Homefront - wielkie dzieło... marketingu

Inwazja na USA z fabułą płaską jak wyheblowana deska i bez Chucka Norrisa. Cóż, to musiało się tak skończyć. Udał się za to tryb multiplayer.

Bez Chucka ani rusz

Jak zapewne już wiecie Homefront przedstawia wizję niedalekiej przyszłości, kiedy świat stanął u progu olbrzymiego kryzysu wywołanego przez targane konfliktami kraje Biskiego Wschodu. Szybujące w górę ceny paliw doprowadziły między innymi do załamania amerykańskiej gospodarki i coraz większych niepokojów społecznych.

W całym tym zamęcie mało kto zwracał uwagę na rosnącą potęgę Korei Północnej, która po śmierci Kim Dzong Ila przeszła we władanie jego syna, wielkiego „reformatora” – Kim Dzong Una. Bardzo szybko udaje mu się połączyć obie zwaśnione dotąd części Korei pod jednym sztandarem i ruszyć na podbój świata. Pierwszym przystankiem staje się Japonia, której inwazja uzasadniona zostaje chęcią ratowania prześladowanej mniejszości koreańskiej. Zręczna intryga wielkiego wodza pozwala na szybkie przejęcie kraju Kwitnącej Wiśni. Kolejnym krokiem jest wysłanie w kosmos nowego satelity komunikacyjnego, który okazuje się przysłowiowym koniem trojańskim. Wywołany przez niego impuls elektromagnetyczny wyłącza systemy obronne USA, które stają się łatwym celem nowej inwazji.

Brzmi zachęcająco? Z pewnością. Klimaty podobne do słynnej Inwazji na USA z herosem wszechczasów – Chuckiem Norrisem nie są w stanie się znudzić. I choć tamten film nie grzeszył najwyższych lotów fabułą, to i tak była lepsza od tego, co oferuje Homefront.

Gra rozpoczyna się od sceny wtargnięcia koreańskiego patrolu do domu naszego bohatera. Jackob, bo tak nazywa się ów heros zostaje siłą zaciągnięty do autobusu, który rusza ulicami pacyfikowanego miasta. Choć trudno nie zauważyć podobieństwa do innych słynnych już FPS-ów, takich jak choćby pierwsze Modern Warfare, to jednak trzeba przyznać, że ten fragment rozgrywki naprawdę się udał. Mocny i bardzo wymowny charakter scen, które oglądamy może nieźle człowiekiem wstrząsnąć. Chyba nie ma osoby, której nie zapadłaby w pamięć scena rozstrzelania rodziców na oczach kilkuletniego dziecka. Niestety, dalej czar tego niesamowicie zbudowanego klimatu zaczyna coraz bardziej pryskać.

Jak łatwo się domyślić, bohater zostaje uwolniony przez ruch oporu, po czym dołącza do jednego z ich oddziałów. Nowym, niezwykle istotnym zadaniem powstańców będzie dostarczenie paliwa uziemnionym wojskom amerykańskim. I na tym właściwie można poprzestać przedstawianie fabuły, bo jest płaska niczym wyheblowana decha i do bólu przewidywalna. Dobrze chociaż, że twórcy nie stronią od ukazywania okropności wojny. Ludzie przetrzymywani w obozach zaprzęgnięci do przymusowej pracy, szerzący się głód i masowe groby wskazujące na anihilacje społeczeństwa na niewyobrażalną skalę to tutaj codzienność.

O ile jednak obraz kraju okupowanego przez znienawidzonego agresora wyszedł twórcom naprawdę nieźle, o tyle główni bohaterowie to niemal całkowita porażka. Można się śmiać z Chucka Norrisa, ale jak ten przywalił to nie było zmiłuj. Tymczasem nasi bohaterowie to jakieś płytkie indywidua, z którymi nie tylko nie idzie się zżyć, ale także nawet nie chce się ich pamiętać. Zero przeszłości, charakteru czy choćby krzty jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Co więcej, motywy ich działań nie tylko zupełnie mnie nie przekonują, ale nawet trudno je czasami zrozumieć. Nasi herosi niemal za nic mają okrucieństwa wobec ludności cywilnej, bo najważniejsze jest niesienie pomocy „biednej”, pozbawionej środków armii Stanów Zjednoczonych. Niezła bzdura, prawda? Ach, jak ja lubię ten amerykański patriotyzm i wszechobecny patos. A tego typu wyświechtanych sloganów jest w Homefront niestety zatrzęsienie. Szkoda, bo bez owego zadęcia gra mogłaby być całkiem niezła.

