 2.0 nieporównanie lepiej motywuje do dalszej rozgrywki, niż jego poprzednia wersja, ogołocona z liczbowego oznaczenia. I trudno się temu dziwić, bo Blizzardowi niejedno można zarzucać, ale nie to, że ma problemy z tworzeniem prawdziwie wciągającej, a nawet uzależniającej rozrywki.

Heroes of the Storm - wielki boss

Sto lat, panie HotS!

„Do zobaczenia w Nexusie!” Takie pozdrowienie pojawia się w materiałach promocyjnych Heroes of the Storm. Przekora każe mi na nie odpowiadać: „Ha! Chcielibyście!”, ale szczerość zmusza do pokornego przytaknięcia. Bo wiem dobrze, że prędzej czy później i tak trafię z powrotem do Nexusa.

Bo jak się oprzeć tej mieszance blizzardowych światów, skoro w dwa lata udało jej się przeobrazić z produkcji świetnej w fenomenalną? I dlatego właśnie nie zaśpiewam Heroes of the Storm „Sto lat”. Zamiast tego życzę temu tytułowi kolejnych dwóch lat, równie udanych jak te poprzednie.

Jeśli tylko Blizzard nie zwolni tempa, to dwadzieścia cztery miesiące starczą aż nadto, żeby zamienić ich MOBĘ w żywą legendę świata gier.

Heroes of the Storm - pole bitewne wieczności
Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!