Z wizytą w Muzeum Czołgów w Bovington
Wkrótce World of Tanks świętować będzie swoje 5 urodziny. Dodatkowo zbliża się też rocznica Bitwy nad Sommą i pierwszego bojowego wykorzystania czołgów. Takie jubileusze wymagają naprawdę oryginalnej oprawy o czym wie doskonale firma Wargaming. A że nieszablonowe pomysły rodzą się zazwyczaj ze współpracy nietuzinkowymi instytucjami stąd i zaproszenie przedstawicieli światowej prasy do Muzeum Czołgów w angielskim Bovington. Bo czy może być lepsze miejsce do porozmawiania o czołgach, podsumowania dotychczasowych osiągnięć firmy i przybliżenia jej dalszych planów?
Każdy pojazd w muzeum jest dokładnie opisany
A jest się czym chwalić, bo wedle słów przedstawicieli firmy Wargaming dotychczas w World of Tanks zagrało ponad 110 milionów graczy. Konsolowe edycje też radzą sobie całkiem nieźle przyciągając odpowiednio – 7 milionów wirtualnych czołgistów na Xboksach i około 2 miliony na Playstation 4. I choć w tym ostatnim przypadku mowa była o pobraniu gry, a nie faktycznej rejestracji to i tak, zważywszy na świeżość tego tytułu na platformie Sony, jest to wynik wielce obiecujący.
Gdzie granie spotyka się z techniką militarną - po lewej pad z Playstation 3, po prawej - "kontroler" sterowania ogniem czołgu Challanger 2
Największe zmiany czekają jednak w tym roku graczy pecetowych. Oto na horyzoncie widać już nową, potężną aktualizację oznaczoną numerkiem 9.14 wprowadzającą do pecetowej edycji World of Tanks wiele usprawnień – od lepszej oprawy graficznej, poprzez bardziej realistyczne udźwiękowienie po znaczące modyfikacje silnika fizycznego.
Udało się pograć chwilę na serwerach testowych po konferencji prasowej i mogę powiedzieć jedno – w rozgrywce szykuje się prawdziwe trzęsienie ziemi. Dlaczego? Głównie ze względu na nieco inaczej ustawioną bezwładność czołgów oraz, co znacznie ważniejsze, możliwość blokowania jednej z gąsienic i bardzo szybkiej zmiany kierunku jazdy. Przypomina to nieco wchodzenie z poślizgiem w zakręty. Opanowanie tego manewru podczas walki z pewnością nie raz okaże się kluczowe dla zwycięstwa.
Konferencja Wargamingu - zapowiedź zmian w aktualizacji World of Tanks 9.14
Oczywiście wśród podsumowań nie obyło się również bez obecnie najjaśniejszej gwiazdy Wargamingu czyli nowej odsłony legendarnego Master of Orion. Co prawda o iście gwiazdorskiej obsadzie dubbingującej poszczególne postaci w grze wiedzieliśmy już wcześniej, ale i tak miło było zobaczyć ją ponownie przy okazji oficjalnego ogłoszenia startu wczesnego dostępu do gry dla osób które zdecydują się na zakup edycji kolekcjonerskiej.
Gwiazdorska obsada Master of Orion i jej wydanie kolekcjonerskie
Prawdziwym bohaterem tego spotkania było jednak samo muzeum. Posiadając jeden z najbogatszych zbiorów czołgów na świecie oraz ogromne archiwum historyczne nie było opcji by drogi tej instytucji i Wargamingu w pewnym momencie się nie zeszły. Opowiedział nam zresztą o tym nieco kustosz Bovington Tank Museum – David Willey. Dość powiedzieć, że współpraca z Wargaming przyniosła znacznie większe zainteresowanie czołgami. Idealnym tego przykładem jest ponoć TOG II, o którym przed pojawieniem się w World of Tanks mało kto słyszał. Teraz zaś ten stalowy potwór jest z miejsca rozpoznawany przez odwiedzających i cieszy się wśród nich sporym powodzeniem.
Dawniej - zupełnie nieznany, teraz - z miejsca rozpoznawany. TOG 2 w pełnej krasie
O wyjątkowości tego miejsca świadczą jednak nie tylko same zbiory, a sposób podejścia do zwiedzających. Tu niemal wszystkiego można dotknąć, a czasami nawet wejść do czołgu. Było to zresztą jedną z atrakcji podczas zwiedzania muzeum. Nie mniejsze wrażenie zrobiła na mnie wystawa „Od konia do konia mechanicznego” i towarzysząca jej interaktywna inscenizacja pozwalająca poczuć ducha okopów I Wojny Światowej. Doświadczenie to jest tym większe, że słyszymy zarówno gwizdki szykujących się do natarcia niemieckich żołnierzy, nadlatujące samoloty, wybuchające w oddali bomby jak i mamrotania porażonego strachem żołnierza, skulonego w błotnistym zaułku. To naprawdę mocne doświadczenie.
