Porozmawiajmy o koncepcyjnych urządzeniach. Mam z nimi jeden problem
Rok 2024 dopiero się zaczął, a już widać, że upłynie pod znakiem futurystycznych prototypów. Co niekoniecznie jest dla rynku zdrowe.
Gdybym miał wymienić 10 najgłośniejszych i najszerzej komentowanych premier tegorocznych targów MWC 2024, na liście z pewnością znalazłby się przezroczysty laptop Lenovo…
… zwijany smartfon Tecno…
… czy smartfon T-Mobile, w którym wszystkie aplikacje zostały zastąpione przez sztuczną inteligencję.
Wiecie co łączy te wszystkie urządzenia? Oczywiście to, że każde jest na swój sposób imponujące, ale ja nie o tym. Najistotniejsze jest to, że żadnego z nich nie znajdziecie w sklepach. To tylko koncepty mające udowodnić, że się da. Tylko czy naprawdę się da?
Koncepcyjne urządzenia mają negatywny wpływ na rynek
Patrząc na jakiś koncepcyjny i futorystyczny smartfon łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że iPhone’em 15 czy Galaxy S24 właśnie wytarto podłogę. Że jakaś marka ma technologiczną przewagę, bo stworzyła coś imponującego. Tylko że nie.
Czym innym jest złożenie działającego prototypu na kolanie i pokazanie go na targach, a czym innym ruszenie z masową produkcją. Jeśli koncepcyjny smartfon popsuje się po godzinie zabawy, to producent nie poniesie za to żadnych konsekwencji. Ale już wprowadzenie do sprzedaży i objęcie gwarancją milionów egzemplarzy niedoskonałego produktu wiązałoby się z wizerunkową i finansową katastrofą. A dopięcie wszystkiego na ostatni guzik zajmuje masę czasu. Często więcej niż samo stworzenie czegoś, co wydaje się działać.
Nie mówiąc już o tym, że niektórych technologii zwyczajnie nie da się produkować masowo z uwagi na koszty lub czas produkcji. Jeśli jakiś niezbędny komponent kosztuje 10 tys. dolarów od sztuki, producent może sobie pozwolić na wyprodukowanie kilku egzemplarzy i pokazanie ich publicznie, ale o rynkowym debiucie nie ma mowy.
Dlaczego koncepty psują rynek? Bo gdy już ktoś wprowadzi na rynek smartfon ze zwijanym ekranem, to zacznie się narracja, że to nic nowego, bo przecież firmy Tecno, OPPO czy LG zrobiły to już kilka lat wcześniej. Ale tak naprawdę nie zrobiły.
Gloryfikacja prototypów jest równoznaczna z deprecjonowaniem technologii, które na rynku konsumenckim są już obecne. A to jest dla nas - klientów - szkodliwe. Niektóre marki już zdają się dochodzić do wniosku, że nie warto dopracowywać swoich innowacji, skoro można złożyć w garażu kilka prototypów i budować marketing na nich.
Od prototypu do gotowego produktu droga jest bardzo, bardzo długa
W grudniu serwis The Verge odbył rozmowę z Andrew Bosworthem na temat okularów rozszerzonej rzeczywistości. Dyrektor finansowy Mety wyznał, że firma dysponuje prototypem, który "w dziedzinie elektroniki użytkowej może być najbardziej zaawansowaną rzeczą, jaką kiedykolwiek wyprodukowaliśmy jako gatunek ludzki".
Mimo mocnych słów, Bosworth wyraźnie podkreślił, że prototyp został zbudowany w oparciu o technologie i komponenty, które nie nadają i nigdy nie będą się nadawać do masowej produkcji. Konsumencki produkt będzie wymagał zastosowania innych rozwiązań, które - według jego przewidywań - nie powstaną przed końcem aktualnej dekady.
Długą drogę od prototypu do finalnego produktu widać doskonale na przykładzie składanych smartfonów. Pamiętacie, że Samsung pokazał działające urządzenie do złudzenia przypominające Galaxy Folda już w 2008 roku?
Dziś już wiemy, że - mimo posiadania sprawnego prototypu składanego ekranu - Samsung na samo dopracowanie technologii potrzebował kolejnych 11 lat. A gdy już zdecydował się na ruszenie ze sprzedażą w 2019 roku, pierwsi recenzenci wykryli wadę konstrukcyjną, którą producent musiał usunąć, co opóźniło rynkowy debiut o pół roku.
Dlatego do niegotowych technologii musimy podchodzić z dystansem. Na bazie konceptów i prototypów możemy sobie komentować różne idee i spekulować na temat przyszłości, ale dopóki jakieś urządzenie nie trafi na rynek, musimy je traktować tak, jakby nigdy nie istniało.