Gwiezdne Wojny z uszami Myszki Miki
Działo się, oj, działo! Kiedy tylko w mediach ukazała się informacja o wykupieniu przez firmę Disney praw do Gwiezdnych Wojen, świat najpierw zastygł bez ruchu, a potem wybuchła wrzawa, jakiej nie pamiętali nawet najstarsi Jedi. Parafrazując klasyka: „Najpierw zapadła cisza, a potem rozległ się wrzask milionów istnień ludzkich”.
Zaraz też w Internecie zaroiło się od memów ze zdjęciami księżniczki Lei w przebraniu Śnieżki i Luke'a Skywalkera ozdobionego mysimi uszami. Jedni wieszczyli gwiezdnowojennej serii zagładę, natomiast inni byli bardziej powściągliwi w swoich prognozach.
Sytuacja stała się nieco jaśniejsza dopiero w dniu premiery części VII o tytule Przebudzenie Mocy, a niedawne pojawienie się na kinowych ekranach Łotra 1, czyli inauguracyjnej odsłony podserii Gwiezdne Wojny – historie, pozwoliło nam jeszcze lepiej zrozumieć disneyowską wizję dziedzictwa Lucasa.
Wprawdzie kontrowersji wciąż nie brakuje, ale przynajmniej teraz wiemy, na czym stoimy. I tym czymś nie jest księżniczka Leia z uszami Myszki Miki, ani nic równie absurdalnego.
Co nie zmienia faktu, że dalsze losy serii wciąż są dosyć mgliste. Ja sam mam w stosunku do nich spore wątpliwości... A w zasadzie „miałem” - do czasu, kiedy siedząc w knajpie nad którymś z kolei piwem poczułem, że Moc jest we mnie wyjątkowo silna.
Wtedy doznałem czegoś na kształt objawienia i w jednej chwili przyszłość stała się dla mnie tak przejrzysta jak ścianki szklanego kufla. Nie mam zamiaru taić mojej wizji przed światem i dlatego też w tym momencie upubliczniam jej treść! (Ostrzegam jednak na wstępie, że nie braknie tu spoilerów. Zarówno już istniejących Gwiezdnych Wojen, jak i tych, które dopiero powstaną.)
Rey na Dagobah, Finn w karbonicie
Metoda w-kółko-to-samo świetnie sprawdziła się w przypadku Przebudzenia Mocy, które jednocześnie było i kontynuacją, i powtórką z Nowej Nadziei. Disney dalej więc będzie kultywował tę nową świecką tradycję z następnych części czyniąc kopie kolejno Imperium Kontratakuje i Powrotu Jedi.
Epizod VIII zatytułowany Odwet Ciemnej Strony (albo coś w tym stylu, bo „kontratak” i „zemsta” są już zajęte) rozpocznie się atakiem sił Najwyższego Porządku na bazę Rebelii... tfu! Ruchu Oporu! Tam właśnie schronili się nasi bohaterowie po udanym szturmie na Starkillera.
Podczas bitwy z rąk żołnierzy Najwyższego Porządku ginie generał Leia Organa... Dlaczego? Powód jest dosyć oczywisty. I jakby się Disney nie zarzekał, że Carrie Fisher zdążyła przed śmiercią nagrać wszystkie sceny, można podejrzewać, że nie będzie ich zbyt wiele. Mówi się, że więcej, niż w Przebudzeniu Mocy? O to akurat nie trudno!
Ale wróćmy do naszej opowieści, która wciąż jeszcze rozbrzmiewa hukiem blasterowych dział. Po wzruszającej scenie, kończącej żywot księżniczki Lei, Finn wraz z Chewbaccą i pilotem Poe zwiewają z opanowanej przez szturmowców siedziby Ruchu Oporu.
Przed nimi staje zadanie dołączenia do reszty floty. Ponieważ jednak hipernapęd ich statku oberwał podczas ewakuacji, zmuszeni są obrać okrężną drogę. W tym miejscu przyda się jakiś trójkąt romantyczny, toteż najpewniej zabierze się z nimi na pokład córka lokalnych władców, którą nazwiemy umownie królewną Neią Orkaną.
