Zeszłoroczny bilans i noworoczne niepewności
Rok 2016 wielu wyszedł bokiem. Wprawdzie niektórzy nieźle się z nim ułożyli, ale są i tacy, którzy nazywają go okrutnie katem celebrytów lub kolejnym wielkim rozczarowaniem. Trudno powiedzieć, którzy mają więcej racji. Wszystko to kwestia perspektywy, a ona, jak zawsze, jest osobista.
Graczom miniony rok przyniósł wiele absolutnych hitów, takich jak Overwatch czy Battlefield 1, niezłą reaktywację wiekowej legendy, jaką jest Doom, czy też wieńczące kultową trylogię Dark Souls III. Ale chyba każdy przyzna, że za tym skrywa się też druga strona medalu.
Zdarzały się przecież w ostatnich dwunastu miesiącach takie tytuły, które znacząco nie dorastały do naszych oczekiwań. To właśnie za ich sprawą zalewaliśmy konsolę łzami lub rzucaliśmy myszką o ścianę.
Na wstępie nie będę wytykał palcem, o jakie produkcje chodzi, bo przecież nie jestem tak bezwzględny, jak, dajmy na to, mafia. Spokojnie, na przykłady niepowodzeń przyjdzie jeszcze pora. A, niestety, znajdzie się ich na tyle dużo, że trudno mi na noworoczne zapowiedzi patrzeć przez różowe okulary.
Co gorsza, nie chodzi tylko o całościowe porażki. Kompletne klapy prędko puszczam w niepamięć i nie psuję sobie nimi nastroju. Znacznie dotkliwsze są te chwile, kiedy na obrazie naprawdę dobrze zapowiadającej się gry dostrzeżemy pojedynczą, ale jakże głęboką rysę. Taka pozornie mało istotna skaza potrafi zepsuć nawet najlepszą zabawę.
Oby noworoczne premiery nie krzywdziły nas w podobny sposób! Oby... Choć, prawdę mówiąc, czarno to widzę.
Ludzie to lubią, ludzie to kupią
Inżynier Mamoń z Rejsu mawiał, że najbardziej lubi te piosenki, które już słyszał. To proste zdanie zahacza o prawdę uniwersalną, toteż nic dziwnego, że twórcy gier też prędko wpadli na jej trop. I tak na przykład Ubisoft na potęgę wyciska złote jaja z asasynowej kury, a Activision doi markę Call of Duty aż łuski lecą.
Nie mam nic przeciwko wzbogacaniu serii gier o ich nowe odsłony. W końcu ja sam także lubię powracać do znanych mi tytułów i raz po raz wskakiwać w wygodne buty bliskiej sercu konwencji. Problem zaczyna się w momencie, kiedy nawet najbardziej wyświechtana formuła jest nieprzerwanie eksploatowana, aż do granic jej możliwości, a kolejne klony hitów etykietuje się jako gamingową awangardę. Remastery to osobny temat, do którego powrócę jeszcze w niniejszym tekście.
Oj, z taką hipokryzją trudno mi się pogodzić! Dlatego z bólem serca przemierzałem rozstrzelany wszechświat Call of Duty: Infinite Warfare, które wprowadzało tyle nowinek, co kot napłakał, a jednocześnie fasadowo prezentowało się jako nowe oblicze serii. W tym przypadku chyba najwyraźniej widać, jak – nomen omen – kosmiczne rozmiary potrafi przybrać strategia „w koło Macieju”.
Na szczęście (dla graczy, nie dla twórców) na takim podejściu do popularnej marki łatwo się przejechać. Activision wyszło jeszcze na swoje, ale pamiętamy, jaką klapą okazało się Tomb Raider: The Angel of Darkness. Tak bywa, że czasami pewniak staje się gwoździem do trumny.
Tym bardziej cieszy mnie, że niektórym producentom i wydawcom pędzącym po tej zgubnej trajektorii udaje się wykonać manewr wymijający. A można tego dokonać na kilka sposobów. Wspomniany Tomb Raider, już nie pod egidą Core Design, ale Crystal Dynamics, odrodził się w zupełnie odmienionym kształcie (i to dwukrotnie!), a znowuż Battlefield chwycił drugi oddech (a w zasadzie trzeci), kiedy to EA odważnie sięgnęło po dziewiczy w świecie gier temat I wojny światowej.
