Test Samsunga HW-N650 - wybitnego soundbara „na fali”
W soundbarze Samsunga HW-N650 debiutują falowody. Jak sprawdza się to rozwiązanie? Czy soundbar ten wart jest zakupu? Sprawdziliśmy to w poniższym teście. Oto wyniki i nasza opinia.
Test Samsunga HW-N650
Choć falowody nie są nowym rozwiązaniem, ich debiut w soundbarach marki Samsung ma miejsce właśnie w modelu N650. I choć z debiutami bywa różnie, okazuje się, że kalifornijscy inżynierowie dopilnowali, aby N650 nie rozczarował.
Soundbary oznaczone cyfrą „6” to średnia klasa w ofercie Samsunga. Belki z tej serii plasują się pomiędzy popularnymi modelami z serii 5, a bardziej zaawansowanymi z serii „7”.
Litera „N” oznacza urządzenie z gamy na rok modelowy 2018 (modele z 2017 roku miały w nazwie „M” lub „MS”).
Konstrukcja
Samsung HW-N650 to na pierwszy rzut oka typowa, dwuelementowa konstrukcja ...
... składająca się z długiej na 110 cm belki ...
oraz średniej wielkości subwoofera.
Belkę wykonano z solidnego tworzywa sztucznego, a od frontu i góry pokryto metalową siatką zabezpieczającą. Pierwsze wrażenie jest pozytywne: belka prezentuje się atrakcyjnie.
Producent nie podaje szczegółowych informacji o liczbie ani rodzaju przetworników. Sądząc po liczbie wzmacniaczy i przy założeniu, że na jeden przetwornik przypada jeden wzmacniacz, można wnioskować, że przetworników jest osiem: na frontowej ściance mamy 3 pary po 2 przetworniki, a w każdej parze wysokotonową kopułkę oraz owalny przetwornik szerokopasmowy.
Z kolei w głębi belki umieszczono dwa specjalne przetworniki „super” wysokotonowe, które promieniują falę dźwiękową do specjalnych rurek zwanych falowodami. Każdy z nich ma 28 otworów o rosnącej średnicy (otwory bliżej przetwornika mają mniejszą, a dalsze większą średnicę), co ma zapewnić stały poziom ciśnienia akustycznego z każdego otworu.
Inaczej mówiąc, falowód to jakby wirtualna matryca przetworników wysokotonowych gdzie każdy otwór działa jak pojedynczy przetwornik, emitując wysokie częstotliwości w kierunku ścian i odbijając dźwięk w kierunku słuchacza.
Poniżej, dla porównania, system falowodów w znacznie krótszym Philipsie Fidelio B1, którego test opublikowaliśmy się w marcu 2017 roku.
Na przedniej ściance belki, z prawej strony, znajduje się wyświetlacz, który podaje informacje o głośności, źródle sygnału, trybie pracy (standard, surround, gra/game), ustawieniu korektora (wysokie/treble, niskie/bass) itp. Jasności wyświetlacza nie można regulować, ale wyłącza się on po kilku sekundach, dzięki czemu nie razi w oczy w ciemnym pomieszczeniu.
Oprócz przetworników i wyświetlacza, w środku belki znajduje się płyta główna ze wzmacniaczami klasy D i scalakiem DSP.
Z kolei w subwooferze pracuje pojedynczy niskotonowy głośnik z okrągłą membraną stożkową o średnicy 16,5 cm ...
... wspierany przez kanał basrefleksu mający ujście na tylnej ściance obudowy.
Z kolei nadajnik zdalnego sterowania jest przeróbką pilotów z telewizorów Samsunga.
Jest dość wygodny w obsłudze, z wyjątkiem dwóch przycisków „VOL” i „WOOFER”, które są kanciaste, stosunkowo głośne i sprawiają mniej korzystne wrażenie w porównaniu z resztą, w większości zgrabnych, okrągłych gumowych przycisków.