Poe i Finn zabiegają o jej szlachetnie urodzone serduszko, a Chewbacca naprawia hipernapęd. Na pokładzie jest jeszcze R2D2 i C3PO, którzy włażąc wszędzie bez pukania skutecznie przeszkadzają obu rozochoconym panom w figlach z królewną (na litość Boską, w końcu to Gwiezdne Wojny, więc erotyka musi być ugrzeczniona!).
Spytacie, gdzie w tym czasie podziewa się Rey? Ona, naturalnie, zgłębia tajniki Mocy pod mentorską opieką Luke'a Skywalkera. Podczas tego treningu zdarza jej się wleźć do studni starej świątyni Jedi, gdzie ma niejasną wizję dotyczącą Kylo Rena, a także wyłowić z dna oceanu Sokoła Millenium. Na sam koniec nasza bohaterka stwierdza, że musi przerwać szkolenie, żeby ocalić swoich przyjaciół.
Luke próbuje ją powstrzymać, ale nie daje rady ani prośbą, ani siłą. Dochodzi do pojedynku na miecze świetlne między Rey i Skywalkerem, który kończy się zwycięstwem dziewczyny. Obezwładniony mistrz Jedi bezsilnie patrzy, jak jego zdolna uczennica odlatuje wysuszonym Sokołem Millenium w siną dal.
Wróćmy jednak do naszej wesołej ferajny z Chewbaccą na czele. Po długiej odysei, której jednym z etapów jest ucieczka przed kosmicznym homarem-gigantem, cała ekipa trafia do podwodnego miasta (tak dla kontrastu, żeby, broń Boże, nie kojarzyło się z Bespinem). Tam padają ofiarą bandziorów współpracujących z Najwyższym Porządkiem. Najpewniej tych samych, których mieliśmy okazję poznać w Przebudzeniu Mocy na pokładzie statku Hana Solo.
Prędko też w podwodnej metropolii pojawiają się szturmowcy i Kylo Ren. Jak się okazuje, ten ostatni obiecał wygrzebanej ze śmieciowego zsypu Starkillera Phasmie, że zdrajca Finn trafi w jej ręce. A czego pragnie syn Hana Solo? Chce zwabić na Besp... do podwodnego miasta Rey, żeby zemścić się za swoją zranioną w Przebudzeniu Mocy dumę.
Kiedy pojmanego Finna pretorianie Phasmy odprowadzają w kajdanach, Neia Orkana rozpaczliwym krzykiem wyznaje mu miłość. Jednak jej ukochany nie jest już w stanie odpowiedzieć. Robi to za niego Poe, zwracając się do królewny z szelmowskim uśmiechem: „On wie... Ale ja wiem swoje”.
W tym czasie do miasta przybywa Rey, żeby z marszu skrzyżować miecze świetlne z Kylo Renem. Po długim i wyczerpującym pojedynku mistrz zakonu Ren odcina dziewczynie nogę... A może ucho? W każdym razie coś jej odcina i uświadamia ją, że jest jego siostrą.
A ponieważ tego akurat nikt nie mógł się spodziewać, widownia jest w takim szoku, że nie ma sensu dalej ciągnąć fabuły. Napisy końcowe i szlagier Williamsa zamykają epizod VIII.
Odrodzenie Jedi, czyli część IX, rozpoczyna się od sekwencji ataku na siedzibę Phasmy, gdzie emerytowana pani oficer więzi Finna i każe mu paradować w złotych bokserkach. Po udanej misji ratunkowej nasi bohaterowie mogą skoncentrować się na nowym zadaniu, jakim jest zniszczenie odbudowanego Starkillera.
Jedynie Rey robi jeszcze szybką wycieczkę do Skywalkera, żeby wygarnąć mu zatajenie rodzinnych koligacji. Luke tłumaczy się troską o dziewczynę, która po zagładzie jego szkółki dla młodych Jedi została odtransportowana na Jakku i w ten sposób ocalona przed morderczymi zakusami Kylo Rena. Następnie stary mistrz umiera, bo tak właśnie robią ci rycerze, kiedy już powiedzą wszystko, co napisali dla nich scenarzyści.
Czas jednak wrócić do militarnych działań Ruchu Oporu! Finn wraz z Chewbaccą zajmują się niszczeniem generatorów podtrzymujących tarczę Starkillera 2.0, pogodzona ze zmarłym Skywalkerem Rey stawia czoło swojemu bratu, a dzielny pilot Poe oddaje życie za sprawę wlatując w sam środek gigantycznej broni Najwyższego Porządku. W międzyczasie Kylo Ren nawraca się na jasną stronę Mocy i podrzyna gardło Snoke'owi.