Przyjemność strzelania

Pomijając pełną niedorzeczności fabułę i cienkie jak barszcz postacie zabawa w Homefront potrafi dostarczyć nieco satysfakcji. Całkiem spory arsenał broni, konieczność częstego zabierania rynsztunku pokonanym wrogom czy ciekawe momenty rozgrywki typu likwidacja ze snajperki zaznaczanych celów albo ucieczka z miejsca ostrzelanego bombami z białym fosforem z pewnością mogą się podobać.

Przyjemność zabawy psują niestety niezbyt rozgarnięci kompani, dla których wielkim problemem może okazać się pokonanie niektórych przeszkód. Dobrze chociaż, że celnie strzelają. Choć to zapewne i tak niewielka pociecha, bo wrogowie również do najinteligentniejszych nie należą. Swoje ograniczone horyzonty nadrabiają jednak ilością i ponadnaturalną celnością. Odniosłem wręcz wrażenie, że każdy z nich to urodzony snajper.

Nie najlepiej przedstawia się również  konstrukcja samych lokacji. Najczęściej nie mamy w nich zbyt wiele swobody. Ot, niekończące się "korytarze", czyli ściśle określone ścieżki o jasno wytyczonych granicach - płot, ściana domu czy walające się wraki samochodów. Co gorsze, twórcy jakby bojąc się zauważenia ewentualnych błędów w czasie spokojnych momentów rzadko pozwalają cofnąć się do wcześniejszych lokacji. Zawsze znajdzie się wymówka, aby zamknąć poprzednio pokonaną drogę.

Na szczęście w sukurs słabej kampanii dla pojedynczego gracza idzie niezły tryb wieloosobowy. Tu również bez trudu dostrzeżemy ogrom zapożyczeń z innych znanych produkcji. Mamy więc kilka różnych klas, możliwość dostosowywania uzbrojenia i umiejętności do własnych potrzeb czy znane wszystkim opcje rozgrywki.

Nowością jest możliwość dozbrajania się w specjalne gadżety już podczas potyczki. Za każdego wyeliminowanego przeciwnika czy akcje specjalną otrzymujemy punkty, które później możemy wykorzystać czy to do zakupu ustawionej wcześniej broni (np. nalotu bombowego, działka samobieżnego), czy też do odrodzenia się w odblokowanym wcześniej pojeździe.

Ciekawie prezentuje się również wariacja trybu drużynowego deathmatchu i kontroli sektorów w postaci czegoś, co nazwane tu zostało Urodzonym Dowódcą. W czasie tego typu zabawy każdy gracz, który zlikwiduje kilku przeciwników bez własnego zgonu zostaje oznaczony jako "żołnierz polujący". Obszar jego działania przedstawiony zostaje na mapie podręcznej, a on sam wystawiony niczym kaczka na strzał. Co ciekawe, im bardziej jest on efektywny, tym wieksza nagroda dla jego pogromcy.

Wszystko razem powoduje, że zamiast świetnej produkcji na jaką liczyliśmy Homefront jest najzwyczajniej w świecie przeciętny. Produkcja Kaos Studios ma bardzo wiele wad i niezwykle krótką kampanie dla pojedynczego gracza (maksymalnie 5 godzin). O dziwo jednak zdarzają się tutaj przebłyski geniuszu. Ciekawie rozwiązany tryb wieloosobowy to jednak nieco za mało, aby przyćmić liczne niedoróbki i średnią oprawę graficzną. Potężna akcja marketingowa, która wypromowała Homefront na "wielki hit" więcej zaszkodziła tej grze niż jej pomogła. Świetna sprzedaż to nie wszystko. Zawiedzeni gracze z pewnością jeszcze o sobie przypomną. O Chucku Norrisie już nie wspominając.

Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!