Wystawa "Od koni do koni mechanicznych"
Inscenizowana wystawa interaktywna - "Trench Experience"
Wracając jednak do setnej rocznicy pierwszego pojawienia się czołgów na polu bitwy Muzeum Czołgów w Bovington wraz z firmą Wargaming i na tę okazję przygotowują coś specjalnego. Jedną z wielu atrakcji będzie pojawienie się we wrześniu w Londynie jednego z pierwszych czołgów z serii Mark. Uświetni on obchody Bitwy nad Sommą. Jaka dokładnie będzie to maszyna, a także szereg innych ciekawostek dotyczących czołgów, ich prezentacji w muzeum i specjalnych pokazów dowiecie z naszego wywiadu z Davidem Willey’em, który znajdziecie na następnej stronie. Warto go przeczytać choćby z uwagi na historię filmowej Furii i jej batalii z prawdziwym Tygrysem.
Filmowa Furia czyli dokładnie ten czołg który zagrał "obok" Brada Pitta:)
Podczas wizyty w Bovington udało nam się porozmawiać także z Tracy Spaighem, człowiekiem odpowiedzialnym w Wargamingu za operacje specjalne. Pamiętacie akcje wydobycia bombowca Dornier Do 17 z wód przybrzeżnych Wielkiej Brytanii? Albo poszukiwanie zakopanych w Birmie samolotów Spitfire? Za takie działania odpowiada właśnie Tracy, który w wywiadzie zdradził nam skąd biorą się tak nietypowe pomysły. Po więcej odsyłam na trzecią stronę artykułu.
Jedno z plenerowych wydarzeń organizowanych przez Bovington Tank Museum w 2015 roku
Podsumowując wizytę w Muzeum Czołgów w Bovington muszę przyznać, że tak mocnego kontaktu z historią nie czułem od bardzo dawna. Żałuje jedynie, że nie udało nam się zobaczyć czołgów w ruchu. Jeśli jednak kiedykolwiek sam wybiorę się do Wielkiej Brytanii z pewnością ponownie odwiedzę to miejsce, zapewne już podczas jednego z wielu planowanych pokazów np. Tankfestu, co i Wam gorąco polecam. Czegoś takiego na pewno nie zapomnicie.
Kącik "łazienkowy" prosto z Afganistanu. Zgadniecie do czego służy ten przyrząd po środku?:)
Za możliwość przeprowadzenia wywiadów dziękujemy firmie Wargaming i Konradowi Rawińskiemu – PR Managerowi Wargaming w Polsce.
O muzeum, czołgach i współpracy z Wargaming opowiada David Willey, kustosz Bovington Tank Museum
Benchmark.pl: Na wstępie, czy możesz opowiedzieć naszym czytelnikom o tym miejscu i o swojej roli w stworzeniu tej wystawy?
David Willey: Sam proces tworzenia jest według mnie interesujący, zwłaszcza w niektórych aspektach. To, co tu mamy to kolekcja czołgów, która początkowo została zebrana na potrzeby ćwiczeń wojsk. Mimo to, zależało nam raczej na upublicznieniu zbiorów, więc od lat 60-tych zeszłego wieku, zbiory są już przede wszystkim atrakcją turystyczną.
Początkowo pojazdy zostały tu zebrane, ponieważ właśnie tu od I Wojny Światowej armia szkoliła się w użyciu czołgów. Pod koniec wojny, czołgi wróciły tu do pocięcia. Niektóre zostały ocalone jako pomoce naukowe dla żołnierzy, a po pewnym czasie, trafiały tu także wrogie pojazdy, po tym jak zostały schwytane i przeanalizowane.
Pozostała cześć kolekcji pochodzi także z międzynarodowych wymian. Dzięki temu wszystkiemu, możemy pochwalić się wspaniałym zbiorem. Teraz staramy się przedstawić go w taki sposób, aby zainteresować tym szerszego odbiorcę. W dawnych czasach czołgi po prostu stałyby w rzędzie, a oglądaliby je tylko prawdziwi pasjonaci tematyki. Obecnie ludzie chcą na własnej skórze doświadczać tego, co widzą, widzieć poszczególne części, opancerzenie, zrozumieć ich działanie, poznawać historie ludzi, kryjącą się za eksponatami. To właśnie tego typu doświadczenia staramy się przekazać, łącząc omawianie technologii z opowieściami o ludziach, którzy znajdowali się w czołgach.