Nawet Ubisoft mantrujący kredo asasynów ogłosił przerwę techniczną i zbiera siły na nową odsłonę serii. Ta informacja szczególnie mnie ucieszyła, bo nie da się ukryć, że po renesansowej trylogii Assassin's Creed zaczęło wytracać impet. Wprawdzie zdarzały się jeszcze przebłyski geniuszu, ale oklepana mechanika rozgrywki zaczynała z wolna brzydko pachnieć.
Pytanie tylko, czy Assassin's Creed A.D. 2017 będzie rzeczywiście tak przełomowe, jak sugerują twórcy? I czy w ogóle można mówić „A. D. 2017”? Bo i to nie jest pewne! Podobno „siódemka” (jeśli odwołać się do zarzuconej przez Ubisoft numeracji) ma ujrzeć światło dzienne wtedy i tylko wtedy, kiedy będzie już dopięta na ostatni guzik. Perypetie towarzyszące premierze Unity każą mi w to powątpiewać, ale jednocześnie chciałbym się grubo pomylić.
No dobrze, zmiany są ważne, to oczywiste! Nawet noworoczne Assassin's Creed, jeśli chce przetrwać, musi się im poddać. Inna rzecz, że nie jest to sprawa łatwa. Przecież to wymaga olbrzymich zasobów kreatywności i wypracowania zupełnie nowej formuły. Ale czy Ubisoft temu podoła? Albo czy uda się to Activision, skoro Call of Duty: Vietnam (o ile ten roboczy tytuł i koncept się utrzyma) też ma nieść ze sobą podmuch świeżości?
Co więcej, nowe nie zawsze znaczy lepsze. Czasami to po prostu coś zupełnie innego. Dlatego tak ciekaw jestem Resident Evil VII, które ma nas przestraszyć na dzień dobry w roku 2017. To w końcu znany tytuł pod zupełnie nową postacią. Ale tak jak kręcę nosem na kolejne powtarzalne do bólu Call of Duty i patrzę z powątpiewaniem na przyszłość asasynów, tak wcale nie cieszy mnie nowatorska inicjatywa Capcomu.
Skąd ten mój nieoczekiwany konserwatyzm? To bardzo proste. Otóż, „residentem” w jego klasycznej formie nie zdążyłem się jeszcze znudzić. A nawet jeśli popadał on miejscami w monotonię, to i tak nie oczekiwałem od niego exodusu na teren zupełnie innego gatunku. Dla mnie to zawsze była strzelanina z dreszczykiem, a teraz jest ona przerabiana na rasowy survival horror. Noworoczne Resident Evil może więc stracić we mnie wielbiciela, bo celuje w zupełnie inną grupę docelową.
Jak wynika z powyższych dylematów, twórcy znanych marek świata gier stoją w pewnym rozkroku między nowym, a starym. Z jednej strony wygodnie i przyjemnie zgarniać świeże pieniądze za przechodzone pomysły, ale z drugiej – i taka zachowawcza polityka może skończyć się katastrofą.
Czy w 2017 doczekamy kresu praktyk, które sprawiają, że czujemy się, jak gdybyśmy ciągle grali w ten sam, dobrze nam znany tytuł? Wątpię. Ale nawet, jeśli noworoczne kontynuacje wielkich serii, takie chociażby jak Sniper Elite 4 czy God of War, będą czymś więcej, niż odcinaniem kuponów od wczorajszych sukcesów, to i tak jeszcze niejedna katastrofa wisi w powietrzu.
Po kawałeczku
Zdarza się i tak, że w nasze ręce wpadnie tytuł całkiem oryginalny. Nawet jeśli korzysta on ze znanych rozwiązań lub jest kolejnym sequelem sequelu, to i tak nie czujemy w nim najmniejszej powtarzalności. Nic, tylko pogratulować sobie szczęścia! Rozsiadamy się wtedy przy takiej wirtualnej uczcie i smakujemy ją do ostatniego kęsa. Gorzej, jeśli kończy się ona przedwcześnie, a za resztę smakołyków musimy dodatkowo dopłacić.
Tak, tak, mówię o znanym dobrze wirusie DLC. Coraz częściej irytuje nas polityka wydawców, którzy wypuszczają na rynek wybrakowany produkt po to tylko, żeby te wycięte kawałeczki sprzedawać osobno.
