Dokumenty publikowane na WikiLeaks mogą pogrążyć niejedną korporację czy agencję rządową. Ale czy my, zwykli użytkownicy, mamy się czego obawiać? To zależy jak podejść do całej sprawy – redakcja Fortune donosi jednak, że właściciel serwisu nie ma większych problemów z dostępem do danych użytkowników.
Platforma WikiLeaks promuje się jako anty-inwigilacyjna. Przeciętny użytkownik mógłby więc dojść do wniosku, że jej właściciele nie wiedzą nic na temat osób, które czytają opublikowane w anonimowy sposób dokumenty. I faktycznie – organizacja nie zbiera informacji o użytkownikach i nie sprzedaje ich żadnych zewnętrznym podmiotom, na przykład reklamodawcom.
Niemniej jednak właściciele WikiLeaks nie są całkowicie nieświadomi kto i co ogląda na ich stronie. Wyszukiwarka jest przecież bardzo cennym źródłem informacji.
W ostatnim wywiadzie z niemieckim magazynem Der Spiegel założyciel WikiLeaks, Julian Assange, został zapytany: „czy wiecie coś o swoich czytelnikach?”. – „Niewiele”, odpowiedział Assange, „nie szpiegujemy ich”.
Po tych zapewnieniach jednak Assange przyznał się do znajomości niektórych informacji. – „Większość naszych czytelników pochodzi z Indii”, mówi, „niewiele mniej jest ich w Stanach Zjednoczonych”. Po chwili dodaje też: „Mamy również sporo czytelników, którzy poszukują informacji na temat konkretnych osób. Siostra wychodzi za mąż, a ktoś sprawdza wiarygodność pana młodego. Ktoś jest w trakcie negocjacji biznesowych i sprawdza czy transakcja jest bezpieczna”.
Oczywiście takie dane nie mają zbyt dużej wartości, a przynajmniej jest tak, dopóki nie zostaną połączone z innymi. Mimo to samo WikiLeaks raczej nie zagraża naszej prywatności, ale jeśli myśleliście, że serwis jest zupełnie czysty, to już wiecie, że niezupełnie tak to wygląda.
Źródło: Fortune