Tak prezentuje się główny budynek muzeum czołgów w Bovington
Czołg Jagdtiger SdKfz 186
Benchmark.pl: To miejsce rzeczywiście daje niepowtarzalną możliwość poczucia i niemal dotknięcia historii. Muzeum wykorzystuje rozmaite, zaawansowane media, żeby to wszystko działało w ten sposób. Skąd wziął się pomysł na tak niezwykły przekaz, jak w przypadku przeżyć z okopów I wojny światowej?
David Willey: Dla nas były to dwa powody. Pierwszy jest prosty – jeśli nie stworzymy interesującej oferty dla turystów, którzy będą chcieli nas oglądać, stracę pracę. W myśl tego, że jesteśmy atrakcją, musimy to robić, a dzisiejsi zwiedzający mają znacznie wyższe oczekiwania odnośnie muzeów, przez co nie możemy tylko powiedzieć im: „Spójrzcie na te stojące w rzędzie czołgi”.
Dzięki temu, co mamy, ludzie do nas przychodzą, chcą być zaangażowani w wystawę i mieć możliwość interakcji z tym, co pokazujemy. Nowe rozwiązania są konieczne, żeby przetrwać jako muzeum. Uważam, że edukowanie jest innym kluczowym powodem dla dobrego wykorzystania nowych technologii i coraz bardziej zaawansowanych sposobów przedstawiania eksponatów.
Jeśli przyjdziesz do muzeum, przejdziesz się po nim i wyjdziesz, niczego się nie ucząc, będzie to znaczyło, że nie wykonaliśmy swojego zadania. Staramy się więc wykorzystać sposoby, aby wzbudzić uczucia względem żołnierzy, którzy przebywali w czołgach. Dlatego tu można poczuć jak ciężka była ich broń lub ekwipunek przed wyjściem w bitwę lub poczuć charakterystyczną woń oleju i smaru, która unosi się w salach.
Ludziom podoba się to, że mogą wszystkiego dotknąć. Uważam, że wszyscy jesteśmy jak taki niewierny Tomasz, który musi dotknąć ran, zanim uwierzy we wszystko, co się wydarzyło. Uważam więc, że wszystko co tu mamy jest dla nas ważne i potrzebne, ponieważ gdybyśmy byli po prostu wielką szopą pełną czołgów, nie byłoby wystarczającej ilości zainteresowanych, żeby to miejsce mogło przetrwać. Entuzjaści tematyki na pewno by się zjawiali, ale nie byłaby to grupa, która umożliwiłaby utrzymanie muzeum.
Przekrój przez czołg Challenger 2
Test pancerza
Benchmark.pl: Jak udało się zebrać tak ogromną liczbę czołgów? Wiemy, że następowały wymiany z innymi armiami, ale czy część pochodzi także ze zbiorów prywatnych kolekcjonerów?
David Willey: Tych ostatnich jest bardzo mało. Owszem, wymienialiśmy się kilkukrotnie z prywatnymi osobami, jednak niemal wszystkie maszyny otrzymaliśmy od wojska. Armia Brytyjska zawsze przekazuje nam czołg, gdy ten zakończy swoją służbę, a także przechwycone pojazdy przeciwników, gdy te zostaną już przeanalizowane.
Również firmy, które zajmują się wytwarzaniem czołgów, gdy tworzą prototyp którego nie będą w najbliższym czasie używać, często nie wiedzą co z nim zrobić i decydują się na przekazanie go do muzeum. Przede wszystkim jednak otrzymujemy czołgi od wojska. Armia Wielkiej Brytanii brała udział w wielu wojnach w XX wieku, w których używano czołgów, więc ich wkład był znaczący.
Spośród schwytanych pojazdów mamy między innymi irackie czołgi z wojny w zatoce. Staramy się oczywiście uzupełniać luki. Obecnie zależy nam na dodaniu do kolekcji izraelskiej Merkawy, amerykańskiego Abramsa i JS2. Oczywiście, nigdy nie będziemy mieć wszystkich czołgów, jak żadne muzeum – ich poszczególnych odmian jest po prostu zbyt wiele. Chcemy jednak posiadać kluczowe maszyny, działające międzynarodowo. Mamy już satysfakcjonujący przekrój, od pierwszych do najnowszych brytyjskich czołgów, a także kolekcję z różnych krajów. Aspekt dalszego zbierania maszyn jest dla nas bardzo istotny.