Całość kończy się wielką bibą, do której dołączają przypadkiem obozujące w okolicy Ewoki. Misiaki rozpalają ogniska, Rey zakłada nową akademię Jedi, a Finn wreszcie zdobywa serce królewny Nei.
Słowo daję, tak to będzie wyglądać! Moc objawiła mi te wydarzenia w całej ich złożoności. No, chyba, że nie wierzycie w tę starożytną religię i uznajecie ją za zwykłe „mumbo-jumbo”.
Miecz z latającego miasta
Mówiąc już całkiem serio, mam nadzieję, że najnowsza trylogia nie będzie tak kiczowata, powtarzalna i pełna fabularnych luk, jak moja fantazja na jej temat.
Mimo, że Przebudzenie Mocy wywołało sporo kontrowersji, trzeba też zauważyć, że zadało sporo pytań, które wprost domagają się odpowiedzi. Pokazano końcówki wielu nitek, ale na razie nie sposób powiedzieć, do jakich kłębków one prowadzą.
I jak żyć w tej niepewności, skoro pod znakiem zapytania stoją kwestie fundamentalne, takie chociażby, jak rodowód Rey, czy prawda o zagładzie akademii Skywalkera! Oprócz tego nie daje mi spać po nocach ów nieszczęsny miecz świetlny, który wylądował w galaktycznej knajpie, mimo że dwie części wcześniej przepadł w wielkiej rurze na Bespinie.
No, właśnie, a dodatkowo zastanawia fakt, że jakieś wspomnienie Miasta w Chmurach przetrwało zaklęte w tej broni Jedi, bo przecież Rey po dotknięciu jej w pierwszej kolejności widzi właśnie korytarze podniebnej metropolii.
Co jeśli część VIII Gwiezdnych Wojen ma zamiar retrospektywnie rzucić nowe światło na wydarzenia z Imperium Kontratakuje? To byłoby posunięcie nie do pomyślenia! A jednocześnie mogłoby się udać. Pomysły najbardziej szalone bywają też tymi najlepszymi.
Tylko sobie wyobraźcie, co by było, gdyby Disney ukazał nam całą prawdę o Bespinie. Może to, co widzieliśmy w Imperium Kontratakuje było tylko skrawkiem historii. Czyżby Vader powiedział coś jeszcze Luke'owi poza tym, że jest jego ojcem? Może czegoś nie usłyszeliśmy?
Tak, tak, na pewno młody Skywalker coś odkrył błądząc po kanałach wentylacyjnych podniebnego miasta... Już wiem! Przez przypadek wszedł do kwatery jakiejś „bespinianki” i …tak powstała Rey. Wprawdzie rękę mu odcięto, no ale inne organy mogły działać bez zarzutu, prawda?
No, dobrze, dobrze, miało już być bez żartów. Zwłaszcza, że sprawa jest poważna. Niejeden fan gotów ukamienować twórców z Disneya za grzebanie w oryginalnej trylogii. Ale jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko. (Przeciwko grzebaniu w starych Gwiezdnych Wojnach, rzecz jasna. Od kamieniowania się odcinam)
Moim zdaniem tego typu odważne posunięcia, jeśli są wykonane z klasą, mogą wnieść naprawdę spory powiew świeżości do całej sagi. Pewnie nie jest to szczególnie popularny punkt widzenia, ale z kolei dla mnie jest coś niezrozumiałego w fali oburzenia względem abramsowych „odchyleń od aktualnie obowiązującej linii partii”, czyli gwiezdnowojennego kanonu.
Innymi słowy, mówię o głośnej chryi z tak zwanym „expanded universe”. Owszem, Disney lekceważy sobie mitologię przez lata budowaną w komiksach czy też grach, ale z drugiej strony, cóż w tym złego? Ja w każdym razie nie do końca to rozumiem.
Bo przecież z jednej strony fani Star Wars zarzucają Przebudzeniu Mocy, że powtarza to, co wszyscy już i tak dobrze znają. Z drugiej zaś – oburzają się, że ten film układa całą odległą galaktykę na nowo, zamiast po prostu iść po śladach „expanded universe” i przenosić na ekran to, co jest od lat znane. Czy tylko ja widzę w tym pewną niespójność?
