Master of Orion czyli z motyką na gwiazdy
Nie łatwo zmierzyć się legendą. Szczególnie taką, której pomimo upływu lat oddanej rzeszy fanów nie ubywa. Decydując się na zakup licencji Master of Orion, a później próbując przywrócić tę słynną serię światu Wargaming chyba nie do końca zdawał sobie sprawę na co się porywa. Ambicji odmówić mu jednak nie sposób.
Udostępniony w ramach programu Early Access kod gry przez pół roku obecności na Steam dorobił się bardzo rozbieżnych opinii – od zachwytów, po zgrzytanie zębami największych pasjonatów starusieńkich dwóch pierwszych części. Można byłoby rzec, że początki zawsze bywają trudne. Teraz jednak, wraz z końcem prac nad nowym Master of Orion i premierą jego finalnej wersji twórców czeka najtrudniejsze wyzwanie – przekonać do siebie niezdecydowanych.
Czy produkcja ta wyjdzie z tego starcia z tarczą czy na tarczy? Postanowiliśmy to sprawdzić we dwójkę – najpierw przybywając do tej samej galaktyki, a później próbując nią zawładnąć, każdy dla dobra własnej rasy. Co z tego wynikło – dowiecie się poniżej.
Okiem Jakuba - Jakub Janowicz
Chciałoby się zacząć jak w Planecie Małp. "Dziennik pokładowy takiego a takiego statku. Dzień ten i ten. Galaktyka taka i owaka." I tak dalej, w podobnym stylu. Pomińmy jednak romantyczny wstęp i od razu przejdźmy do konkretów.
Bo przecież Master of Orion od zawsze postępował w podobny sposób. Za nic mając emocjonalne początki, niemal od razu zwracał się do gracza z rzeczowymi pytaniami. Jaki rozmiar galaktyki? Jaki poziom trudności? Jaki wiek wszechświata? Nie inaczej jest w wargamingowym wydaniu tego klasyka.
Najwięcej frajdy sprawia, rzecz jasna, wybór rasy, bo to z nią będziemy się utożsamiać przez cały czas trwania kampanii. Przejrzałem rasy misiowatych Bulrathich i kotowatych Mrrshannów, które nie tylko wyglądają urokliwie, ale też przywodzą na myśl wspomnienia z szalonych lat dziewięćdziesiątych, po czym zatrzymałem się przy tajemniczo wyglądającej rasie Darloków.
Zachęciła mnie nie tylko nazwa tych stworów, jak gdyby żywcem wycięta z Wehikułu Czasu Wellsa, ale też ich modus operandi. Szpiegostwo i knucie intryg? W sam raz dla mnie! Wprawdzie inne rasy otrzymują premie do wojskowości czy też rozwoju technologicznego, ale na co komu armia i gadżety, kiedy można posłużyć się podstępem.
OK, rozmiar i typ galaktyki dookreślony, frakcja wybrana... Nic, tylko wystrzelić się w kosmos i zerknąć na galaktykę, o którą przyjdzie toczyć bój. Mając w pamięci czarne przestrzenie starego Master of Orion z przyjemnością powitałem fioletowawe zabarwienie nowej wersji kosmosu.
Oczywiście, komiksowa grafika i dowcipne projekty postaci to hołd dla protoplastów serii (z pominięciem Master of Orion 3, które charakteryzowało się nieco innym nastrojem i stylistyką). Tym niemniej wiedziałem, że mimo cukierkowych pozorów, czeka nas walka na śmierć i życie.
Dlatego też bez najmniejszej zwłoki zacząłem inwestować w żywność i rozwój mojej rodzimej planety. W tym czasie statek z kolonistami zatknął chorągiewkę mojego skromnego imperium na drugim ciele niebieskim, a zwiadowcy zbadali odległą anomalię, która okazała się być astronomicznym odpowiednikiem pirackiej skrzyni ze skarbami.
I tak to się zaczęło - beztrosko, błogo i przyjemnie. Ale, jak mawiają najstarsi eksploratorzy kosmosu, dobre złego początki...
Okiem Starego zgREDa - Maciej Piotrowski
Ja niestety nie miałem tyle szczęścia. Już na starcie przywitała mnie mała, piracka flota, która wpierw zmiotła wysłanych głębiej w kosmos zwiadowców, a później zaatakowała rodzimy układ.
Gdy jakoś sobie z nimi poradziłem (jak to dobrze, że wybrałem lubujących się w wojnie brutalnych Terran – uratowały mnie mniejsze o 20% koszty produkcji statków) i zacząłem wreszcie powolną ekspansje niczym plagi egipskie spadły na mnie kolejne „tragedie”.