Część eksponatów, z różnych przyczyn, nie nadaje się do wystawienia. Wszystkie te maszyny znajdują się w Vehicle Conservation Center
Benchmark.pl: Jak wiele z tych czołgów jest wciąż na chodzie?
David Willey: Mniej więcej jedna trzecia, z całkowitej liczby 350. Mamy wśród nich takie, które są w użyciu regularnie. Podczas wakacji szkolnych, każdego dnia, punktualnie o trzynastej można zobaczyć udawaną bitwę z udziałem około sześciu pojazdów. Dzięki temu zwiedzający mają możliwość zobaczenia w akcji różnych typów maszyn opancerzonych, w tym pojazdów zwiadu, transporterów i wozów bojowych.
Czołgi, które zużywamy podczas takich pokazów, posiadamy w kilku egzemplarzach. Mamy także pojazdy, które są uruchamiane, ale tylko podczas niewielu okazji. Przykładem jest słynny Tygrys 131 – jeździmy nim co najwyżej trzy razy do roku, ponieważ nie chcemy go zniszczyć. W sumie w mniejszym lub większym stopniu na chodzie jest około setki pojazdów. Większość z nich uruchamiamy podczas specjalnych festynów. Na tegorocznej imprezie czołgowej, która odbędzie się latem, po specjalnym terenie będzie jeździło około 60-65 pojazdów.
Vehicle Conservation Center wypełnione jest niemal po brzegi
Trzy Shermany z filmu Furia
Benchmark.pl: No właśnie – Tygrys. Porozmawiajmy o nim. To jeden z ostatnich istniejących egzemplarzy, prawda? I jest ciągle sprawny. Jak to się stało, że został użyty w filmie Furia?
David Willey: To było tak, że producenci filmu przyszli do nas szukając Shermana, którego chcieli użyć jako tytułowego czołgu. Wspólnie obejrzeliśmy naszego Shermana, którego regularnie uruchamiamy i wprowadziliśmy ich w zasady jego działania. Gdy zgodziliśmy się na jego użycie, zapytali „A co powiecie na Tygrysa?”. Rozpoczęło to długą debatę, jak można sobie wyobrazić, byliśmy bardzo ostrożni odnośnie tego delikatnego już eksponatu.
Zastanawialiśmy się odnośnie naszej kontroli nad czołgiem, po tym jak trafi na plan filmowy. Jego odnowienie zostało wykonane z użyciem publicznych funduszy, więc tym bardziej nie byłoby dobrą rzeczą, gdyby został uszkodzony podczas kręcenia. W końcu zdecydowaliśmy, że zaangażujemy się w pełni w film, ponieważ, podobnie jak w przypadku gry World of Tanks, jeśli historia czołgu dotrze do ludzi, być może będą oni chcieli prześledzić jego dzieje i dotrą do naszego muzeum.
Sherman, filmowa Furia, był więc na planie około pół roku. Tygrys pojechał zaś na dwa tygodnie, razem ze mną. Producenci mówili potem, że z dokumentami odnośnie wypożyczenia Tygrysa było więcej pracy, niż z angażowaniem Brada Pitta i całej reszty aktorów razem wziętych. Byliśmy bardzo stanowczy odnośnie tego jak wiele razy silnik może być uruchomiony, jak często można zmieniać biegi, jaki dystans może być przebyty przez maszynę lub też po jakim podłożu może się poruszać.
Oczko w głowie muzeum w Bovington -Tygrys 131. Jeden z ostatnich egzemplarzy na świecie
Benchmark.pl: Kto nim kierował?
David Willey: Nasza ekipa. Nalegaliśmy na to. Decydowaliśmy kto może, a kto nie może wchodzić do środka. Na potrzeby jego prowadzenia została położona betonowa droga na błotnistym polu, która dopiero potem została przykryta kolejną warstwą błota tak, aby czołg nie ugrzązł. Producentom zależało na tym, żeby jeździł na polu bitwy, po tym jak wyłożyli fundusze na jego wypożyczenie.
Po tym wszystkim wiem już, że podjęliśmy odpowiednią decyzję. Oczywiście, czołg zarobił pewną skromną sumę pieniędzy, ale znacznie ważniejsze było upublicznienie jego wizerunku. A gdy film miał swoją premierę, przyjechał do nas Brad Pitt. Tu była konferencja prasowa, a wszystko to było dzień po tym, jak aktor wziął ślub z Angeliną Jolie.
