Dynamika i mankamenty rozgrywki
Serię Need for Speed mógłbym podzielić na czasy przed i po wydaniu części Underground. Choć sam pamiętam jak dobrze bawiłem się w starszym, niesamowicie rozbudowanym Porsche 2000, to dopiero „podziemne” klimaty wzorowane na filmie Szybcy i Wściekli obudziły we mnie prawdziwą potrzebę prędkości.
Dlatego najnowsza część – nazwana po prostu Need for Speed – wzbudziła moje szczególne zainteresowanie. Szczególnie, że wśród twórców gier panuje obecnie moda na wydawanie „gołych” tytułów, które w ten czy inny sposób sięgają do korzeni. W tym wypadku już na pierwszy rzut oka widać, że odświeżony został właśnie Underground, a nie klasyczne części serii.
Akcja klasy B
Nie ma co się oszukiwać – tematyka tuningu, szybkich samochodów i kręcących się tu i ówdzie tabunów kobiet, to tło fabularne wielu dość tandetnych historii. Choć zdarzają się produkcje bardziej ambitne, to nowy Need for Speed zdecydowanie nie stara się być jedną z nich. Opowiedziana historia jest szczątkowa, stanowiąc jedynie szkielet i usprawiedliwienie dla odhaczania kolejnych wyścigów na mapie. Przy okazji też do zdobywania punktów reputacji w kategoriach prędkości, stylu, ekipy, bezprawia i tuningu.
Po uruchomieniu gry, wita nas jeden z wielu filmików z żywymi aktorami. Ich charakterystyka, sylwetki, zachowania i jasno nakreślona rola są tak przerysowane, że ocierają się o kicz. Gracz staje się bezimiennym nowicjuszem, poznającym paczkę miłośników rajdów, z których każdy wprowadza nas w świat wyścigów ze swojej perspektywy. I tak mamy tu więc speca od stylu, hołdującego Kenowi Blockowi, paradującą w ogrodniczkach mistrzyni tuningu i narwanego dzieciaka, stawiającego prędkość ponad wszystko.
Umówmy się jednak, że na fabułę przymykamy oko, wtedy przestaje być ona tandetnym kinem, a po prostu spaja poszczególne elementy gry. To właśnie dzięki poznanym osobom, otrzymujemy dość często telefony o kolejnych wyścigach. Na dłuższą metę, przychodzące co rusz połączenia i przypomnienia o rajdach stają się mocno irytujące, jednak jest to jeden ze sposobów, w jaki zapełnia się nasza lista zadań do wykonania.
Wybierz swój styl
Inną z metod odkrywania kolejnych wyścigów – poza otrzymywaniem imiennych zaproszeń, związanych z fabułą – jest podnoszenie poziomu reputacji. Odpowiednie punkty REP otrzymujemy praktycznie za wszystko. Rozpędziłeś się autem do poziomu bliskiego maksymalnym osiągom pojazdu? Na konto trafiają punkty za prędkość. Zaliczyłeś niezły drift, podczas swobodnej przejażdżki po mieście? Zasłużyłeś na bonus za styl. Skosiłeś przy okazji parę słupków? No to stajesz się adeptem sztuki bezprawia – i tak dalej, każda akcja sprawia, że na mieście jest o nas coraz głośniej.
Podnoszenie reputacji to droga do odblokowania kolejnych, coraz trudniejszych wyścigów, a także nowych części mechanicznych i elementów wizualnych do naszych pojazdów. Co więcej, to z jakiego stylu mamy najwyższe osiągi, nadaje nam dodatkowo tytuł specjalny. Osobiście, na początku gry irytowało mnie, że otrzymałem łatkę Renegata. Fakt, zdarzyło mi się położyć kilka barierek na poboczu drogi i zaczepić policjantów, ale tylko dlatego, że tego wymagały codzienne wyzwania. Na szczęście, gdy już opanowałem podstawy stosunkowo bezkolizyjnej jazdy, słupki wskaźników zadecydowały, że bliżej mi do demona prędkości, niż pirata drogowego.
