Need for Speed: Payback - byle szybko, byle jak, byle gdzie

Need for Speed: Payback to gra równie wciągająca, co irytująca. O dziwo, jej największym problemem nie jest jednak pełzający system mikropłatności.

Image

Need for Speed: Payback czyli eksperymentów ciąg dalszy

Przyznam bez bicia, że fanem tej znanej serii gier wyścigowych od EA jestem od smarkacza. Nie znaczy to jednak, że Need for Speed: Payback pokochałem do nieprzytomności i wzdychałem na samą myśl o pustkowiach otaczających Fortune City, ichni odpowiednik Las Vegas. Jednak grzechem byłoby nie napisać, że pod grubą warstwą efekciarskiej taniochy skrywa się tu całkiem udany samochodowy łazęga.

Prawdą jest, że seria Need for Speed to kupa growej (i konsolowej) historii. Kolejne jej części zaliczały wzloty i upadki, kręciły bączki jak samochód z letnimi oponami na lodzie. Zdarzały się perełki takie jak Most Wanted i mniej udane Hot Pursuit, dobrze bawiłem się też grając w The Run, ale już taki Undercover zupełnie nie trafił w moje gusta. Przez dekadę seria obiła się chyba o wszystkie odmiany ścigałek, nawet te bardziej realistyczne za sprawą Pro Street.

I jakie wnioski? Najwyraźniej nikt w Electronic Arts nie ma nadal pomysłu jak przywrócić serii jej dawny blask. Okej, w czasach PSX'a Need for Speed naprawdę rządził, a teraz mamy od zatrzęsienia gier wyścigowych. Pojawiły się całkiem nowe marki jak Forza Horizon i The Crew, z których najnowszy Need for Speed czerpie ile wlezie i niestety, nie zawsze wychodzi mu to na dobre.

Need for Speed: Payback - dotrzyj do kryjówki

Znalezione, nie kradzione?

Need for Speed: Payback nawet nie kryje się z inspiracjami, po prostu rzuca nam nimi w twarz i mówi "okej, taki jest system". Mamy więc losowe karty zwiększające statystki pojazdu, mamy otwarty świat, tuning, mniej dłubania w podzespołach, a więcej nieskrępowanej frajdy w otwartym świecie. Przymykam na to oczy, bo w grze arcadowej nie potrzebuję dłubać pod maską, wystarczy mi premia do prędkości, albo hamowania.

Gorzej, kiedy staram się dostrzec samego Need for Speeda w tej plątaninie zapożyczeń. O dziwo on tam jest, zamaskowany na własne nieszczęście, ale jest. Równocześnie im więcej w Need for Speed: Payback grałem, tym częściej widziałem czym ta gra mogła być, a czym nie jest przez niezrozumiałe decyzje producenta.

Need for Speed: Payback - driftowanie

Jedną z takich decyzji jest ewidentne skierowanie do młodszego odbiorcy. I to takiego naprawdę młodszego, który wyskoczy z fotela widząc jak radiowóz zalicza dzwon o słup wysokiego napięcia. No wiecie: "woohoo i gaz do dechy!" 

Tak najwyraźniej prezentuje się nowe ujęcie serii, a osoby, które krzywiły się na przesadnie „ziomalską” i "niegrzeczną" (ale zawsze politycznie poprawną) atmosferę poprzedniej części, przy tej wespną się na wyżyny masochizmu.

Need for Speed: Payback - wypadek

I żeby była jasność, stylizacja Need for Speed: Payback na Szybkich i Wściekłych jest rzeczywiście skrajnie przesadzona, kiczowata i infantylna. Po prostu irytująca. A jednak ma swoje momenty, jak choćby na początku gry, kiedy zwiewamy przed zacieśniającym się powoli kordonem policji, a z radia padają komunikaty o kolejnych dołączających się do pościgu radiowozach. No, ale cały czar pryska, kiedy nasz bohater zaczyna rzucać drętwymi tekstami.

