Dlaczego opłata reprograficzna to chory pomysł?

Opłata reprograficzna to chory pomysł. Kto tak naprawdę zapłaci te wyższe ceny i dlaczego mamy płacić jakieś podatki za nieudolnych artystów?

Image

Opłata reprograficzna. Kto mógł wpaść na tak chory pomysł?

Zdaje się, że ludzie, którzy wymyślili tę opłatę żyją w innej epoce. Skąd taki wniosek? Ano choćby stąd, że dziś coraz rzadziej pobieramy coś na dysk – zamiast tego wolimy skorzystać z któregoś z serwisów streamingowych. Taka sytuacja ma miejsce i w przypadku muzyki, i w przypadku filmów, i nawet w przypadku książek. Legalny dostęp do kultury stał się naprawdę tani – za mniej niż stówkę miesięcznie możesz mieć dostęp do milionów płyt (nie wyłączając z tego nowości już w dniu premiery), do najnowszych filmów i seriali oraz do tysięcy e-booków. 

Problemem, który istnieje i który nietrudno jest zauważyć, jest rozliczanie się właścicieli tychże serwisów z artystami. Ci ostatni – szczególnie niszowi – otrzymują śmiesznie małe wynagrodzenia za swoją twórczość z tego tytułu. Warto tu jednak przypomnieć, że polski rząd nie tak dawno nałożył dodatkowy podatek na platformy VOD (takie jak Netflix czy Player) – w wysokości 1,5 procenta rocznego przychodu z działalności w tym zakresie. Nie trzeba chyba dodawać, że już się mówi o wzroście cen takich usług. 

Ale o co w ogóle chodzi?

Chodzi o opłatę reprograficzną, a konkretnie o pomysł, by rozszerzyć ją o kolejne produkty. Jeśli to przejdzie (a czemu miałoby nie przejść?), to wkrótce za sprzęt zapłacimy od 1 do 4% więcej – tyle wyniesie rzeczona opłata (której rządzący usilnie nie nazywają podatkiem). 

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom na liście urządzeń objętych podatkiem nie znajdą się smartfony. Będą za to: odtwarzacze audio i wideo, telewizory i dekodery, laptopy i tablety, czytniki e-booków i aparaty, a także wszelkie nośniki pamięci: od pendrive’ów i kart SD, przez płyty CD, DVD i Blu-ray, po dyski HDD i SSD

Kto za to zapłaci, a kto na tym zyska?

Krótko mówiąc: jeśli na produkty zostanie nałożony podatek, to niechybnie wzrośnie ich cena, a więc to my, konsumenci za wszystko zapłacimy. Równocześnie wcale nie jest powiedziane, że faktycznie w ten sposób wspomożemy artystów. Ba, może być nawet tak, że ci ostatni odczują to w przeciwny sposób. – „Skoro już traktują mnie jak złodzieja, to będę piracić” – takie komentarze można już znaleźć w Internecie. Cóż, trudno się im dziwić. To trochę tak, jakby każdego wsadzić do pudła – ot, choćby na kilka dni – w końcu może być gwałcicielem. 

Swego czasu głośny sprzeciw wobec wprowadzeniu (czy raczej: rozszerzeniu) podatku wyraził Wojciech Buczkowski, prezes sklepu Komputronik.pl. Zwracał on uwagę na fakt, że pieniądze z tego tytułu najpierw trafią do ZAiKS-u będącego przecież prywatną organizacją, a dopiero do niego będzie należeć przekazanie kasy artystom. Widać tutaj pole do nadużyć.

Trafnie sytuację skomentował także były siatkarz Reprezentacji Polski, Marcin Możdżonek: 

Pieniądze szukane nie tam gdzie trzeba

Oczywiście – ze względu na to, że nie kupujemy płyt, lecz opłacamy „zbiorcze” abonamenty oraz z powodu możliwości korzystania z tych samych materiałów na różnych urządzeniach artyści rzeczywiście mogą nie zarabiać tyle, ile by chcieli. Tylko czy my wszyscy mamy ponosić tego konsekwencje? Czy to nie artyści powinni „dogadywać” się ze swoimi wydawcami czy choćby samym ZAiKS-em?

Można też pójść z tymi rozważaniami dalej: czy jeśli artysta nie jest w stanie się utrzymać ze swojej artystycznej działalności, to znaczy, że coś jest nie tak z konsumentem czy jednak z nim samym? Zwróćmy uwagę, że są artyści, którzy w dzisiejszych czasach radzą sobie wyśmienicie. To nie profesja dla każdego – zresztą jak każda inna. Problem może też leżeć głębiej, ale nakładanie dodatkowych podatków to nie rozwiązanie. 

To absurd, ale to nie artyści są źli

Podkreślmy jednak, że to nie artyści krzyczą o tym nowym podatku najbardziej. Wprowadzenie tej opłaty pokazuje ich jednak w takim świetle i trudno się dziwić, że im się obrywa. Tymi najgłośniej krzyczącymi są zaś organizacje, takie jak ZAiKS – i wracamy tu do tematu, który dopiero co poruszyliśmy. Najwyraźniej dostrzegły sposób na dodatkowy przychód i forsują swój pomysł. Cóż z tego, że argumentacja jest absurdalna… 

A absurdalna jest niewątpliwie. Kupując komputer za 5000 złotych, dorzucisz jeszcze dwie stówy do „artystycznej” skarbonki – nawet jeśli będzie ci służył tylko do pracy. I to tylko dlatego, że teoretycznie możesz go wykorzystać do kopiowania treści objętych prawem autorskim. 

Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!