Chyba najwyrazistszym przykładem takiej strategii był Star Wars: Battlefront, który od wejścia zniechęcił do siebie rzeszę graczy atrakcyjną, ale niezwykle ubogą zawartością. Rzecz jasna, miały ją dopiero dopełnić wydawane przez kolejny rok rozszerzenia, ale takie pokawałkowanie sprawy nie wszystkim przypadło do gustu.
Bywa, że trudno nam przewidzieć, czy w dniu premiery będziemy mieli do czynienia z pełnowartościowym produktem czy ze skąpym wieszakiem na dodatki. Można, oczywiście, zaczekać na recenzje, ale wiemy dobrze, że opcja przedsprzedaży nierzadko jest zbyt kusząca, aby się jej oprzeć.
Na szczęście napotykamy kilka sygnałów ostrzegawczych, które mogą nas zaszczepić przeciwko zarazkom DLC. Jednym z nich jest zaskakująco wysoka cena przepustki sezonowej (tutaj znowu kłania się pan Battlefront, szczególnie w wersji na PS4). Inny z nich to zapowiedź kilku różniących się od siebie ceną i zawartością edycji.
Dobrym przykładem na tę drugą „czerwoną lampkę” jest Hearts of Iron IV, czyli zeszłoroczna kontynuacja drugowojennej podserii Europa Universalis. Szczerze mówiąc, nie byłem tak zdegustowany zachowaniem Szwedów od czasu XVII-wiecznego „potopu”. Oto bowiem okazało się, że hierarchia wojskowa obowiązuje nie tylko wśród żołnierzy, ale i graczy.
Najnowsze „serca z żelaza” wydano w pakietach kadeta, pułkownika i marszałka. Oczywiście o stopniu wojskowym nabywcy decydowało nic innego, jak zawartość jego portfela. A efekt całej koncepcji był taki, że uboższe w dodatki wersje wpędzały ich posiadaczy w przykry kompleks niższości względem bardziej dzianych kolegów.
Zresztą, zapowiedzią tego stanu rzeczy była już Europa Universalis IV, która w ciągu trzech lat, jakie minęły do premiery, doczekała się gigantycznego pakietu rozszerzeń. Ciekaw jestem, czy noworoczne newsy przyniosą nam zapowiedź nowej strategii od Paradox Interacive.
Jeśli będzie nią Europa Universalis V, to już mam propozycję nazw dla kilku dostępnych w przedsprzedaży edycji. Mogą to być na przykład pakiety „żebraka”, „trędowatego”, „giermka”, „wioskowego głupka” i jedyna zwierająca wszystkie dodatki wersja „niepodzielnego władcy świata”.
Opuszczając obszar „gdybania” i szwedzkich map, wrócę jeszcze na chwilę do odległej galaktyki, czyli Star Wars: Battlefront, ponieważ noworoczne plany EA obejmują wydanie drugiej części tej sieciowej strzelaniny. I w związku z tym pojawia się we mnie wątpliwość, czy sceptyczny odbiór „jedynki” okaże się skuteczną nauczką, czy też zostanie puszczony mimo uszu.
Jeśli rzeczywiście nikt nie wyciągnie wniosków z niedalekiej przeszłości, Star Wars: Battlefront II może pójść w ślady swojego poprzednika i okazać się jedynie pobieżnie naszkicowanym fundamentem kosztownej przepustki sezonowej. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ale z drugiej strony – czy głos tysięcy niezadowolonych graczy ma szansę przebić się przez warkot marketingowej machiny?
Płonące kalendarze
Na razie czarnowidzimy i czarnowidzimy, jak ten traktorzysta, co patrzył tylko na jedno zepsute koło, a nie zauważał trzech sprawnych. A nie można trochę bardziej optymistycznie? No, dobrze, spróbujmy. Załóżmy więc, że w procesie produkcyjnym danej gry wszystko poszło jak należy.
Wypuszczony na rynek tytuł nie jest ani klonem swojej poprzedniczki, ani też wersją demonstracyjną czekającą na zbliżające się DLC. W dodatku zadziwia nas jej poziom wykonania. No, no, można by się naprawdę ucieszyć! Ale czy nie przedwcześnie? Czyżby nawet tak dobry produkt dało się jeszcze zepsuć? A niby w jaki sposób?
Oj, panie i panowie, chyba nie doceniamy wydawców gier! Owszem, i w tej sytuacji można posłać do piachu nawet największe dzieło cyfrowej rozrywki. W 2016 roku spotkały nas co najmniej dwa takie przypadki i na wspomnienie ich obu wciąż jeszcze wzdycham melancholijnie.
