Wstępnie:
- Cieszy - mimo wszystko poziom oprawy graficznej; rozbudowany system rozwoju postaci; wciągające i ciekawe misje poboczne oraz ich ilość
- Smuci – początkowo źle poprowadzona narracja tutejszej opowieści; główny bohater niewywołujący żadnych emocji; kiepskie postacie drugoplanowe; grafika nie wyglądająca tak, jak obiecywano, a miejscami ocierająca się o poprzednią generację konsol
Tym razem nie będę się tu rozpisywał, jak bardzo czekałem. Czekał zapewne każdy, bo Watch Dogs zapowiadał się na niesamowicie apetyczny kawałek kodu. Niestety, entuzjazm i obłęd wywołany przez pierwszy zapis z rozgrywki nowej produkcji Ubisoftu z każdą kolejną publikacją na jej temat skutecznie malał. Co zdecydowanie najbardziej wzburzyło głodną przygód Aidena publikę, to zauważalnie gorsza oprawa graficzna, w porównaniu z fajerwerkami obecnymi na dziewiczej pokazówce, wyglądająca po prostu biednie. Był płacz, lament i zgrzytanie zębów, były i zapewnienia samych twórców, że gra wygląda tak samo. Premiera już za nami, jak więc mają się ich obietnice do rzeczywistości?
A tak, że Watch Dogs w żadnym miejscu nie wygląda tak, jak nam pierwotnie obiecano. Z drugiej jednak strony, to nie jest brzydka gra, a jej największą, wizualną bolączką jest właśnie ten nieszczęsny pokaz sprzed dwóch lat. Co prawda i tak nie możemy mówić tu o poziomie oprawy rodem z inFamous: Second Son (przynajmniej na PS4), ale nowe IP ojców Assassin’s Creed to w dalszym ciągu najpiękniejszy, multiplatformowy sandboks, jaki na chwilę obecną dostępny jest na rynku. Jakość grafiki na Playstation4 możecie zresztą ocenić sobie sami, odpalając przygotowaną przez nas, krótką pokazówkę. Sam o wizualnej stronie Watch Dogs mówię tam kilka dodatkowych zdań, więc tym bardziej zapraszam was na seans.
Ale przecież grafika to nie wszystko, bowiem Watch Dogs próbuje opowiedzieć nam jeszcze jakąś historię. I wstępnie muszę w tym miejscu zdradzić, iż początkowo wychodzi mu to absolutnie tragicznie. Bujający się po mieście w stylowym płaszczu haker jak dotąd nie dał mi się polubić, ale też niczym mi nie podpadł. Jego przywodzący na myśl amatora win do 5 zł głos raczej słabo radzi sobie z kreowaniem właściciela na modłę prawdziwego zakapiora, bo strzelam, że właśnie taki twórcy mieli w tym szalonym planie zamiar. Śmierć bratanicy, za którą mamy tu się brutalnie zemścić, na wstępie ukazana jest w tak oszczędny sposób, że po prawdzie nie zdążyłem za tę biedną sześciolatką nawet uronić łzy. Niektóre z postaci drugoplanowych wymykają się mojej obojętności, ale wygląd ich twarzy rodem z ostatniej części The Sims na pewno nie pomaga im na drodze do bycia wiarygodnymi osobami (patrz: siostra i siostrzeniec głównego bohatera).
Gdybym miał ocenić Watch Dogs tylko na podstawie pierwszych paru godzin, jakie dotąd udało mi się spędzić z tą produkcją, byłaby to ocena bardzo mierna. Ku mojemu zaskoczeniu, gra zaczęła jednak nabierać tempa, a mnie szybko udzielił się syndrom znany z poprzednich gier Ubisoftu. Zupełnie jak i w przypadku misji pobocznych trzeciej części Far Cry czy ostatniego Asasyna, również w wirutalnym Chigago dałem targać się od jednej misji pobocznej do drugiej. Minigierki oparte o pomysł rzeczywistości rozszerzonej, hakowanie terminali ukrytych na dachach i pobocznych alejkach, pomaganie bezbronnym czy ustawianie zasadzek na konwoje gangsterów, handlarzy organami czy złodziei samochodów – moc misji pobocznych jest w Watch Dogs przesilna!
Czy ostatecznie wystarczy to jednak, by „Paczącego Pieseła” uznać za produkcję dobrą, przekonam się po dotarciu napisów końcowych. Czekajcie na naszą wspólną recenzję. Ta pojawi się już wkrótce!