Gra w wielu miejscach mami nas możliwością wyboru swojego własnego stylu. Prawdę mówiąc, jest to jednak – nomen omen – bujda na resorach. W praktyce trzeba przede wszystkim opanować wchodzenie w poślizgi przy prędkości przekraczającej 200 km/h. Bez tego nie wygramy większości wyścigów, ponieważ ich trasy prawie zawsze przechodzą przez ciasne, kręte uliczki. Rzecz jasna, umiejętność ta jest niezbędna do konkursu driftów. Pozostałe tryby to już tylko ich wariacje.
W tym miejscu zabrakło mi zróżnicowania, znanego z pierwszego Undergrounda. Pamiętam, gdy cieszyłem się za każdym razem, gdy na liście wyścigów pojawiał się dynamiczny tryb Drag, który dosłownie wciskał mnie w fotel. Do samego driftu musiałem się przyzwyczaić, ale po jego opanowaniu, także z satysfakcją przechodziłem kolejne wyzwania. Nowy Need for Speed sprawia, że musimy na równi lubić i wykorzystywać wszystkie elementy. Tryby gry są zwyczajnie zbyt podobne i ograniczają się do trzymania gazu przez cały czas trwania wyścigu, z okazjonalnym wykorzystywaniem hamulca ręcznego.
Urozmaiceniem mogą być policyjne pościgi, ale te zostały chyba włączone do gry na siłę. Jak dla mnie stanowiły one wyzwanie tylko na początku, gdy mój pojazd był jeszcze słaby. Później wręcz zawracałem po radiowozy, żeby zbyt szybko ich nie zgubić, gdy tego wymagało ode mnie jedno z zadań codziennych. Szkoda, bo mogło to nieźle urozmaicać całą zabawę. Nie wiem dlaczego twórcy zdecydowali się umieścić w grze taki element bez jakiegokolwiek jego rozbudowania. Przecież już w poprzednich częściach serii mogliśmy kryć się w ciemnych zaułkach, a nawet zrzucać na ścigających elementy otoczenia. W takiej formie jak teraz osobiście wolałbym, żeby pościgów nie było tu wcale.
Szybko, ale i wściekle
Mimo tego, że zabawa jest mocno wtórna sam zręcznościowy model jazdy i schemat wyścigów jest wykonany bardzo dobrze. Mimo wszystkich narzekań na błędy i małą liczbę urozmaiceń, muszę przyznać, że planowane kilkunastominutowe sesje z Need for Speed niemal zawsze przeciągały się do kilku godzin, podczas których raz za razem obiecywałem sobie, że ukończę jeszcze tylko jedno wyzwanie.
Nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na wiele drobnych niedogodności. Główna bolączka, czyli przeciwnicy jeżdżący „na gumce”, została już wyeliminowana przy okazji aktualizacji. Wciąż jednak widać, że czasem jesteśmy nienaturalnie doganiani, mimo że jedziemy z dużą prędkością. Kolejny problem – który według mnie jest znacznie większym mankamentem – to fakt, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie ocenić gdzie jest przeciwnik. Z gry usunięto bowiem licznik, pokazujący poszczególnych zawodników i odległości czasowe między nimi. Ani w trakcie, ani po zakończeniu wyścigu nie mogę więc śledzić różnic w sekundach dzielących pojazdy od siebie i mety.
Oczywiście, do dyspozycji pozostaje mini-mapa, jednak tu pojawia się kolejny zgrzyt. W grze poza nami, są też inni gracze. Istnieje możliwość włączenia trybu jednoosobowego, jednak wtedy do zabawy dołączają liczni komputerowi przeciwnicy. Na skutek każdej z tych opcji, na radarze widzimy dość sporo pojazdów. Ciężko stwierdzić, czy to ścigający nas przeciwnik, czy przypadkowy pojazd, należący do obecnego w naszej rozgrywce człowieka.
Problem współobecności wielu aut to także przyczyna całej masy innych problemów. Bardzo często zdarzało mi się nie ukończyć wyścigu przez zderzenie z jadącym z naprzeciwka samochodem. Choć oczywiście można wpisać to w swoisty realizm nielegalnych wyścigów, ale niejednokrotnie miałem wrażenie, że trafiam na osoby, które celowo pędzą na czołowe zderzenie, żeby z czystej złośliwości uniemożliwić mi ukończenie okrążenia.