Poza tym, dlaczego po prostu nie cieszyć się, że opowieść rusza w kilka stron jednocześnie? Zamiast jednej historii powtarzanej na różne sposoby, dostajemy cały wór różnych jej odmian. W końcu, kto powiedział, że Gwiezdne Wojny muszą posiadać jedną, jedyną dogmatyczną wersję?
Oczywiście, zaraz znajdzie się całe mnóstwo kontrargumentów, ale nie czas teraz drzeć szaty o „expanded universe”. I tak obie strony głęboko okopią się na swoich pozycjach i o żadnym przekonywaniu, ani tym bardziej kompromisie, nie może być mowy. Tym niemniej Disney musi dostrzec ten w gruncie rzeczy ogólnoświatowy spór między zwolennikami różnych wizji Star Wars i okazać mu odpowiedni szacunek.
Dlatego też przed Disneyem stoi nie lada zadanie takiego poprowadzenia Gwiezdnych Wojen, żeby w nurcie dyskusji nie nadziać się na jakąś wyjątkowo niebezpieczną rafę i na dobre nie przebić kadłuba tej leciwej łodzi zbijanej jeszcze przez Lucasa. Ta ostrożność musi odcisnąć swoje piętno na każdej tajemnicy, jaką zasygnalizowało nam Przebudzenie Mocy, czyli na pochodzeniu Rey, historii bespinowego miecza, a nawet tożsamości Snoke’a.
Snoke… Skoro już się zgadało o tym panu, dodam, że obok wiadomego miecza świetlnego, to właśnie on wzbudził moje największe zainteresowanie. W końcu główny szwarccharakter musi być Kimś. Tak jest, przez duże „K”. Kylo Ren ma swoich rodziców, którzy dają mu odpowiedni status w całej sadze. Ale co ze Snokiem?
W zasadzie możliwości są dwie – albo jest to ktoś, kogo znamy, albo zupełnie nowa postać. Osobiście przychylałbym się raczej do tej pierwszej opcji. Nie tylko dlatego, że to podkarmiłoby żywiący się zwrotami akcji suspens, ale też z powodu okaleczonej twarzy Snoke’a, która stanowi idealne alibi. Niby mamy faceta przed oczami, ale ze względu na oszpeconą facjatę, nie jesteśmy w stanie go rozpoznać. Klasyka gatunku!
No dobrze, ale jeśli to ktoś znany, to kto? Na wpół przetrawiony przez Sarlacca Boba Fett? Wątpliwe! Trudno mi sobie wyobrazić byłego cyngla w roli spadkobiercy Sithów. Może więc Hrabia Dooku? To by się zgadzało, ale po pierwsze on nigdy nie stał się postacią szczególnie kultową, a po drugie… Ręce jeszcze by mu jakoś przyszyli, ale głowę? Zostawmy więc Dooku.
Kto jeszcze jest na liście podejrzanych? Może Darth Vader? Nie, nie, to już zupełnie absurdalne! On się przechrzcił na jasną stronę Mocy i niewybaczalnym okrucieństwem byłoby ponowne oddanie go na pastwę złu. Poza tym on też nie żyje.
Może więc…? Zaraz, zaraz, czyżby najciemniej było rzeczywiście pod latarnią? Tak, tak, Panie i Panowie, mój typ to nikt inny, jak stary, poczciwy Imperator. Powiecie, że to też mało prawdopodobne. Odpowiem: racja, ale czy niemożliwe?
Niby mistrz Lorda Vadera zginął na drugiej Gwieździe Śmierci, ale ja dowodów na to nie widziałem! Pokażcie mi jego trupa, a uwierzę. Poza tym, skoro już Palaptine obnosił się przez całą Zemstę Sithów z tym, że wie, jak przechytrzyć śmierć, to mógłby wreszcie pokazać, ile ta wiedza jest warta w praktyce. A czy mogła się nadarzyć po temu lepsza okazja, niż jego swobodny lot w technologiczne bebechy Gwiazdy Śmierci?
Owszem, to by przekreślało cały finał Powrotu Jedi i unieważniało bohaterską śmierć Anakina. Wszystko to prawda! Z drugiej strony, jestem przekonany, że Disney trzyma w zanadrzu jeszcze niejedną niespodziankę. I to taką, która zbulwersuje fanów Gwiezdnych Wojen nawet bardziej, niż fryzura Kylo Rena.
