PlayStation VR
Do premiery Playstation VR pozostało już naprawdę niewiele czasu. Sony dwoi się i troi, by ich gogle wryły się w świadomość graczy. Ja, z pierwszego, zamkniętego pokazu wyszedłem bardzo pozytywnie zaskoczony, o czym mogliście przeczytać w moich pierwszych wrażeniach.
Może i oprawa graficzna nieco odstaje od tego co dotąd widziałem na pecetowym HTC Vive czy Oculus Rifcie, ale da się przeżyć. Szczególnie, że pod względem komfortu obsługi, jak dla mnie, starego okularnika PlayStation VR bije konkurentów na głowę.
Ale ja jestem już lekko stetryczałym graczem pamiętającym jeszcze czasy pierwszego boomu wirtualnej rzeczywistości. Przed moimi oczami przewinęło się w życiu już tyle gier, że czasami czuje się wręcz przesycony wrażeniami. Dlatego właśnie na kolejne spotkanie z Playstation VR wybrałem się ze swoimi synami. Wiadomo - „świeży umysł”, prostoduszność i te sprawy.
Żeby nie było, że wziąłem dzieciaki, które nigdy nie miały pada czy myszki w rękach (o ile to tylko możliwe mając takiego ojca:) wspomnę tylko, że jeden, ten starszy (14 lat) namiętnie łupie we wszystkie gry akcji i strzelaniny (oczywiście, w te na które mu pozwolę) ku mojemu zdumieniu co rusz wbijając kolejne „calaki” na Xbox One i platyny na Playstation 4.
Drugi, zaś młodszy (12 lat), zapalony pecetowiec ogarnia Fifę, World of Tanks, „minecrafty”, Team Fortressy, CS’y i całą resztę będących teraz na topie tytułów. Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że wbrew pozorom młodsze pokolenie to całkiem wymagający klienci.
Przekonałem się o tym zresztą podczas rozmowy prowadzonej już po całym pokazie, w czasie podróży do domu. Gdy zapytałem chłopaków o ich wrażenia z poszczególnych gier nie spodziewałem się tak konkretnych odpowiedzi. Co więc im się podobało? Cóż, każdemu co innego.
Zacznijmy jednak od początku czyli gier, w które można było zagrać. Tym razem było ich znacznie więcej niż podczas mojego pierwszego pokazu. Obok już znanej mi już gangsterskiej ucieczki - London Heist dostępne były także inne minigierki z pakietu Playstation VR World. Mogliśmy więc doświadczyć szalonego zjazdu na czymś w rodzaju deskorolki czy zejścia do morskich otchłani by zetknąć się tam oko w oko z olbrzymim Żarłaczem Białym.
Później zapuściliśmy się na obcą, pełną dinozaurów planetę w Robinson: The Journey, starliśmy się z hordami przeciwników w nowej odsłonie Battlezone, wzięliśmy udział w zawodach przyszłości w Rigs: Mechanized Combat League i pobawiliśmy się minigierkami w Playroom VR. Piszę „my”, bo i mnie kilkukrotnie udało się założyć PlayStation VR.
Dzięki dwóm stanowiskom z PlayStation VR uniknąłem niepotrzebnych sporów, bo każdy z moich synów mógł w spokoju, bez podszeptów brata (i tak częstego w tym wieku krytykanctwa) oddać się zabawie. I choć w zamieszczonym powyżej filmie widać, że byli mocno stremowani całą sytuacją (pierwszy taki pokaz w ich życiu), to z ich skupienia i uśmiechów da się odczytać, że gra sprawiała im sporą frajdę.
Co więc zrobiło na nich największe wrażenie? Battlezone i Robinson. W tym była pełna zgoda. Obaj stwierdzili, że chcieliby pograć w to dłużej. Obiecujący wydał im się szczególnie Robinson, ze wspinaniem się po hubach na drzewa i obserwowaniem tętniącego życiem prehistorycznego lasu.
Później ich gusta już nieco się rozmijały. Starszy zakochał się w London Heist, odkrywając, że podczas jazdy i strzelania można otworzyć drzwi(coś czego nawet ja nie widziałem), młodszego porwały zaś zabawy w Playroom VR. Przyznam szczerze, że i dla mnie ten tytuł okazał się sporym zaskoczeniem.
Wcześniej grałem w dwie minigierki, ale jakoś mnie nie porwały. Teraz, grając z synem, mogłem poczuć się po „drugiej stronie barykady” wpierw uciekając przed kierowanym przez niego potworem, później opisując mu wygląd przestępcy, którego ma zlikwidować. Bo cała istota zabawy polega tu na tym, że gracz z Playstation VR na głowie widzi co innego niż osoby siedzące przed telewizorem.
Widać to było najlepiej podczas minigierki zatytułowanej Kot i Mysz. Kot czyli gracz z Playstation VR, wychylając się zza zasłonki (w stronę telewizora) musi złapać mysz bądź myszy (sterowane przez pozostałych graczy). Radość mojego syna z udanego polowania to chyba najlepsza rekomendacja dla tego trybu.
Żeby nie było tak różowo – moi synowie do pochwał dosypali też garść wad. Po pierwsze – brak samouczków. Wynikało to jednak z pewnością ze specyfiki pokazu. Gry nie były w wersjach finalnych.
Minus numer dwa – zawroty głowy. Co prawda doświadczył ich tylko starszy i tylko w jednym tytule (Rigs), ale już to spowodowało, że z miejsca skreślił on tę pozycje z ewentualnej listy pożądanych przez siebie gier. Trzeci zauważony przez nich problem to nieco rozmywająca się miejscami ostrość obrazu.
Być może jest to kwestia ułożenia PlayStation VR na głowie, ale i ja doświadczyłem podobnego efektu. Co ciekawe jednak, obaj zgodnie stwierdzili, że choć grafika jest nieco gorsza niż to co dotąd widzieli na Playstation 4, to poziom pewnych detali potrafi zaskoczyć. Tak było między innymi w Ocean Descent, gdzie podczas pierwszego kontaktu z przepływającym rekinem widać przechodzące po jego skórze dreszcze.
No dobrze, ale jakie są wnioski końcowe? Czy moi synowie „zatwierdzili” zakup? Za odpowiedź niech posłuży prośba mojego syna, który po wizycie w głębinach poprosił o chwilę na uspokojenie nerwów. Takież to były dla niego emocje:)