Kolejną niedogodnością trybu online jest to, że nie mamy możliwości pauzy. Nigdy. Wynika to oczywiście z faktu, że świat dookoła nas żyje i zachowana jest płynność rozgrywki. Na szczęście, te wyścigi, w których nie biorą udziału żywi gracze, możemy przerywać i powtarzać. W tym miejscu jednak kolejny raz pojawia się niemiła niespodzianka. Ponowne uruchomienie wyścigu to tak naprawdę ekran ładowania, po którym następuje przeniesienie do trybu swobodnej jazdy. Wtedy dopiero można zacząć wyzwanie na nowo, co wiąże się z kolejnym, długim wczytywaniem. Naprawdę, można to było znacznie uprościć.
Podobnie zresztą jest w przypadku szybkiego wybierania zadań z mapy. Nie możemy od razu wskoczyć do wyścigu, tylko najpierw przenosimy się na miejsce startu, by potem jeszcze raz zatwierdzić wybór i znów czekać na załadowanie się konkurencji. Sama lista imprez została też nie została zbyt dobrze przygotowana. Każde zadanie jest oznaczane jako zaliczone, nawet jeśli tylko weźmiemy w nim udział i zajmiemy ostatnie miejsce. Osobiście lubię odkrywać i przechodzić wszystko, co gra ma do zaoferowania, a w tym przypadku nie miałem opcji odłożenia trudnych etapów do powtórzenia na później, ponieważ przy kolejnej sesji nie pamiętałbym, czego tak naprawdę nie zaliczyłem w stu procentach.
Chodź, pomaluj mój Fiat
Gdy będziemy chcieli odpocząć od wyścigów i kolejnych ekranów ładowania lub jeśli po prostu początkowe auto będzie już zbyt słabe, przyjdzie nam odwiedzić garaż. Ten etap gry jest już na szczęście wykonany bez zarzutów. Nie każdy musi zgodzić się ze sposobem modyfikacji, który udostępnili twórcy, ale spełnia on swoje założenia, pozwalając zarówno na wizualne, jak i mechaniczne dopasowywanie auta do swoich preferencji.
Równocześnie w naszym garażu może stać do pięciu samochodów. Każdy z nich pomalujemy według własnego uznania, wykorzystując rozbudowane narzędzie do modyfikacji wizualnych. Paleta kolorów łącznie z odcieniami i nasyceniem daje praktycznie nieograniczone możliwości, a duża liczba wzorów naklejek i układanie ich warstwami sprawia, że naprawdę można popuścić wodze wyobraźni i wyjechać na ulice niepowtarzalnym i przykuwającym oko cudem techniki.
Przyznam szczerze, że miejscami czułem się jednak nieco oszukany. Do wielu wozów z wyższej półki nie ma bowiem części zamiennych. Podczas gdy w podstawowej Hondzie Civic zamontowałem nowe progi, zderzaki i światła, kupiony w późniejszym etapie model Porsche nie pozwolił mi prawie na nic, poza montażem spoilera, który nijak ma się do sylwetki tego konkretnego pojazdu.
Mam też zastrzeżenia co do modelu zniszczeń. Gdy już starannie odpicujemy nasz samochód w warsztacie, wystarczy jedno spotkanie z ulicznym słupem, bądź przypadkowy, szarżujący kierowca, by na lakierze pojawiły się rysy, a maska fruwała w powietrzu. Uszkodzenia nie mają absolutnie żadnego wpływu na osiągi pojazdów, więc osobiście całkowicie bym z nich zrezygnował.
Poza wyglądem, mamy też wpływ na modyfikację możliwości mechanicznych samochodów – ten aspekt jest mocno rozbudowany. Do wyboru mamy ogrom części, takich jak zawieszenie, hamulce, filtr powietrza czy opony podzielone według przyczepności. Kupowanie kolejnych usprawnień pozwala nam nie tylko na zwiększenie podstawowych osiągów, ale na własny, manualny tuning, dzięki któremu dokładnie dostosujemy prowadzenie auta do swoich preferencji. Co ważne, zmiany takie jak dostosowanie siły hamowania czy poziomu ciśnienia w oponach rzeczywiście wpływają na prowadzenie. Choć model jazdy pozostaje zręcznościowy, to graczy nieco bardziej świadomi swoich rajdowych potrzeb znajdą tu pole do popisów.