Boba geszefciarzem i inne opowieści
Nie samymi Gwiezdnymi Wojnami człowiek żyje. Są jeszcze Gwiezdne Wojny – historie! Plany Gwiazdy Śmierci już spoczywają w rękach komputerowo wygenerowanej Lei, a przed nami kolejne opowieści. Wiadomo już prawie na pewno, że dwa następne filmowe „spin-offy” dotyczyć będą młodego Hana Solo i Boby Fetta (jak mniemam, w dowolnym wieku).
Trochę szkoda, bo liczyłem na to, że jednak Disney dalej będzie ekranizował żółte napisy ze starej trylogii. Co jeszcze moglibyśmy zobaczyć? Może przygody oddziału specjalnego, który szuka nowej bazy dla Rebelii po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci i trafia wreszcie na lodową planetę Hoth, gdzie musi stoczyć bitwę z hordami bestii Wampa.
No dobrze, dobrze, sarkazm na bok. Han Solo i Boba Fett! Wróćmy do tych dwóch panów. Zacznę od sympatycznego przemytnika, którego uwielbiałem już od momentu, kiedy posłał do piachu Greedo. Ale mam duże wątpliwości, czy film o jego przygodach bez udziału Harrisona Forda ma szansę na sukces.
A można być pewnym tego, że Ford w tej historii nie zagra, skoro zgodnie z zapowiedziami chodzi o młodego Hana Solo. Zastąpi go Alden Ehrenreich. Chociaż trochę żałuję, że Disney nie pokusił się o komputerowe zmajstrowanie głównego bohatera. W końcu panowie od Myszki Miki już w Łotrze 1 udowodnili, jakie cuda potrafią wykrzesać ze swoich kompów. Mój Boże, przecież CGI-owa Carrie Fisher wyglądała wypisz, wymaluj jak… CGI-owa Carrie Fisher.
Dla formalności - mówię o tym z dużym przymrużeniem oka. Jakkolwiek chciałbym, żeby było inaczej, tej technice jeszcze daleko do doskonałości. O ile stworzone za jej pomocą postacie drugoplanowe jakoś ujdą w tłoku, o tyle trudno sobie wyobrazić – dajmy na to – pierwszoplanowego Hana Solo o mimice gubernatora Tarkina z Łotra 1.
Co za tym idzie, pewnie będziemy musieli się pogodzić z nowym odtwórcą roli legendarnego przemytnika. Zaraz, zaraz… Chyba trochę przesadzam, bo ani „musieli”, ani „pogodzić”. W każdym razie ja nie zamierzam. Disney’owi trzeba będzie się naprawdę postarać, żeby mnie przekonać do odświeżonego oblicza Hana Solo. Zresztą, nie tylko mnie, ale i miliony innych fanów. Inaczej wytwórnia od Myszki Miki wyjdzie na tym filmie jak Zabłocki na karbonicie.
A co z Bobą Fettem, czyli słynnym łowcą głów? Mógłby go pewnie zagrać odtwórca Jango Fetta z części II, bo przecież obaj panowie, ze względu na identyczne DNA, wyglądają tak samo. Z drugiej strony czy ma to aż tak duże znaczenie?
W końcu Fetta Junior ani się za często nie pokazuje, bo woli chować się pod pancerzem, ani nie gada zbyt wylewnie. Co ciekawe, mimo skromnej ekspresji zdołał on przejść do legendy jako jeden z czołowych czarnych charakterów Gwiezdnych Wojen. Nie bez powodu wystąpił w aż czterech filmach z serii.
Czterech? To się zgadza? Czasem trudno zliczyć, bo tak jak niegdyś do wszystkich zdjęć doklejano niefortunne selfie Jacka Kurskiego, tak od pewnego momentu wszędzie zaczęto dodawać Bobę Fetta. Mówię tutaj głównie o Lucasie, który wciskał go w starą trylogię, w jej cyfrowe „poprawki” i wreszcie w epizody od I do III.
Solo rozmawia z Jabbą, a kto stoi obok? Boba Fett! Kapela śpiewa dla Hutta, a kto się czai w tłumie? Boba Fett! Anakin figluje pod kołdrą z Padme, a kto się wymyka z szafy? Boba Fett! Jednak ten trend doskonale oddaje popularność małomównego łowcy nagród.