A to z galaktycznego dziennika dowiedziałem się, że jedną z moich planet dziesiątkuje epidemia, a to znowu któryś z miłych sąsiadów, zaraz po uprzejmym przedstawieniu się postanowił zniszczyć mi flotę kolonizacyjną.
Na tym oczywiście nie koniec, bo wkrótce moja najpotężniejsza flota napotkała potwora kosmicznego, który po prostu rozniósł ją w pył. Co gorsza, obok jednej z zasiedlonych już planet wybuchła supernowa. Na całe szczęście, dzięki szybkiej budowie kilku statków transportowych udało mi się przenieść większość zagrożonej populacji na inną planetę.
Trudno się dziwić, że bardzo szybko wylądowałem na końcu stawki galaktycznej drogi do zwycięstwa. I choć w tym momencie nie było mi raczej do śmiechu doceniłem różnorodność i ilość zdarzeń losowych, która objawiła mi się już przez te pierwsze kilkanaście tur. Nie zmienia to jednak faktu, że z zazdrością przyglądałem się jak cywilizacja Darloków pod wodzą Jakuba wystrzeliła w rankingach.
Okiem Jakuba - Jakub Janowicz
To prawda – dobra passa mi dopisywała! W każdym razie do momentu, kiedy to napotkałem rasę żądnych krwi robotów. Rzecz jasna, z początku nie miałem pojęcia o ich morderczych zamiarach, toteż z przyjemnością przystąpiłem do wymiany dyplomatycznych uścisków.
Może ambasadę? Ależ oczywiście! W zamian za to ta czy inna śmiercionośna technologia? Czemu nie! I do tego wymiana map, umowa handlowa, może koniaczku jeszcze, może cygara? Tak właśnie siedzieliśmy i gawędziliśmy z kolegami robotami.
No dobrze, może obyło się bez cygar i koniaku, ale cośmy sobie pogadali, to nasze! A całą tę wymianę umilała opcja pytania o to, czego oczekuje druga strona, czyli de facto automatyczne dobieranie propozycji, tak żeby spotkały się one z przyjęciem.
Mimo przyjemnego nastroju rozmów, przesuwającego się na zielone pole wskaźnika sympatii i nadmiernie ułatwiającej zabawę opcji dobierania ofert (to jeden z wielu ukłonów w stronę "świeżych" graczy), prędko przekonałem się, że podstępna rasa Darloków została wykiwana przez jeszcze przebieglejszą rasę mechanicznych Meklarów.
Powymienialiśmy się technologiami, pohandlowaliśmy mapami, ale co innego salonowe gadki, a co innego dwa statki celujące w siebie kosmicznymi działami. Ani się obejrzałem, a jedna z flot cyborgów puściła z dymem całą moją armadę.
Bez wypowiedzenia wojny, bez ostrzeżenia! Tyle mi przyszło z dyplomatycznych podchodów. Co ciekawe jednak, ten pojedynczy atak ze strony Meklarów nie pociągnął za sobą kolejnych precyzyjnie mierzonych ciosów.
Wprawdzie chwilę później roboty-zabijaki wypowiedziały mi oficjalnie wojnę, ale i to nie wiązało się z realnymi działaniami. Co każe mi wątpić w skuteczności sztucznej inteligencji.
Okiem Starego zgREDa - Maciej Piotrowski
No właśnie, miałem dokładnie taką samą sytuacje. Co prawda misiowate Bulrathi nie okazały się aż tak podstępne - po prostu bez zbędnych ceregieli nadleciały i zbombardowały mi świeżo skolonizowaną planetę wybijając wszystkich do nogi. Gdy po chwili wypowiedzieli mi wojnę miałem spore obawy czy nie będzie to koniec totalny koniec mojej cywilizacji.
O dziwo jednak miśki zostawiły mnie w spokoju. Czy to słabość sztucznej inteligencji? Nie jestem wcale taki przekonany. Po prostu po tym akcie trzymałem się tylko swoich dwóch układów i nie zapuszczałem się bliżej krewkich sąsiadów. Efekt tego taki, że wkrótce sami się odezwali przepraszając na wybuch spowodowany zbytnim zbliżeniem się do ich granic i proponując rozejm.
Niezaprzeczalnym jednak faktem jest totalna głupota kosmicznych piratów, którzy z uporem ślą swoje statki na pewną rzeź. Zastosowana w nowy m Master of Orion siatka układów planetarnych połączonych tunelami czasoprzestrzennymi może nie każdemu się spodoba, ale przynajmniej daje spore możliwości obrony przed nagłym wjazdem przeciwnika na nasz teren. Dzięki temu też można zabezpieczyć „tyły”, o ile tylko obok mamy układ z jednym „wyjściem”.