Ten problem przewija się zresztą przez całą grę. Fabuła jest zaś długa, rozpisana na jakieś piętnaście godzin. W tym czasie obserwujemy jak nasza ekipa toczy boje na drogach i bezdrożach otaczających Fortune City, bierze udział w kolejnych wyścigach albo wykonuje rozmaite zadania pobocze. To wszystko sprawia jednak wrażenie historii opowiedzianej bardzo na siłę.

Need for Speed: Payback - ucieczka przed policją

Sprawy nie ułatwiają przerysowani do granic możliwości bohaterowie, których tym razem jest trzech - Tyler, Mac i Jess. Każde specjalizuje się w innego rodzaju samochodach wyścigowych. I tak Tyler to typowy uliczny rajdowiec, Mac czuje się dobrze w rajdach terenowych i drifcie, a Jess w ucieczce przed policją i taranowaniu radiowozów. 

Taki podział na klasy bohaterów umożliwił twórcom wprowadzenie różnych kategorii wyścigów, co w praktyce przyjemnie wypełnia i tak już całkiem spory świat gry.

Na szczęście świat ten możemy przemierzać całkowicie swobodnie. Taki już urok gier sandboksowych i nie powiem, żeby się w Need for Speed: Payback nie sprawdzał, bo działa tu wyśmienicie. Dobrze, że przynajmniej tutaj autorzy gry nie prowadzili mnie jak po sznurku i dali dowolność w wykonywaniu zadań, albo stawania w szranki z konkurencyjnymi grupami rajdowców.

Need for Speed: Payback - mapa świata

Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby w Need for Speed: Payback zwyczajnie poszwendać się po mapie. Na szczęście jest na niej co robić: a to możemy wykonywać testy prędkości, a to poskakać z ramp, czy też ustanawiać kolejne rekordy na fotoradarach. 

To nie pierwszy raz, kiedy napotykamy w grze wyścigowej takie urozmaicenia jednak szkoda, że twórcy poszli na łatwiznę i nie zaproponowali niczego od siebie. Nawet system znajdowania wraków „podkradli” z The Crew. Jednak już sposób w jaki te wraki odbudowujemy jest znacznie ciekawszy. 

Jako nagrodę za pokonanie konkurencyjnej drużyny otrzymujemy bowiem szkic, na którym zaznaczono obszar z daną częścią wraku. Ten szkic trzeba jeszcze odpasować do reszty mapy, a potem dojechać na miejsce i tam się rozglądać. Niby nic, ale swojego Mustanga zbierałem grubo ponad godzinę, a fakt że nie dostałem niczego na tacy tylko mnie mobilizował.

Need for Speed: Payback - wrak Mustanga

Podobną frajdę sprawia w Need for Speed: Payback tuning samochodów. A modyfikować możemy tu zarówno ich osiągi jak i wygląd. Część rzeczy odblokujemy dopiero po spełnieniu określonych warunków (na przykład pojedziemy z odpowiednią prędkością), inne kupimy za otrzymywaną w grze walutę.

Możliwości jest więc całkiem sporo, a każda premia do osiągów zwiększa odrobinę poziom naszego pojazdu, od którego zależy jak poradzimy sobie w kolejnym wyścigu. Niestety wymagający oponenci nie są jedynym wyzwaniem przed jakim staniemy na trasie.

Need for Speed: Payback - samochód na tle wschodzącego słońca

Kosztowne wróżenie z kart

Chciałbym, żeby druga część recenzji była trochę cieplejsza w wymowie, ale twórcy nie dali mi wyboru. Może zacznijmy od tego, że loot boxy są obecne w grze pod nazwą Dostaw, w których znajdujemy rozmaite modyfikacje pojazdów. 

Równocześnie po wyścigu losujemy tak zwane karty Speed, którymi następnie dopakowujemy swoje fury. Te są jak najbardziej przypadkowe, i nigdy nie wiadomo co nam się trafi. Raz może być to premia do hamowania, innym razem do przyspieszenia bądź nitro.

Karty w Need for Speed: Payback uzyskujemy wygrywając wyścigi, ale możemy je także kupić... oczywiście za realną gotówkę. No, ale przecież nie trzeba ich kupować, prawda? No nie, nie trzeba. I tak naprawdę wszystko rozbija się o naszą cierpliwość, to ile czasu możemy poświęcić na żmudne powtarzanie tych samych wyzwań.