Później w gazetach można było przeczytać nagłówki w stylu: „Co należy zrobić po poślubienie najpiękniejszej kobiety na świecie? Zabrać ją do muzeum czołgów”. Dla nas niewątpliwą zaletą był więc rozgłos i więcej osób zainteresowanych tym konkretnych czołgiem. Dzięki temu teraz jest to prawdopodobnie najsłynniejszy czołg świata. Wystarczy wejść na YouTube i zobaczyć jak wiele razy był filmowany, jak często my sami o nim mówiliśmy.
Ten "eksponat" też jest na chodzie. Ma nawet swój dzień, w którym wyjeżdża na plac - Tiger Day
Benchmark.pl: Wracając do Tygrysa – to było chyba pierwsze użycie tego czołgu w filmie.
David Willey: Tuż po wojnie nakręcono kilka filmów, w których można było zobaczyć prawdziwe niemieckie czołgi. Co prawda nie ruszały się wcale lub wykonywały jeden albo dwa ruchy. W dzisiejszych czasach wiele elementów można zastąpić komputerowymi efektami, które w mojej opinii wciąż nie są w stu procentach realistyczne. Niedawno powiedziano mi jednak, że tego typu efekty specjalne są niemal tak drogie w przygotowaniu, jak wynajęcie lub rekonstrukcja czołgu, a prawdziwe maszyny wyglądają przecież imponująco w filmach.
Benchmark.pl: Ta Furia, która znajduje się w muzeum, to dokładnie ten egzemplarz, który jest w filmie Davida Ayera?
David Willey: Tak, to dokładnie ten czołg, główny bohater.
Benchmark.pl: Moje pytanie wynika stąd, że pojawiały się informacje, że był to jednak czołg jednego z prywatnych kolekcjonerów.
David Willey: Nie, to był nasz czołg, ale filmowcy poza prawdziwym czołgiem zrobili też dwa sztuczne nadwozia z włókna szklanego, które umieszczali na różnych, nowoczesnych podwoziach i pojazdach tak, aby móc zrobić część zbliżeń podczas jazdy. Co do prywatnych osób – niektórzy malują obecnie swoje Shermany tak, aby wyglądały jak ten z filmu.
Największa impreza plenerowa muzeum - Tanfest, co roku przyciąga sporą rzeszę widzów
Benchmark.pl: Jesteśmy tu z powodu Wargamingu i Waszej współpracy. Od czego się rozpoczęła?
David Willey: O tej współpracy myślę jak o małżeństwie, które po prostu musiało się wydarzyć. Warto pamiętać, że na początku działalności, Wargaming szukał wielu informacji. Potrzebowali wymiarów czołgów, ich dokładnych zdjęć i ogólnych danych. Na początku przyszli do nas z prośbą o dokonanie pomiarów na potrzeby gry. Później to wszystko nabrało rozpędu, a w miarę jak ich projekt się rozwijał, potrzebowali większej ilości ciekawostek do dostarczenia społeczności graczy, na forach czy blogach.
W World of Tanks zawsze jest druga warstwa, poza samą grą. Osobiście nie jestem graczem, ale ta produkcja wydała mi się niesamowita. W końcu współpracowaliśmy z Wargamingiem na wielu różnych poziomach. Rozmawiał z nami założyciel studia, Wiktor Kisłyj. Spodobało mu się to, co robimy, a my udzielaliśmy szczerych informacji na temat tego, co możemy dać od siebie.
Wypracowaliśmy sposób, aby były to obopólne korzyści. Gdybyśmy tylko wzięli od nich pieniądze za usługę i pożegnali się, nasze relacje szybko by się zakończyły. W obecnej formie korzystamy z tego, że Wargaming ma dostęp do funduszy, których sami nie bylibyśmy w stanie zebrać. Dzięki nim możemy teraz mieć salę edukacyjną (Wargaming Education Center). Po dotychczasowej współpracy chylę czoła przed tą firmą, mimo że sam nie jestem graczem.
Najważniejsza zasada muzeum w Bovington - dotnij by uwierzyć
Benchmark.pl: Z pomocą muzeum stworzono interesującą serię filmów dokumentalnych Virtually Inside the Tank. Jak zostały dobierane czołgi do poszczególnych odcinków i czy można liczyć na kontynuację?