Chodzi o duet mocno niedocenionych strzelanin, czyli Battleborn i Titanfall 2. Ich przykład pokazuje dobitnie, że niezłemu materiałowi na hit może podciąć skrzydła tylko i wyłącznie niefortunna data premiery.
I tak oto wojowniczy okrzyk rodzącego się Battleborna został zagłuszony przez chwytliwe onelinery ekipy z Overwatch. Premiery obu tych tytułów dzieliły jakieś dwa tygodnie, a duchowy następca Borderlands nie był w stanie wygrać pojedynku z blizzardowym FPS-em. Zamieć wymiotła konkurencję z pamięci graczy.
Z kolei Titanfall 2 znalazł się w podwójnie niekorzystnym położeniu. Kiedy gotował się do boju z podstarzałą legendą, czyli Call of Duty: Infinite Warfare, cios w plecy zadał mu jego własny wydawca, EA. A konkretnie chodzi o pełnego wigoru Battlefielda 1. Przygody tytanów i ich pilotów rozpychały się jak mogły między dwoma gigantami, ale koniec końców zostały przez nich zduszone.
Pewnie w 2017 roku też nie braknie tytułów potraktowanych po macoszemu, ale mam nadzieję, że nie stanie się tak za sprawą czegoś tak błahego, jak marny dobór daty. Jeśli tak, to równie dobrze wydawcy już teraz mogą spalić kalendarze i „z głowy” ustalać dni premier.
Może jednak należałoby podejść do tego z większą uwagą, bo starczy Vampyra usadzić między The Last of Us: Part 2 i Red Dead Redemption 2, żeby już na starcie przebić mu serce osinowym kołkiem. Trochę nieuwagi i Prey'owi spadnie na łeb Mass Effect: Andromeda, Ghost Recon: Wildlands i Sniper Elite 4 wspólnymi siłami ustrzelą Sniper: Ghost Warrior 3, a Tekken 7 znokautuje Injustice 2.
W gąszczu marketingowych hitów łatwo przegapić prawdziwy skarb, toteż warto jego położenie oznaczyć wyraźnym krzyżykiem na mapie premier. Zwłaszcza, że tytułów aspirujących do sławy nie braknie. Mało tego! Niektóre z nich już dawno tę sławę zdobyły, a mimo to znów pchają się na scenę, znowuż inne próbują wepchnąć się na nią nowoczesną technologią.
Marketingowo-koncepcyjnych akrobacji z pewnością nie braknie w 2017 i chciałoby się już przestać o nich myśleć, ale wciąż przypominają się coraz to nowe ich przykłady.
Mamona lubi odgrzewane
„Piosenki, które już słyszeliśmy” różne mają oblicza. Czasem są to kontynuację słynnych serii, a innym razem odświeżone wersje leciwych hitów.
W roku 2016 kilkukrotnie doświadczyłem potężnego deja vu, kiedy w moje ręce trafiły tytuły, które znałem jak własną kieszeń. Parę z nich zrobiło na mnie naprawdę spore wrażenie, jak na przykład odnowiony BioShock czy też Call of Duty: Modern Warfare Remastered. Inne natomiast sprawiły, że poddałem w wątpliwość całą koncepcję odgrzewanych hiciorów.
O ile więc pierwszy BioShock w swojej odświeżonej wersji zabrał mnie w sentymentalną podróż, o której od dawna marzyłem, o tyle jego młodszy braciszek, czyli BioShock Infinite rozczarował mnie niewielką skalą wprowadzonych zmian.
Podobnie zresztą sprawy się mają z kultowym Skyrimem. Niby to wzorcowy przykład remastera, ale z drugiej strony społeczność fanów tego tytułu podkreśla, że nieoficjalne mody pozwalały na osiągnięcie podobnego albo i nawet lepszego efektu.
W zasadzie istnieje tylko jeden tytuł, który gorąco chciałbym zobaczyć w nowej szacie graficznej w roku 2017. Jest nim zeszłoroczna Mafia III. Oczywiście jest to mało prawdopodobne, a ja mówię pół żartem, pół serio. Jednak prawda jest taka, że wolałbym, żeby twórcy gier serwowali nam dopracowane w najmniejszych szczegółach wersje premierowe, zamiast odgrzewać dawno przetrawione dania.