Need for Speed: Payback - powrót na lotnisko

A jak ów system kart sprawdza się w praktyce? Za każdy wygrany wyścig dostajemy kartę Speed i kilkanaście tysięcy dolarów do wydania na fury. Moj Buick dość długo czekał zanim mu zajrzałem pod maskę, a kiedy już to zrobiłem jego poziom wzrósł o kilkanaście punktów, co bardzo szybko dało się odczuć w prowadzeniu. 

Niestety wiele wyścigów wciąż miało zalecany poziom o wiele wyższy niż ten mojego auta, co przekładało się na szybszych konkurentów i ciągłe porażki. To rzeczywiście może irytować. Z drugiej strony, dobrze że twórcy nie blokują nam możliwości startu w wyścigach samochodami o kilka klas słabszymi.

W tym miejscu warto zwolnić, bo jak widzicie zachęcanie graczy do kupowania kart za własne pieniądze jest aż nadto ordynarne. Bez tego samochody modyfikuje się dość długo, co więcej gotówki nie zarabiamy w grze aż tyle, żeby mieć jej ciągłą nadwyżkę. Gdyby można było brać kredyty u wirtualnego lichwiarza byłbym pewnie pierwszy w kolejce :)

Need for Speed: Payback - wywrotka

Niestety, jeszcze gorzej wygląda sytuacja z samochodami kupowanymi w salonach. Te kosztują krocie, zwykle powyżej 100.000 dolarów, a perełki od Lamborghini nawet i trzykrotność tej kwoty. Nie ma zmiłuj i jeśli chcecie się pościgać takim Aventadorem to albo wykładacie kasę z portfela, albo żmudnie ciułacie rekordy prędkości na fotoradarach. Czy trzeba dodawać coś więcej? W grze, za którą już raz płaciliśmy, i to nie mało, twórcy bez żenady sięgają do naszych kieszeni. 

Nie da się ukryć, że nie jest to system skrojony pod graczy, a pod wyciąganie z nich kasy. Jednak skutecznie da się go przytępić obniżając poziom trudności rozgrywki (co ułatwia wygrywanie zawodów). Naprawdę, to działa.

Poza tym zarabianie wirtualnej gotówki nie przychodzi z wielkim trudem. Wystarczy wygrać jedne zawody plus zaliczyć kilka dodatkowych wyzwań, aby zarobić kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Niestety szybko nie dorobimy się w ten sposób żadnej nowej fury, a tylko dopakujemy tę już posiadaną.

Need for Speed: Payback - Buick

Mnie osobiście tak bardzo ów system mikropłatności nie przeszkadzał, bo z natury jestem łazikiem i przemierzanie rozległego świata Need for Speed: Payback dawało mi naprawdę sporą przyjemność. Wymaga to jednak zupełnie innego podejścia do gry. 

Zamiast się ścigać zwiedzamy, podziwiamy widoki, szukamy nowych wyzwań i tak dalej. Dzięki silnikowi Frostbite gra prezentuje się całkiem nieźle, a dynamiczny cykl doby to miłe urozmaicenie wobec nieskończonej, deszczowej nocy obecnej u poprzednika.

Niestety spędzanie czasu za kółkiem utrudnia fatalny model jazdy. Ja wiem, że Need for Speed: Payback to arcadówka, gdzie pokonujemy zakręty pędząc 200 kilometrów na godzinę, ale z obecnym tu modelem jazdy jest coś naprawdę nie w porządku. 

Widać, że nastawiony jest na drifting, ale to nie tłumaczy dlaczego samochody prowadzą się jak wozy z węglem. Pokonywanie zakrętów to jakiś koszmar. Wystarczy chwila, aby obróciło nami o 180 stopni, albo żeby samochód zatrzymał się w poprzek łuku. Autentycznie. Zero frajdy. To nie jest żadne luzacka zręcznościówka, tylko wadliwy, niedopracowany model prowadzenia.