David Willey: Rzeczywiście, całkiem dobrze radzimy sobie z filmami. Urządzamy więc także coś, co nazywamy czołgowymi pogawędkami. Umieszczamy je na stronach internetowych, z czego korzystają też niektórzy blogerzy. Staramy się w ten sposób przekazać informacje o naszych zbiorach i kryjące się za nimi historie do tak wielu ludzi jak to możliwe – w dzisiejszych czasach oznacza to przekazywanie treści online.
World of Tanks ma własną serię filmową, który tworzy z Richardem Cutlandem (znanym społeczności jako „The_Challenger”), a my tworzymy własne nagrania. Mamy przy tym sporo trudności – nawet, gdybyśmy chcieli sfilmować każdy czołg, niektóre to tylko pordzewiały powłoki, więc do nich nie wejdziemy. W innych natomiast występują problemy z promieniowaniem.
Stare, luminescencyjne wskaźniki są zniszczone, przez co w środku występuje promieniowanie i nie można wchodzić do maszyn. Wybierając więc poszczególne czołgi bierzemy pod uwagę czy są kompletne i czy można dostać się do wnętrza. Należy też pamiętać, że w większości czołgów nie usiądziemy ot tak sobie tylko w pozycji bardzo wymuszonej, z mocno skrępowanymi ruchami. W takiej sytuacji filmowanie byłoby bezcelowe, nic, poza moją twarzą, nie byłoby widać. Z tego typu powodów liczba czołgów, które nadają się do nagrywania jest ograniczona. Mimo tego, że chcielibyśmy nakręcić więcej maszyn, czasem zwyczajnie nie jest to możliwe.
Benchmark.pl: Czy planujecie dalsze projekty?
David Willey: Jak najbardziej, parę tygodni temu był tu kamerzysta nagrywający materiał do kolejnej produkcji World of Tanks, wykorzystującej wnętrze czołgów. Pracujemy także nad filmami w 360 stopniach.
Benchmark.pl: No tak, to ważne. Jakby nie patrzeć rozpoczyna się właśnie era gogli VR.
David Willey: Otóż to. Dla nas jest to coś dobrego, ponieważ gdy skończymy już z tradycyjnym nagrywaniem, będziemy mogli zająć się czymś nowym. Czymś, co da zwiedzającym nową perspektywę. Na co dzień nie mogą wchodzić do czołgów, jednak chcą zobaczyć co jest w środku. Mam więc nadzieję, że w przyszłości koło każdego pojazdu będą gogle, które można będzie założyć i zobaczyć wnętrze.
Benchmark.pl: Następne pytanie dotyczy setnej rocznicy Bitwy nad Sommą. Wiem, że wspólnie z Wargamingiem planujecie uczcić ją z wykorzystaniem czołgów Mark I lub Mark IV?
David Willey: Mamy przeznaczoną do tego celu replikę. To model Mark IV, ale wygląda bardzo podobnie do Mark I.
Benchmark.pl: Czy znajduje się obecnie w muzeum?
David Willey: Nie ma go w tym momencie w muzeum, sprowadzamy go na konkretne okazje. To czołg, który został wykonany na potrzeby filmu Stevena Spielberga Czas Wojny.
Czołg Mark II przekazany muzeum w 1998 roku jest jednym z kluczowych elementów ekspozycji poświęconej I Wojnie Światowej
Benchmark.pl: Czy w związku z rocznicą macie jeszcze jakieś inne projekty?
David Willey: Planujemy otwarcie nowej, dużej wystawy, w przeciągu najbliższego miesiąca. W sekcji I Wojny Światowej będziemy opowiadać historię 8 żołnierzy, którzy odbywali służbę w czołgu tego konfliktu, o ich odczuciach, tym co zrobili, przez co przeszli, co się stało z nimi i ich rodzinami. Poza tym pokazem, który rozpocznie się w przeciągu miesiąca, planujemy kilka wydarzeń w trakcie wakacji.
We wrześniu będzie także całodniowy pokaz, na który zaprosiliśmy inne armie, a które przyjadą ze swoimi czołgami. Pierwszego lipca zabierzemy też naszą replikę nad Sommę, ponieważ wtedy rozpoczęła się bitwa. W Wielkiej Brytanii skupiamy się tylko na jej pierwszym dniu, wtedy ponieśliśmy wiele strat. Pokazując wtedy czołg, chcemy pokazać ludziom - nie zapominajcie, że armia brytyjska się zmienia. Natomiast we wrześniu, odbędzie się walka czołgowa. To tylko kilka z planowanych wydarzeń. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły, ale we wrześniu w Londynie odbędzie się kolejny pokaz. Niektóre z nich, jak wspomnienie I Wojny Światowej są oficjalnymi państwowymi obchodami.