Samsung HWN650 - parametry techniczne
| Samsung HWN650 | |
| przetworniki w belce | brak oficjalnych danych |
| przetworniki w subwooferze | 1 x 16,5 cm |
| basrefleks | tak |
| moc całkowita | 320W (w tym 160W w subie) |
| pasmo przenoszenia | 42-20000Hz (spadek - b.d.) |
| odstęp sygnału od szumu | brak danych |
| szerokość belki | 110 cm |
| wysokość belki | 5,9 cm |
| głębokość belki | 100 cm |
| wymiary subwoofera (w x s x g) | 38,5 x 21,5 x 30,4 cm |
Gniazda
Samsung HW-N650 posiada następujące złącza:
- 2 x HDMI
- 1 x USB
- 1 x optyczne
- 1 x wejście 3,5 mm.
Łączność
Bezprzewodową komunikację zapewnia soundbarowi N650 Bluetooth. Za pomocą Bluetootha można też kontrolować soundbar poprzez aplikację Samsung Audio Remote. Brak Wi-Fi czy złącza Ethernet.
Instalacja i obsługa
N650 przyjechał do redakcji już sparowany, a z jego obsługą nie było żadnych problemów.
Dźwięk stereo, muzyka
Soundbary zawsze zaczynam testować na swój własny sposób: jeżeli mam do czynienia z dzielonym urządzeniem, tj. dwuelementowym, składającym się z osobnej belki i osobnego subwoofera, najpierw odłączam tego drugiego i słucham samej belki. W ten sposób łatwiej mi ustalić jak nisko schodzą średnie tony i w którym mniej więcej miejscu pasma pałeczkę przejmuje subwoofer. N650 testowałem zaraz po N400 i oczywiście pierwszą rzeczą, którą zauważyłem było to, że średnie tony były w N400 nieco pełniejsze. N650 ma niższą obudowę, w związku z czym przetworniki mają inną wielkość (są mniejsze). Różnica nie jest duża, ale wychwytywalna, bo część reprodukcji środka pasma zostaje oddelegowana do suba. Częstotliwość podziału wydaje się dobrana dobrze i nie zauważyłem negatywnego zjawiska „bilokacji głosów”. Pomimo ww. uwag, generalnie środek pasma został oddany dobrze, choć głosy mogłyby być ciut pełniejsze, bowiem, zwłaszcza męskie, wydają się być lekko odchudzone. Pomimo tego, włączenie suba przywraca równowagę. Im dłużej słuchałem N650, tym bardziej uświadamiałem sobie, że N400 i N650 wyszły spod ręki tego samego konstruktora.
Uogólniając, zaryzykowałbym stwierdzenie, że soundbary Samsunga grają trochę po jaśniejszej stronie neutralności i nie są tak ocieplone jak soundbary Yamahy, które miałem okazję testować. Grajbelki Samsunga są bardzo precyzyjne, tzn. słychać, że inżynierowie kierowali się głównie pomiarami, a nie tylko i wyłącznie subiektywnymi odczuciami ‒ zresztą trudno się dziwić, przecież członkostwo Allana Devantiera w AES w końcu do czegoś zobowiązuje. W trakcie odsłuchu N650 było jasne, że konstruktorzy N650 nie silą się na reprodukcję jakichś tam audiofilskich smaczków czy masujących brzuchy mięsistych basów. Dźwięk jest precyzyjny i zawsze dobrze kontrolowany. Bas jest szybki, dość konturowy, całkiem potężny, nisko-schodzący, ale na szczęście nigdy nie dudniący, nawet jeśli postawimy grajpudło blisko ściany. Moim zdaniem, inżynierowie Samsunga wykonali tu (znowu) kawał dobrej, solidnej roboty.
Czasem, w trakcie dłuższych sesji odsłuchowych łapałem się na tym, że wysokie tony zaczynały mnie trochę męczyć, w związku z czym redukowałem ich intensywność z fabrycznego „0” do „-1”, czasem nawet do „-2” (regulacja działa bardzo łagodnie). Generalnie nie wychodziłem poza przedział „-3” - „+1”, oczywiście zależnie od rodzaju muzyki i jakości jej realizacji. Jeśli chodzi o bas z subwoofera, to jego zakres (opcja "woofer: na pilocie) ustawiałem w przedziale od „0” do „+3”. Ogólnie rzecz biorąc, jakość brzmienia N650 oceniam na solidną szkolną czwórkę w starej szkolnej skali 2-5. N650 to kawał naprawdę dobrej inżynierskiej roboty.
