Zamieć niesie huk eksplozji
Wszyscy kojarzą takie legendy świata gier, jak seria Diablo, kosmiczny RTS Starcraft czy obłędnie popularne MMO World of Warcraft. Choć tym tytułom Blizzard zawdzięcza swoją renomę, jednocześnie zamknęły one firmę w erpegowo-strategicznej szufladce.
Jak się okazało, rodzice Tyraela i Raynora nie zamierzali w niej tkwić. Mimo sceptycznych głosów i obaw ze strony fanów, zamieć postanowiła przywiać nam sieciową strzelaninę.
Parę dni temu mieliśmy okazję skosztować fragmentu Overwatch na PlayStation 4 na specjalnym, zamkniętym pokazie. Wyznam szczerze, że jeszcze przed moim małym tete-a-tete ze świeżynką Blizzarda, miałem wygórowane oczekiwania względem tego tytułu. Jednak pomyliłem się. Myślałem, że będzie bardzo dobrze. A jest jeszcze lepiej.
Jeden za wszystkich, wszyscy za gorylem
Pan po prawej wybiera futurystycznego kowboja, pan po lewej preferuje szybką jak błyskawica dziewczynę... Może kliknąć goryla? Oczywiście, czemu nie, ale wyświetlany na ekranie komunikat życzliwie doradza, żeby dobrać żołnierza wsparcia. Skąd ta troska menu Overwatch o odpowiednie zrównoważenie naszej drużyny?
W każdej innej grze wieloosobowej człowiek błyskawicznie decyduje się na najsympatyczniej wyglądającą postać, a następnie klika w przycisk „Gotowe”, żeby tylko jak najszybciej znaleźć się na polu bitwy i mordować innych graczy w swojskiej formule „defmeczu”. Tymczasem Overwatch daleki jest od takiej ułańskiej brawury i każe z nie lada namaszczeniem rekrutować wojaków do naszego składu.
Wynika to z faktu, że rozstrzelane maleństwo Blizzarda nie jest pierwszą lepszą chaotyczną jatką, w której wystarczy z odpowiednią werwą maltretować przyciski, żeby odnieść miażdżące zwycięstwo nad przeciwnikiem. Wielu twierdzi, że Overwatch to hybryda FPS i MOBA. Nie posunąłbym się aż tak daleko, ale podział obowiązków w obrębie drużyny nieco przypomina tę współpracę, jakiej doświadczamy chociażby w Heroes of the Storm.
Weterani Battlefieldów i CoDów oburzą się, że przecież w każdej porządnej strzelaninie kooperacja jest absolutną podstawą. Nie zaprzeczam! Podkreślam tylko, że w Overwatch jest to jeszcze silniej zaakcentowane. Nie będę jednak wdawał się w debaty czysto teoretyczne, a zamiast tego, sięgnę po rysowane komiksową kreską ilustracje.
Wdówka kręci z Eastwoodem
Śródziemnomorskie miasteczko. Słońce rozświetla uliczki wstrząsane eksplozjami. W ręku ściskam karabin snajperski. Od strony biało-niebieskiej bramy szarżuje potężny jak głaz Winston. Ciska na boki moimi kompanami z drużyny. Zanim i mnie spotka podobny los, zarzucam – przywodzącą na myśl Dying Lighta - kotwiczkę na jeden z murów i zajmuję korzystniejszą pozycję.
Celuję, celuję... Jednak nie strzelam, bo goryl-okularnik właśnie rozstawił nad swoją głową kopułę energetycznej tarczy. Trzeba czekać na odsiecz! Na szczęście ta jest punktualna, jak amerykańska kawaleria w finałowych scenach westernów.
Pod osłoną laserowego ognia zwinnej Smugi pojawia się Bastion, czyli mechaniczny żołnierz, który w mgnieniu oka transformuje się w stacjonarne działko. Wypluwany przez niego grad pocisków obraca w perzynę tarczę Winstona. Dopiero teraz mogę wejść do akcji. Kilka strzałów ze snajperki, a potem krzyżowy ogień Smugi i Bastiona wystarczają, żeby unieszkodliwić małpę z doktoratem.
Jednak do zwycięstwa jeszcze daleko. Odpalam zdolność specjalną Trupiej Wdowy – bo takie imię nosi kierowana przeze mnie postać, - dzięki której mogę zlokalizować przeciwników. Ci zaś zbliżają się ze wszystkich stron. W końcu Winston też zagrywał drużynowo...