Need for Speed: Payback - malowanie auta

I to właśnie ten aspekt Need for Speed: Payback rozczarował mnie najbardziej. Twórcy zawalili sprawę w kluczowym elemencie gry jakim jest czerpanie przyjemności z jazdy. Owszem, fabuła jest głupia, przestylizowana i efekciarska, system mikropłatności irytujący, ale to wszystko mija w momencie kiedy wyjeżdżam swoim odrestaurowanym Fordem Mustangiem 1965 na trasę i cieszę się jazdą... aż do najbliższego zakrętu.

To nie tak, że wyciąganie pieniędzy od graczy jest mniejszym problemem. Po prostu nie jest jedynym, a i bez dopłacania do gry dałoby się z Need for Speed: Payback czerpać przyjemność. Niestety odechciewa mi się w momencie, kiedy przegrywam wyścig za wyścigiem, ponieważ moje Audi nie daje się normalnie prowadzić.

Need for Speed: Payback - Fortune City

Szybcy i kiepscy

To mogła być całkiem udana produkcja, gdyby trochę stonowano fabułę i ułatwiono graczom zarabianie wirtualnej gotówki. Jeżdżenie po górskich autostradach o zmierzchu potrafi zauroczyć i dać mnóstwo przyjemności. W zasadzie dla mnie Need for Speed: Payback mógłby się ograniczyć wyłącznie do zwiedzania pustkowi, ponieważ samo Fortune City jest tak samo nudne (i puste) jak growa opowieść.

Niestety, od strony audio Need for Speed: Payback wypada równie blado. Ścieżka dźwiękowa jest mdła i poza jednym, czy dwoma kawałkami naprawdę nie miałem w niej czego szukać. Na szczęście muzykę w grze można wyłączyć. Jest trochę trudniej jeśli chcielibyście zrezygnować z polskiej lokalizacji i posłuchać drewnianego slangu bohaterów w oryginale. 

Need for Speed: Payback - niezłe tuningowanie aut

Czemu ? Bo, aby usłyszeć oryginalną ścieżkę dialogową musimy zmienić język całego systemu konsoli, inaczej gra będzie automatycznie zlokalizowana w języku polskim.

Mimo wszystko przydałaby się taka opcja w ustawieniach samej gry. Jeszcze pół biedy, gdyby sam dubbing był znośny, a niestety taki nie jest. Niewiele wnosi obecność takich postaci jak Joanna Jędrzejczyk czy O.S.T.R. skoro ewidentnie słychać, że wszyscy starają się trochę za bardzo.

Need for Speed: Payback - zderzenie czołowe

O dziwo, wszystko to pasuje jednak do ogólnej, przesadzonej fabuły i jeśli komuś nie przeszkadza taka stylizacja powinien się bawić lepiej ode mnie. Niestety, jeśli nie podoba się wam pomysł na rozgrywkę polegająca na szwendaniu się po mapie, jeśli bardziej od podziwiania widoków chcecie się ścigać i przepychać wściekle na trasie odejmijcie jeden punkt od głównej oceny.

Need for Speed: Payback jako całość to chybiony projekt. Wielka szkoda, że zamiast nad modelem jazdy skupiono się na wszystkim, tylko nie na nim. Gra błyszczy dopiero tam, gdzie zbytnio nie wtrącali się twórcy, w tych długich momentach kiedy jesteśmy na trasie tylko my i nasz wóz. Szkoda, że zapomniano, że w Need for Speed od zawsze chodziło o prędkość, a nie o pieniądze.

Need for Speed: Payback - wyścig z BMW

Ocena końcowa:

  • dający poczucie wolności otwarty świat
  • odczuwalny tuning osiągów
  • mnóstwo aktywności pobocznych
  • sporo samochodów do odblokowania
  • urzekające widoki
  • niezła oprawa wizualna
     
  • nastawienie na mikropłatności
  • uporczywy grind
  • wołający o pomstę do nieba model jazdy
  • słabiutka fabuła
     
  • Grafika:
     dobry
  • Dźwięk:
     dostateczny
  • Grywalność:
     dostateczny

58% 2,9/5

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