Ventura Bay – to miasto widać, słychać i czuć
W nowym Need for Speed trafiamy do sporego miasta, podzielonego na parę dzielnic. Mamy tu zróżnicowane tereny – od wąskich uliczek, wymagających ostrożnej jazdy, przez górskie serpentyny, wręcz wymuszające driftowanie, po szerokie autostrady, umożliwiające rozwijanie szalonych prędkości. Każdy rodzaj terenu czy zabudowań jest pełen szczegółów, świateł, neonów i drobiazgów.
Grafika stoi na wysokim poziomie, a płynność animacji ani razu nie została zachwiana przez ewentualne zacięcia czy znaczący spadek ilości klatek na sekundę. Co prawda, przy dociskaniu pedału gazu i włączaniu nitro, nie widzę i nie czuję efektu rozmycia, który wciskał mnie w fotel w Underground, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, żeby cokolwiek w aspekcie wizualnym było wykonane źle. Światła miasta migają przed oczami, gdy mkniemy ulicami, dym roztacza się wokół auta podczas kręcenia bączków, a czerwono-niebieskie rozbłyski podpowiadają, że za nami pojawił się kolejny rywal.
Nieco więcej mam do zarzucenia udźwiękowieniu. O ile odgłosy wydawane przez pojazdy są realistyczne i różnią się między poszczególnymi modelami, o tyle muzyka w ogóle nie przypadła mi do gustu. Jeśli Wam również dobrze jeździło się przy mocnych kawałkach z Underground, to obecne w tej części elektroniczne klimaty niestety nie sprawią, że będziecie chcieli docisnąć gaz do dechy. Ścieżka dźwiękowa jest jednostajna, co dla wielu będzie wielkim minusem, a dodatkowo przewijanie utworów zostało mocno ograniczone. Co gorsze wgranie własnych kawałków jest tu zupełnie niemożliwe.
Need for Speed – lepsze jest wrogiem dobrego
Do nowej części mocno wyeksploatowanej już serii podchodziłem z dużą dozą optymizmu. Liczyłem na zręcznościową grę wyścigową i pod tym względem ani trochę się nie zawiodłem. Need for Speed przykuwa do ekranu na długie godziny, także za sprawą sporej liczby dostępnych wyzwań i możliwości ich powtarzania, w celu pobicia rekordu swojego i znajomych. Mimo, że zadania są mocno powtarzalne, to każde wciśnięcie gazu uruchamia głos mówiący: „no, dalej, pokaż na co stać tę maszynę”.
Należy jednak uświadomić sobie, że to nie jest kolejny Underground. W grze z 2003 roku podobało mi się to, że wchodziłem do niej na parę minut, błyskawicznie wybierałem wyścig, przechodziłem go, po czym bez zastanowienia kupowałem jedyną dostępną, nową część do samochodu. W Need for Speed z tego roku, wałęsamy się po mieście, odkrywając porozrzucane po nim nagrody, porównujemy wozy i części, by później wybrać jeden z wyścigów z dość sporej listy. Dostaliśmy większą wolność, ale odbyło się to kosztem dynamizmu.
Mimo wszystko, uważam jednak, że warto w ten tytuł zagrać. Jeśli tylko jesteśmy w stanie przymknąć oko na dużo małych niedogodności, będziemy się dobrze bawić. Do tego Need for Speed jest otwartym projektem – twórcy wciąż dorzucają darmowe aktualizacje z poprawkami i niewielkimi dodatkami. Zabawy może być więc jeszcze więcej. Już w obecnej formie, jeśli tylko skupimy się na tym, co w grze najlepsze – czyli na nieskrępowanym rajdzie ulicami miasta – możemy świetnie się bawić przez długie godziny.
Ocena końcowa:
- niezły, zręcznościowy model jazdy
- dużo wyzwań w pięciu jasno nakreślonych stylach
- dobra oprawa wizualna
- duże możliwości zmiany wyglądu pojazdów
- spora grywalność
- małe zróżnicowanie trybów gry
- brakuje wielu elementów znanych z poprzednich części
- grać można tylko po podłączeniu do sieci
- brak możliwości szybkiego wejścia do wyścigu
- męcząca ścieżka dźwiękowa
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
dostateczny plus - Grywalność:
dobry