Rzeczywista wielkość czołgu Mark I
O nietuzinkowych pomysłach opowiada Tracy Spaight, dyrektor projektów specjalnych Wargaming
Tracy Spaight
Benchmark.pl: Na początku powiedz nam coś o sobie i swojej pracy.
Tracy Spaight: Nazywam się Tracy Spaight, jestem dyrektorem ds. specjalnych projektów w Wargaming. Projekty specjalne polegają na pracy z jednostkami muzealnymi, organizacjami non-profit, a czasem także z mediami. Nasze działania opierają się na prezentacji lub konserwacji pojazdów z II Wojny Światowej, opowiadaniu historii o weteranach, o osobach które tymi maszynami jeździły, pilotowały lub pływały.
A kiedy nie możemy w pełni tego przekazać, korzystamy z nowoczesnych technologii, by ożywić te historie. Korzystamy między innymi z rzeczywistości wirtualnej, rzeczywistości rozszerzonej i aplikacji mobilnych.
Benchmark.pl: Czy możesz nam powiedzieć jak to się zaczęło? Kto i jak zdecydował o utworzeniu Projektów Specjalnych?
Tracy Spaight: Ja.
Benchmark.pl: Pracowałeś już wtedy w Wargaming?
Tracy Spaight: Nie, w zasadzie napisałem coś w rodzaju biznes-planu i zasugerowałem Wiktorowi (prezesowi Wargaming) - „Słuchaj, myślę że byłoby naprawdę fajnie, gdyby Wargaming zaczął angażować się w społeczność muzealną”.
Taki potwór wita nas w wejściu do jednej z sal muzeum
Benchmark.pl: Co robiłeś do czasu, kiedy przyszedł Ci do głowy ten plan?
Tracy Spaight: Z wykształcenia jestem historykiem. Studiowałem na uniwersytecie Santa Clara. Spędziłem też rok w Berkley i Cambridge, a także przeprowadzałem różne prace badawcze, więc w zasadzie sporo czasu zajęło mi uczenie się historii. Zawsze mnie ona fascynowała, ale jestem też zapalonym graczem. Nie zdawałem sobie sprawy, że z grania można wyżyć, więc kontynuowałem karierę naukową.
W pewnym momencie zająłem się jednak stworzeniem pewnego projektu filmowego. Byłem w tym czasie bardzo zafascynowany światami gier internetowych. W latach 1995-1996 zacząłem grać w tekstowe, sieciowe gry takie jak LegendMUD. Później przyszedł czas na Meridian 59 i w końcu na betę Ultimy Online w 1996 roku. Pomyślałem wtedy: „O Boże, to najfajniejsza rzecz na świecie” i prawdopodobnie przez to że tak dużo w nią grałem, ucierpiała na tym odrobinę moja kariera akademicka.
Chciałem wgłębić się w ten temat, więc we współpracy z Amerykańskim Centrum Nowych Mediów (CNAM) zacząłem tworzyć film „Prawdziwi ludzie, wirtualny świat”. Doprowadziło mnie to do współpracy z brytyjskim reportażystą Robbiem Cooperem, z którym napisałem książkę Alter-ego, opisującą ludzi „za maską”, mówiącą dlaczego ludzie są tak zainteresowani tworzeniem internetowych tożsamości i społeczności i o co w ogóle w tym wszystkim chodzi.
Później, gdy uświadomiłem sobie, że tylko badam tę społeczność, powiedziałem sobie „To nie to, ja chcę być jej częścią”. Dołączyłem więc do niewielkiej firmy i pracowaliśmy nad projektami gier, co doprowadziło mnie do współpracy z kalifornijskim GamersFirst z sieci K2 Network, gdzie prowadziłem dział wydawniczy. Gdy odszedłem z tamtej firmy, zastanawiałem się co robić dalej. Przez długi czas byłem nauczycielem, także akademickim, mając styczność ze sporą grupą uczniów. Pomyślałem, że byłoby fajnie połączyć to z graniem i dać młodym ludziom możliwość wykorzystywania gier z tłem historycznym.
Jeśli to oznaczałoby, że ktokolwiek zainteresuje się historią przez nasze gry, sprawiłoby to, że czułbym się naprawdę dobrze, ze świadomością zrobienia czegoś wartościowego. Poznałem Wiktora i resztę zespołu Wargamingu, rozmawiałem z nimi i zasugerowałem współpracę z instytucjami muzealnymi przy restaurowaniu eksponatów i organizacji wystaw. Odpowiedzieli: „Jasne, to brzmi dobrze. Spróbujmy” i od tej pory to właśnie robimy.