Nie jestem wprawdzie jego największym fanem, ale sam też z chęcią zobaczę film o perypetiach Boby Fetta. Obawiam się tylko, czy ten milczek w zbroi zdoła utrzymać na swoich barkach fabułę pełnego metrażu. Z drugiej strony – jeśli Disney pokaże ludzkie oblicze Boby, to cały czar może prysnąć.
Oczywiście, istnieje też inne zagrożenie. Takie, że jednak będziemy mieli do czynienia z ekranizacją żółtych napisów z Powrotu Jedi. Tym samym głównym bohaterem stanie się transportowany w karbonicie Han Solo. Natomiast Boba Fett będzie z jednej strony mydlił oczy Imperium, tak żeby, mimo obietnic, nie zwinęli mu zamrożonego przemytnika sprzed nosa, z drugiej zaś ubijał interes z Jabbą. Był już pierwszy gwiezdnowojenny film wojenny, teraz czas na thriller ekonomiczny!
Jak widać, przygody Boby Fetta wcale nie są tak łatwym tematem, jak można by przypuszczać. Wprawdzie i tak w mojej opinii wyglądają one bezpieczniej, niż opowieść o młodym Hanie Solo, ale to wcale nie oznacza ich pewnego sukcesu. Czas pokaże! Mam tylko nadzieję, że Łotr 1 nie stanie się najlepszą odsłoną cyklu Gwiezdne wojny – historie. Niezależnie od oceny tego filmu, zawsze warto liczyć na tendencję zwyżkującą.
Dawno, dawno temu w wypożyczalni kaset wideo
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych w moim rodzinnym mieście było zaledwie kilka wypożyczalni kaset wideo. Wbrew oczekiwaniom moim i moich kolegów – teraz nie ma żadnej. Wtedy sądziliśmy, że za dwadzieścia lat będzie ich całe mnóstwo.
Jednak nie chodzi w tej opowieści o wzlot i upadek nośnika VHS, ale o Gwiezdne Wojny. Spośród wszystkich tych wypożyczalni dwie posiadały kasety z Nową Nadzieją i Powrotem Jedi, a tylko jedna z Imperium Kontratakuje.
Chcąc obejrzeć któryś z tych filmów, trzeba było zapisać się na listę, bo kopii było tyle co kot napłakał i co rusz znajdowały się w rękach innego mieszkańca tej kilkudziesięciotysięcznej miejscowości.
Czasami jednak udało się dorwać któryś z unikatowych egzemplarzy i wtedy rozpoczynała się prawdziwa gwiezdnowojenna biesiada. Wprawdzie taśma była tak przeorana przez wszystkie magnetowidy w mieście, że trudno było odróżnić księżniczkę Leię od Chewbacci, ale w niczym to nie przeszkadzało.
Lektor beznamiętnym głosem czytał: „To ja, czerwona piątka, melduję się” i zabawa była na całego! W każdym razie dopóki taśma po przejściach nie wkręciła się w mechanizm odtwarzacza.
Wspominam tę anegdotę nie tylko ze względu na jej sentymentalną wartość, ale też dlatego, że w cudowny sposób kontrastuje ona z obecną gwiezdnowojenną klęską urodzaju. Oto mamy serię główną, Gwiezdne Wojny – historie… No, może w grach ciągle jeszcze trochę brakuje, ale z drugiej strony Star Wars: Battlefront to rzetelna pozycja dla fanów FPS-ów, natomiast The Old Republic satysfakcjonuje dużą część wielbicieli RPG.
Ilekroć więc narzekam na Łotra 1, ze znudzeniem patrzę na maskotki BB8 wysypujące się z każdego sklepu, czy też czarno widzę przyszłość podserii Gwiezdne Wojny – historie, przypominam sobie te czasy, kiedy po kasetę z Nową Nadzieją trzeba było się rejestrować dobry miesiąc przed planowanym seansem.
Jak odmiennie jest teraz! I może epizod VIII okaże się klapą, przemysł growy nie uraczy nas żadnym hitem, a Han Solo i Boba Fett rozczarują nas dedykowanymi im filmami – kto wie! Ale, prawdę powiedziawszy, wolę Gwiezdne Wojny w nadmiarze, nawet jeśli czasem będą trudne do strawienia, a innym razem zwyczajnie nieudane. Ważne, że w ogóle są.