Ponadto cały trend odświeżania spotyka się z moim stanowczym veto, kiedy mowa o zachowywaniu oryginalnej mechaniki rozgrywki. Owszem, pierwsze Resident Evil w nowych szatach wygląda całkiem nieźle, ale cóż z tego, kiedy zagryzam nerwowo pada próbując znaleźć kolejne pokryte atramentem taśmy tylko po to, żeby zapisać grę.
Być może ortodoksyjnym wielbicielom wirtualnych staruszków odpowiada rozdzielanie grafiki od reszty rozgrywki i unowocześnianie tylko tej pierwszej. Stawiam jednak dolary przeciwko maszynom do pisania, że takiemu Capcomowi znacznie bardziej opłaciłoby się kreatywniejsze podejście do tematu.
Wierzę więc, że rok 2017 obrodzi w remastery, ale takie, które gruntowniej przebudują mechanikę, zamiast tylko bawić się w podmienianie tekstur. Niestety, i to moje życzenie maluje się w czarnych barwach.
Bierki w goglach
Twórcy remasterów lubią oglądać się za siebie, ale czasem warto też spojrzeć w przyszłość, a ta nosi inicjały VR. Gogle, przez które możemy podziwiać wirtualne światy, w roku 2016 odnotowały swój pierwszy sukces – trafiły do masowego odbiorcy. Stało się tak głównie za sprawą PlayStation VR.
Jednak gry wydawane z myślą o tej technologii obnażyły jej wciąż dosyć wyraźne ograniczenia. W zasadzie trudno mówić o tych tytułach „gry”. Należałoby raczej powiedzieć „mini-gierki”, bo jeśli chodzi o same projekty rozgrywki, to właśnie na takim poziomie się plasują.
Znajdziemy tu wprawdzie kilka perełek, takich jak Batman Arkham VR, Robinson: The Journey czy The Eagle Flight, ale nawet one pozostawiają wiele do życzenia. Noworoczne zapowiedzi VR-owych produkcji mogą być zwiastunem doskonalszej rozrywki z zastosowaniem nowej technologii, ale... No, właśnie, na dwoje babka wróżyła!
Kiedy patrzę na nadchodzące tytuły, najbardziej intryguje mnie Star Trek: Bridge Crew oraz Doom VR. Jednak i ten duet budzi moją niepewność. Obawiam się, że symulator mostka statku USS Enterprise będzie w gruncie rzeczy kolejną zabawą w naciskanie guzików i rozglądanie się po cyfrowych awatarach znajomych, zamiast kosmiczną przygodą z prawdziwego zdarzenia.
Nie inaczej podchodzę do wirtualnych przygód marsjańskiego Marine. Choć tym razem mam nieco inne zastrzeżenia. Jestem przekonany, że w tym przypadku dostaniemy pełnowymiarową grę. Problem w tym, że najprawdopodobniej będzie to klon ostatniego Dooma obleczony w VR-ową otoczkę. Co za tym idzie, mechanika pozostanie wciąż ta sama, a przecież gogle wprost domagają się eksperymentowania z nowymi rozwiązaniami.
Wierzę, że oba wspomniane tytuły dostarczą nam sporo mocnych wrażeń, ale nie sądzę, żeby przyniosły nam tę rewolucję, na którą chyba wszyscy po cichu liczymy. No, cóż, VR domaga się odważnych kroków, ale pewności nie ma, czy będziemy ich świadkami w roku 2017. Bardziej prawdopodobne, że doczekamy się wirtualnej wersji bierek albo czegoś równie wyrafinowanego.
Do siego!
Producenci robią swoje, wydawcy maczają w tym palce, a my... Co ponarzekaliśmy, to nasze! Wiele więcej z przemysłem gier nie da się zrobić. W każdym razie z perspektywy pojedynczych fanów wirtualnej rozrywki.
Wściekłość wciąż będzie w nas kipiała, a niejeden pad z hukiem roztrzaska się o ścianę. Widocznie tak już musi być. I nie wiem, czy zawsze tak nie było. Nie bez powodu od wieków mędrcy podkreślają, że nienawiść jest tylko rewersem miłości. A my przecież w gruncie rzeczy gry kochamy, choć czasami nie jest to łatwe.
Ja osobiście chciałbym z nowym rokiem pokusić się o apel do producentów i wydawców, powtarzając za Hanną Banaszak: nie zabijajcie tej miłości!