W kategoriach absolutnych, oprócz oczywistych ograniczeń w reprodukcji dynamiki wynikających z koncepcji produktu, dźwięk zdawał się trochę zbyt suchy, a N650 mógłby lepiej różnicować barwy głosów i instrumentów ‒ brakowało mi trochę alikwotów, powietrza i innych audiofilskich smaczków, ale przecież trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z urządzeniem popularnym w cenie jednego średniej jakości audiofilskiego kabla połączeniowego! Próbując krótko podsumować N650 powiedziałbym, że to najwyższej klasy (powtarzam: najwyższej klasy) rzemieślnik. Wybitny rzemieślnik, ale jeszcze nie artysta. N650 oferuje bardzo dobry dźwięk, wolny od przejaskrawień na jednym krańcu pasma oraz od zdudnień na drugim. W cenie 1700 złotych naprawdę trudno się do czegoś przyczepić zwłaszcza, że "na deser" dostajemy przecież jeszcze dźwięk przestrzenny.
Dźwięk przestrzenny
Efekty przestrzenne oceniałem na dwa sposoby: w pomieszczeniu zastanym oraz w tym samym pomieszczeniu, lecz akustycznie zaadoptowanym. Oto pierwsze wrażenia w pokoju zastanym:
1. W klipie demonstracyjnym z filmu „Everest”, w scenie z burzą, było słychać spore uprzestrzennienie dźwięku: wydawało się, że niesione wiatrem piasek i drobne kamyki odbijają się od ekranu mojego telewizora i unoszą gdzieś do połowy ekranu. Było to dość sugestywne, ale wielkiej przestrzeni nie było mowy.
2. Z kolei w scenie z filmu „Unbroken”, gdy bombowce są atakowane przez myśliwce „zero”, dźwięk przelatującej maszyny nie był związany z płaszczyzną belki, lecz słychać go było z wyższego miejsca ‒ gdzieś na poziomie górnej krawędzi telewizora. Nie była to jakaś wielka przestrzenność, ale i tak dużo lepiej niż typowe brzmienie "zakopane" gdzieś w samej grajbelce.
3. W klipie „747 demo” (start jumbo jeta) dźwięk bardzo ładnie wypełnił obszar nawet trochę nad telewizorem. Zabrzmiało to intrygująco ‒ nie był to dźwięk stricte przestrzenny, lecz jakby nieco uprzestrzenniony w stosunku do standardowego, którego pozornego źródła nie można było zlokalizować w belce, lecz gdzieś pół metra nad nią. W sumie nieźle, ale szału nie było.
Po tych wstępnych doświadczeniach postanowiłem dokonać pewnych zmian. Znaczącą poprawę jakości dźwięku przestrzennego przyniosła adaptacja akustyczna pomieszczenia. Ponieważ mój 17-metrowy pokój jest, z akustycznego punktu widzenia, raczej mało symetryczny (tj. po prawej stronie soundbara znajduje się komoda ze szklanymi drzwiczkami natomiast jego po lewej stronie znajdują się elementy wyposażenia znacznie bardziej pochłaniające i rozpraszające dźwięk, postanowiłem ustawić przy obu ścianach bocznych, symetrycznie względem grajbelki, dwie twarde powierzchnie odbijające fale dźwiękowe. Do dyspozycji miałem dwa blaty o wymiarach 120x80 cm i ich właśnie użyłem.
Cóż za różnica! Dźwięk uległ niesamowitej poprawie - byłem zaskoczony jak w demo śmigłowca przesunął się on znacznie bardziej w lewo. Przed adaptacją śmigłowiec poruszał się gdzieś 30-40 cm od lewej krawędzi belki, natomiast po dostawieniu blatów obiekt ten przesunął się znacznie dalej - nawet na odległość 1,5 m, czyli na odległość ponad trzy razy większą. W związku z tym zalecam wszystkim użytkownikom N650 ustawić go tak, aby promieniował wzdłuż dłuższej osi pomieszczenia i aby linia będąca przedłużeniem dłuższej osi symetrii belki trafiała w punkt na płaszczyźnie silnie odbijającej falę dźwiękową. Najlepiej aby była to powierzchnia niezameblowana, po prostu goła ściana, ewentualnie drzwi lub jakieś inne jednolite powierzchnie mocno odbijające dźwięk. To właśnie w takim pokoju wydobędziemy z N650 maksimum jego możliwości. Mój pokój został umeblowany pod kątem tradycyjnego odsłuchu stereo za pomocą pary klasycznych zestawów głośnikowych, w związku z czym w pierwotnym ustawieniu nie mogłem wykorzystać możliwości drzemiących w N650. Po niewielkiej adaptacji (tymczasowej, na czas testu) okazało się, że debiutujące w soundbarze Samsunga falowody nie są jakimś tam bajerem, lecz wnoszą zupełnie nową jakość do przecież i tak już udanej grajbelki stereo.