Okiem Jakuba - Jakub Janowicz
Skoro sztuczna inteligencja się waha, trzeba to wykorzystać i pozatykać węzły między układami. Postąpiłem dokładnie tak samo jak Maciej, bo w nowym Master of Orion jest to w zasadzie jedyna słuszna strategia, jeśli chodzi o obronę naszych gwiezdnych zdobyczy.
Działa Meklarów milczały, więc dozbroiłem się w nowe okręty, a na galaktycznych "skrzyżowaniach" poustawiałem wojskowe posterunki i patrole. To pozwoliło mi odeprzeć kolejne podjazdy czy to wrednych robotów, czy też kosmicznych piratów.
Ponieważ jednak jestem z natury pokojowo nastawiony do świata, spróbowałem wynegocjować rozejm z blaszanymi agresorami. Niestety, trudy te spełzły na niczym i nie pomogła tu nawet magiczna opcja dobierania propozycji, tak żeby zostały zaakceptowane.
Nie pozostało mi więc nic innego, jak zacząć inwestować nie tylko w siły zbrojne, ale i w wojskowe technologie. Na tę chwilę byłem w stanie obronić te kilka planet, które trzymałem w garści, ale nie miałem pewności, jak długo uda mi się zachować bezpieczeństwo.
Prawdę powiedziawszy, taki obrót spraw rozczarował mnie, bo przecież nastawiony byłem na knucie i ukrywanie się w galaktycznym cieniu, a tymczasem zmuszono mnie do podążania wydeptaną militarną ścieżką. Co za tym idzie, okazało się, że w nowym Master of Orion specjalizacja ras tak czy inaczej musi zejść na dalszy plan w obliczu brutalnej siły.
Na szczęście poszczególne technologie, nawet z różnych dziedzin, są ze sobą połączone w jedno drzewko, a co za tym idzie, i tak nasze inwestycje nie są tak zogniskowane, jak można by oczekiwać. Tym niemniej żałowałem, że początkowy wybór rasy nie determinuje bardziej kształtu dalszej rozgrywki.
Okiem Starego zgREDa - Maciej Piotrowski
A ja jakoś nie narzekam. Jako ostatni w statystykach, z najmniejszą ilością skolonizowanych planet, niewielkim zakresem możliwego ruchu (przeciwnicy szybko mnie obskoczyli) i dość skromną armadą postanowiłem spróbować knucia i zakulisowych intryg. I tu spore, pozytywne zaskoczenie w nowym Master of Orion – całkiem ciekawie zbudowana mechanika szpiegostwa i dość zaskakująco naturalne przepychanki dyplomatyczne.
Pierwsza niespodzianka czekała na mnie zaraz po wypowiedzeniu mi wojny przez rasę ptaszorów. Niemal natychmiast skontaktowały się ze mną znienawidzone przez Jakuba robociki i z wyraźnie lepszym nastawieniem zaoferowały sojusz. Takiej okazji nie mogłem przepuścić, szczególnie, że moi nowi „przyjaciele” mieszkali znacznie bliżej wroga.
Przy okazji nie omieszkałem wysłać szpiega na odkrytą niedawno planetę ptaków i zlecić mu potrójne zadanie – od zbierania danych, poprzez infiltracje dyplomacji, po bunt mieszkańców. Oczywiście stopień ryzyka rósł z każdą kolejnym etapem, ale czym ryzykowałem? Przecież drugiej wojny mi nie wypowiedzą, no nie?
Oczywiście wcześniej obstawiłem swoje planety szpiegami, którzy zajęli się kontrwywiadem. Większość moich sąsiadów musiała zrobić podobnie, bo „kotki” i „miśki” dość szybko odkryły moje knowania na ich terytoriach.
Co ciekawe jednak żaden z nich nie posunął się dalej niż ostrzeżenie i deportacja szpiega. Wydaje mi się, że to wskutek działań Jakuba, który właśnie w tamtym czasie prowadził wojnę z Bulrathi i mocno wyprzedzał w statystkach Mrrshanów.
Zapewne gdybym grał sam, nie kontaktując się na bieżąco z Jakubem, tych drobnych niuansików bym nie zauważył. Ale nawet i bez tego w wielu miejscach dostrzegałem zmiany, które zaszły od mojego pierwszego kontaktu z grą parę miesięcy temu. Najwyraźniej odzew graczy poskutkował. Niestety, nie we wszystkich kwestiach.