Czas na zmianę scenografii, choć przykład jest równie wymowny. Tym razem zwiedzamy egipskie ruiny. Na tę okazję wcieliłem się w sobowtóra Clinta Eastwooda, rewolwerowca imieniem McCree. Colt w dłoni, cygaro w ustach i imponujący refleks – znacie ten klimat.
Jednak szybko okazało się, że żaden z tych bądź co bądź stylowych atrybutów na nic się nie zda. Przeciwnik zabarykadował się w świątyni Anubisa czy innego tatusia faraonów i nie puszcza przez wąskie drzwi. Na nic szybkie palce i zdolność błyskawicznego turlania się po parkiecie, skoro nie ma nawet jak przekroczyć progu budynku.
W tej patowej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak tylko zmienić bohatera. Wybór padł na wspomnianego już Bastiona. Może było to posunięcie nie do końca przemyślane, biorąc pod uwagę, że wybrałem bohatera idealnego do obrony w momencie, kiedy moja drużyna przystępowała do szturmu. Tym niemniej ten ruch przyniósł pożądany efekt.
Jeden z moich kompanów zastawił drzwi tarczą, tak że schowany za nią mogłem zamienić cielsko mojego cyborga w potężny kulomiot. Wprawdzie wroga drużyna wciąż zasypywała nas deszczem ołowiu, ale przynajmniej teraz my mogliśmy jej odpowiedzieć tym samym. Żywot mojej postaci prędko dobiegł końca, mimo leczniczych działań lewitującego robota-łapiducha, ale ten manewr wystarczył, żeby Smuga i Żniwiarz wdarli się do świątyni.
Zagrywki drużynowe w Overwatch pachną świeżością i tylko po części przypominają rozwiązania znane z innych strzelanek. Dzieje się tak za sprawą unikalnych dla każdego z bohaterów zdolności. Zatrzymajmy się przy nich na dłuższą chwilę.
Z oponą przez czas
Czego tu nie znajdziemy! Rozpływanie się w powietrzu, bombardowanie rakietami, autonaprawę, zamianę w działko, alpinistyczne wygibasy, akrobatyczne przewroty, granaty oślepiające... Każdy z zabijaków Overwatch posiada unikalne dla siebie zdolności zwykłe, jak również jedną umiejętność specjalną. Ta ostatnia – z grubsza rzecz ujmując, odpowiada mobowym „ultimate'om”. Zestawy tych talentów dzielą bohaterów na cztery klasy.
Pierwsza z nich zrzesza speców od mokrej roboty, których zadaniem jest przebicie się na tyły wroga, zlikwidowanie celu i szybka ucieczka. Obrońcy, czyli druga z klas, to żołnierze, którzy zajmują przyczółki wokół przejmowanych punktów, a następnie strzegą ich, czy to działkami stacjonarnymi, czy też ogniem snajperskim.
Do trzeciej kategorii zaliczamy twardych mięśniaków, których celem jest ściąganie na siebie ognia przeciwników (tak zwane tanki). Zostaje jeszcze wsparcie. W dużym uproszczeniu są to medycy podatni na ataki wroga, ale też niezwykle przydatni w ariergardzie.
Muszę przyznać, że kilka z umiejętności bohaterów Overwatch zrobiło na mnie spore wrażenie. I nie mówię jedynie o spektakularnych zdolnościach specjalnych.
Zachwyciła mnie między innymi możliwość cofania czasu, jaką dysponuje Smuga. Oczywiście, ten fenomen dotyczy tylko tej jednej bohaterki, ale i tak robi niezwykłe wrażenie. Kiedy znajdziemy się w szponach przeciwnika, starczy nacisnąć przycisk, żeby przywrócić utracone zdrowie i wrócić na poprzednią pozycję. Jak widać, Quantum Brake nie ma monopolu na igranie z czasem.
Druga z umiejętności, która przyciągnęła moją uwagę, jest interesująca może nie tyle ze względu na oryginalność samego pomysłu, co na jego zabawne wcielenie w życie. Pokraczny Złomiarz, który z powodzeniem mógłby się podawać za krewnego Jokera, tacha ze sobą na plecach olbrzymią oponę naszpikowaną kolcami.