Efekt przestrzenny był tak dobry, że przypomniałem sobie inny sprzęt tego typu, a mianowicie Philipsa Fidelio B1. Ten malutki soundbar z falowodami również tworzył niezwykle atrakcyjną chmurę dźwiękową. Samsung N650 idzie o krok dalej dając to, czego B1 brakowało najbardziej: dobrej klasy reprodukcję niskich tonów. Choć nie można do końca porównywać obu konstrukcji (B1 był mniejszy, do małych pomieszczeń), oba urządzenia wykorzystują przecież falowody, które, nie ukrywajmy, do tej pory były w soundbarach raczej rzadkością (jeśli mnie pamięć nie myli, miały je tylko niektóre soundbary Bose’a i Philipsa). N650 oferuje o klasę lepszy bas od B1 z lepszym zróżnicowaniem, lepszą kontrolą, bardziej kontrolowany, konturowy, lecz z bardzo dobrym wypełnieniem. W B1 bas był potężny, acz mało zróżnicowany ze względu na zastosowanie obudowy pasmo-przepustowej. To niewiarygodne, że Samsungowi kosztującemu zaledwie 1700 złotych udało się zaoferować w sumie więcej niż kosztującemu 2100 zł Philipsowi B1. No ale takie są właśnie korzyści płynące z postępu techniki
Zwracam uwagę, że dopiero po adaptacji pomieszczenia N650 pokazał, co naprawdę potrafi. A potrafi naprawdę wiele. Wróćmy zatem do wrażeń z odsłuchu. Słuchając klipu „Santeria” z płyty demo firmy Dolby przeżyłem lekki szok. Po dokonaniu niewielkiego dogięcia blatów w swoją stronę poprawa była niesamowita: dźwięk zawędrował po prawej ścianie jeszcze bliżej mojej pozycji, do tego stopnia, że chcąc nie chcąc odruchowo odwracałem głowę chcąc zobaczyć sowę, której pohukiwanie rozlegało się z mojego boku. W tej chwili zrozumiałem jak bardzo system falowodów polega na jakości odbić i uświadomiłem sobie, że tak naprawdę zaczynam dopiero odkrywać potencjał tego niezwykłego soundbara.
Ci szczęśliwcy, którzy mają bardziej odpowiednie pomieszczenie (tj. węższe niż moje, z mocno odbijającymi powierzchniami bocznymi), spektakularne efekty będą mieli zagwarantowane. Moim zdaniem, dla maksymalizacji efektów przestrzennych N650 nie może grać w silnie wytłumionym pomieszczeniu z meblami na ścianach bocznych (jak widać zdjęcia producenta nie są wcale czystym marketingiem, lecz pokazują sytuację optymalną). To właśnie w takim, optymalnym dla siebie pomieszczeniu, N650 odżyje, a jego brzmienie stanie się niezwykle przestrzenne i angażujące.
Wróćmy jeszcze na chwilę do klipu demo z filmu "Everest". Po kolejnej zmianie ustawień blatów zdziwiły mnie odgłosy grzmotów: słychać je było teraz 1,5 metra po prawej stronie soundbara i stało się jasne, że adaptacja pomieszczenie nie poszła na marne: po prostu było o co walczyć, bowiem wrażenie było niesamowite. Po zmianie ustawień zyskał także klip „Santeria”. Słychać w nim sowę, która pohukuje gdzieś tam w lesie, czy dżungli pełnej różnych odgłosów i tajemniczych szelestów. Głos sowy dochodził z miejsca znajdującego się niemal 2 metry od końca belki, co było wielce sugestywne ‒ nie mogłem się oprzeć i znowu przekręciłem głowę.