Okiem Starego zgREDa i Jakuba - Zgodnym głosem
O tym, że reanimacja legendy tego kalibru to zadanie karkołomne, Wargaming musiał wiedzieć doskonale. W dodatku trzeba było znaleźć do tego projektu pewien wytrych. Bo jak pozostać wiernym oryginałowi, a jednocześnie innowacyjnym? Czy to jest w ogóle do zrobienia?
Postanowiono więc wiernie odwzorować koncepcję gry, przy zachowaniu jej klimatu i ogólnych zasad rozgrywki, a jednocześnie mocno uproszczono całą mechanikę. Trudno mieć to za złe specom z WG Labs. W końcu współczesny odbiorca nie jest już wychowany na grach, których trzeba było się miesiącami uczyć, bo składały się z kolumn liczb i roju pikseli.
Tak właśnie narodził się Master of Orion na miarę naszych czasów. I niejeden mógłby powiedzieć, że dlatego właśnie legend nie należy ruszać. Lata dziewięćdziesiąte się nie wrócą, a co najwyżej można zepsuć nieco podstarzały, ale jednak świetny produkt.
Z drugiej strony – takie odświeżanie ma pewien sens. Młodzi poznają klasykę gier, dobre pomysły nie gniją w lamusie, weterani z łezką w oku powspominają dawne czasy... Zaraz, zaraz. Tutaj muszę się na chwilę zatrzymać.
Weterani... No właśnie. Sęk w tym, że oni akurat nowego wcielenia Master of Orion zapewne nie powitają oklaskami. I chociaż produkcja Wargamingu jest znacznie bardziej przejrzysta, niż ostatnia cześć oryginalnej trylogii, to i tak jej nie dorówna.
Klimat oryginału, jak już wspomnieliśmy, został zachowany, dyplomacja w wykonaniu sztucznej inteligencji wygląda nie najgorzej, sporo opcji strategicznych przetrwało okrajanie tytułu z nadmiernych komplikacji... No tak, ale to nie wszystko.
Do tej listy plusów trzeba dorzucić jeszcze garść wad. Bo nie da się ukryć, że symulator kosmicznych bitew wciąż mocno kuleje (nawet jeśli zyskał dodatkowy tryb pełnej kontroli, gdzie gracz podejmuje wszelkie decyzje) i bije po oczach swoją prostotą oraz brakiem typowej walki na tury.
Komputerowi przeciwnicy, mimo że w dyplomacji całkiem bystrzy, miejscami zachowują się tak nierozsądnie, że można ich posądzać nie o sztuczną inteligencję, ale o autentyczną głupotę.
Wspomnijmy dla formalności, że do tego dochodzi również niemała paleta błędów, które zaowocowały między innymi twardym lądowaniem na pulpicie. Kiedy zestawimy ze sobą te wszystkie elementy, okaże się jednak, że Master of Orion to całkiem niezła pozycja na długie jesienne wieczory, które już za pasem.
Warto do niej przysiąść nie tylko w pojedynkę, ale też razem ze znajomymi. Bo akurat tutaj naprawdę łatwo delektować się syndromem "jeszcze jednej tury", nawet o 5 nad ranem. Trochę szkoda jedynie, że w nowym Master of Orion wciąż brakuje trybu gorących krzeseł.
Pomimo całkiem niezłych wrażeń płynących z gry nie da się ukryć, że to produkcja zaledwie dobra. Z pewnością też nie może się mierzyć ze swoim pierwowzorem. Przynajmniej na tę chwilę. Być może w przyszłości, o ile twórcom będzie nadal chciało się bawić w ulepszanie gry, nowy Master of Orion stanie z podniesionym czołem obok legendarnej „jedynki” i „dwójki”.
Na razie patrzy się na niego z przyjemnością, ale nam, weteranom, trudno będzie zapomnieć, że te jaśniejące na monitorze gwiazdy to tylko światła dawno wygasłych słońc.
Ocena końcowa:
- różnorodność dostępnych ras + dowolność tworzenia własnych
- hiponotyzująca rozgrywka
- stylowa i dowcipna warstwa wizualna
- świetne udźwiękowienie
- wyczuwalny klimat dawnego Master of Orion
- duża liczba zdarzeń losowych
- rozgrywka potrafi być wymagająca
- w wersji kolekcjonerskiej - w zestawie ze starą trylogią Master of Orion
- polska lokalizacja (kinowa)
- uproszczone zasady rozgrywki....
- ...które dla wielbicieli serii i gatunku mogą być zbyt daleko idące
- wpadki sztucznej inteligencji
- utrudniające zabawę błędy
- stosunkowo słaby system walk taktycznych
- brak możliwości zabawy w trybie "gorących krzeseł", na jednym komputerze
- Grafika:
dobry - Dźwięk:
bardzo dobry - Grywalność:
dobry