Jego zdolność specjalna pozwala na zdalne sterowanie tym gadżetem oraz jego detonację przy dowolnie wybranej grupie wrogów. Zdalnie sterowana eksplodująca opona od tira naszpikowana kolcami? To musi zasługiwać na ogromnego plusa!
Jednak dystrybucja zdolności wśród bohaterów nie jest warunkowana jedynie rolą, jaka została im przypisana na polu walki. Każda postać jest wyrazista, spójna i potrafi już po pierwszym kontakcie głęboko zapaść w pamięć.
Możemy się identyfikować z bohaterami, którymi kierujemy, poznajemy ich słabe i mocne strony, uczymy się ich sposobów walki. Co więcej, wierzymy, że każdy z nich nie tylko świetnie sobie radzi na polu bitwy, ale też, że dźwiga na swoich barkach fascynującą historię. I konia z rzędem temu, kto oprze się pokusie, żeby ją poznać.
Przeżuwając korzenie
Blizzard musi być zdrowo szurnięty. Bo chyba tylko szaleniec po zbudowaniu od podstaw lochów Sanktuarium, galaktyk Starcrafta i barwnych krain Warcrafta porwałby się na wznoszenie od zera zupełnie nowego uniwersum. Heroes of the Storm było w pełni racjonalnym posunięciem. Mamy setki świetnych postaci i kilka olbrzymich światów, więc dlaczego by nie połączyć wszystkiego w jedną całość na arenach Nexusa? Bardzo rozsądny pomysł!
Ale Overwatch? Po tym wszystkim, czego już dokonaliśmy, stwórzmy zupełnie nowych bohaterów, którzy porwą za sobą tłumy. Wymyślmy im też futurystyczny świat zachwycający swoim pięknem.
Szaleństwo? Inaczej nie da się tego nazwać. Ale jest to ten rodzaj obłędu, jaki uwielbiamy! Trzeba nagrodzić twórców spod znaku zamieci gromkimi brawami za ich niezwykłą odwagę.
Jeszcze przed premierą mamy okazję podziwiać misternie wykonane animacje, które przybliżają nam historie poszczególnych członków zespołu Overwatch oraz ich przeciwników, jak też toczącą się w przyszłości batalię o równość między ludźmi i cyborgami.
Pierwszy z dostępnych filmików pokazuje kulisy reaktywacji oddziału pod komendą Winstona, natomiast drugi z nich to opowieść o pojedynku Trupiej Wdowy ze Smugą na tle politycznej przepychanki o lepsze jutro. Tylko czekać na kolejne elementy układanki, które pozwolą nam w pełni zrozumieć świat Overwatch.
Jak na mój gust, fabularna otoczka strzelaniny bywa momentami zbyt infantylna, ale przyznam też, że na swój sposób chwyta za serce. To prosta historia o świecie pełnym niesprawiedliwości, którego jedyną nadzieją jest ekipa zmęczonych życiem agentów. A wszystko to zostało okraszone urokliwą i niezwykle komiksową grafiką, która świetnie współgra z innymi tytułami Blizzarda.
Overwatch pociąga za spust
Zamieć chce nas porwać raz jeszcze. Tym razem w zupełnie nowej dla siebie konwencji sieciowego FPS-a. Na tę chwilę wszystko wydaje się być na jak najlepszej drodze do realizacji tego celu.
Overwatch nie zasługuje na miano nowej gry Blizzarda. To coś znacznie więcej. Na naszych oczach rodzi się uniwersum, które ma nas pochłonąć bez reszty. Taki w każdym razie jest zamysł twórców i już teraz widać, z jakim namaszczeniem jest on wcielany w życie.
Z ostatecznym werdyktem zaczekam, oczywiście, do premiery Overwatch, a na razie ograniczę się do krótkiej prognozy. Panie i panowie, radzę uważać, bo zamieć rośnie w siłę. Po 24 maja wyjście z domów może być znacznie utrudnione.
Ocena wstępna:
- drużynowa rozgrywka w pełnym tego słowa znaczeniu
- niezwykłe umiejętności bohaterów
- futurystyczne lokacje
- stylowa, komiksowa grafika
- intrygująca otoczka fabularna
- syndrom "jeszcze jednego meczu"
- dopracowane spolszczenie
- infantylne motywy fabularne mogą odstraszyć dojrzalszych graczy
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
bardzo dobry - Grywalność:
super