Muszę przyznać, że eksperymentowałem z różnymi kombinacjami blatów, ale najlepsze rezultaty dawała zawsze kombinacja z dwoma dogiętymi do środka, co oznacza, że N650 "lubi" jak ma po swoich obu stronach obszary „akustycznie zbliżone”. Jeszcze raz podkreślam, że dla tego soundbara ważne jest aby po jego lewej i prawej stronie była, po pierwsze, akustyczna symetria oraz, po drugie, płaszczyzny silnie odbijające falę dźwiękową. Dopiero wtedy mamy gwarancję naprawdę znakomitych efektów przestrzennych (jak na grajbekę).
Zwracam uwagę, że N650 nie jest soundbarem, który pełnię swoich możliwości pokaże w każdym pomieszczeniu i to od razu po wyjęciu z pudełka - co to, to nie. Większość użytkowników chcących wyciągnąć z N650 maksimum jego przestrzennych możliwości będzie musiała włożyć trochę pracy w adaptację pomieszczenia: być może przesunąć trochę meble lub nawet pousuwać niektóre sprzęty, ba, czasem nawet całkowicie przemeblować pokój. Wiem, że to sporo i nie każdy będzie miał na to czas, ochotę, możliwości i zgodę rodziny, ale takie są po prostu wymogi tej konstrukcji. Na szczęście, gdy po tych wszystkich „domowych rewolucjach” dźwięk zacznie wreszcie wędrować wzdłuż bocznych ścian, wtedy okaże się, że gra była jednak warta świeczki.
N650 zaskoczył mnie jeszcze jednym. Pamiętam swoje wrażenia z testów Philipsów B1 i B8. Oba tamte soundbary miały dodatkowe przetworniki zamontowane w bocznych ściankach obudowy, dzięki czemu mogły „rzucać” dźwięk w kierunku bocznych ścian. N650 nie ma takich przetworników, lecz pomimo tego radzi sobie zadziwiająco dobrze, co jest bardziej godne pochwały.
Ocena końcowa Samsunga HW-N650
Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do wprowadzenia przez Samsunga falowodów do swoich soundbarów. „No tak, falowody miał Bose, ma też je i Philips, no to my też!” - pomyślałem sobie o argumentach Koreańczyków. Niezależnie od powodów wprowadzenia tego rozwiązania, nie ulega wątpliwości, że Samsung wdraża je dość późno, po większości głównych konkurentów. Na szczęście jest to epokowy moment w dziejach koreańskiego koncernu, bowiem udało mu się za jednym zamachem zaoferować znakomity soundbar w cenie nie tylko niższej od nieprodukowanego już Bose’a Cinemate 130 (ok. 8000 zł), lecz przede wszystkim od nadal dostępnego (pomimo perturbacji na szczeblu korporacyjnym) Philipsa Fidelio B1, którego, jak już wspominałem, N650 deklasuje przecież swoim basem. Krótko mówiąc, najnowszy N650 to strzał w dziesiątkę. Soundbar ten pozytywnie mnie zaskoczył ‒ po prostu nie sądziłem, że idąc w ślady Bose’a i Philipsa, Samsunga będzie w stanie zaoferować coś aż tak wyjątkowego. W N650 oprócz dobrego dźwięku stereo otrzymujemy bardzo dobry dźwięk przestrzenny, który jeszcze do niedawna nie był możliwy do osiągnięcia w zwykłych soundbarach z jedną centralną belką i subwooferem. Dlatego też chylę czoła przed inżynierami z kalifornijskiego Samsung Audio Labs. Bravo Maestro Devantier! Bravo!
Wiem, że podczas krótkiego dwutygodniowego testu liznąłem tylko możliwości tego wyjątkowego soundbara. Pomimo tego nie ulega dla mnie wątpliwości, że N650 to soundbar, który odwdzięczy się za wkład włożony w jego ustawianie i dopasowanie pomieszczenia do jego potrzeb. N650 jest dla mnie małym objawieniem i, jak na razie, głównym kandydatem na grajbelkę roku A.D. 2018. Gorąco polecam!
100% 5/5