Czołg Char B1
Benchmark.pl: Czytałem o renowacji czołgu T-34, o Birmie i poszukiwaniach Spitfire’ów, o wydobyciu i rekonstrukcji Dorniera 17. Wszystkie akcje obracały się wokół czołgów i samolotów, a co z okrętami? Wiem co prawda o ORP Błyskawica, ale czy macie już w planach konkretne działa dotyczące okrętów wojennych?
Tracy Spaight: Pracujemy z okrętami. Mój pierwszy projekt w 2012 roku dotyczył grupy Centrum Okrętów Wojennych Pacyfiku (Pacific Battleship Center). To organizacja non-profit, która zaproponowała i uzyskała zgodę na przekształcenie pancernika USS Iowa w pływające muzeum. Znajduje się on teraz przy przystani 87 w Los Angeles.
W ten projekt zaangażowaliśmy się w dość wczesnej fazie, zastanawiając się „co możemy zrobić, żeby pomóc?”. Stworzyliśmy cyfrowy spektakl, na który składa się trzyminutowa projekcja z wykorzystaniem efektów specjalnych, opowiadająca o roli statku w Bitwie o Okinawę w 1945. Był to jeden z naszych pierwszych projektów.
Później pracowaliśmy przy okrętach USS Yorktown i USS Texas. W zeszłym tygodniu kręciliśmy w Wielkiej Brytanii film na HMS Cavalier, który jest realizowany w technologii 360 VR, z użyciem Google Cardboard. Zajmujemy się więc okrętami, choć ciężej jest je odratowywać. Większość tych, które chcielibyśmy wskrzesić znajduje się na dnie oceanu.
Moment wydobycia wraku bombowca Dornier Do 17
Benchmark.pl: Poza typowymi akcjami poszukiwawczymi i rekonstrukcyjnymi całkiem pomysłowo działacie także w sferze nowych technologii. W zeszłym roku widzieliśmy całą serię 360-stopniowych filmów Virtually Inside the Tanks, a potem jeszcze podobnie zrealizowaną bitwę z 1941 roku. Czy w tym roku zapowiadają się podobne akcje? Wszak nadchodzi era okularów VR. Czy planujecie coś poza filmowaniem Cavaliera?
Tracy Spaight: Omawianie przyszłych projektów jest dość ciężkie, ponieważ najpierw musimy je nakręcić i zrobić. Wspomniałeś o Virtually Inside the Tanks, a właśnie nakręciliśmy Virtually Inside the Warships. Jako pierwszy sfilmowany został HMS Cavalier, w zeszłym tygodniu. Mam nadzieję, że tego typu projektów będzie więcej. Krążowniki, pancerniki i inne okręty są fascynujące i duże. Imponuje też technologia, jaką poszczególne kraje miały już około roku 1940.
Przykładowo, na USS Iowa, w pomieszczeniu w którym obliczano trajektorię lotu pocisku, znajduje się niewielkie pudełko z napisem „MIT” (Instytut Technologiczny Massachusetts). Są tam tylko mosiężne koła i tryby, ale jeśli wprowadzisz odpowiednie numery, to urządzenie wypluje ci odpowiednie rozwiązania strzeleckie, których możesz użyć, żeby trafić w cel oddalony o 29 mil. Za drugim strzałem.
Widząc coś takiego myślisz: „Cholera jasna, to jest niesamowicie imponujące”. Podoba nam się więc idea opowiadania historii sprzętu, pływających cudów techniki z silnikami wielkości pociągu towarowego, turbinami napędzanymi parą i całą resztą sprzętu, a także ludzi, którzy musieli tym wszystkim operować.
Benchmark.pl: Możemy się więc spodziewać kolejnych Virtually Inside the Tank a także Virtually Inside the Warships?
Tracy Spaight: No, na razie nakręciliśmy jeden odcinek. Mam nadzieję na więcej.
Benchmark.pl: A jakie są plany?
Tracy Spaight: Na razie wszystko jest po prostu otwartymi możliwościami.
Little Willie - pierwszy prototyp czołgu (nigdy nie znalazł się w walce), a zarazem najstarszy eksponat w muzeum w Bovington.
Benchmark.pl: Czy planujecie coś w oparciu o gogle VR?
Tracy Spaight: Związanego z grami?
Benchmark.pl: Raczej z operacjami specjalnymi, jak w przypadku czołgów. Wiem, że współpracujecie blisko z muzeum.
Tracy Spaight: Z muzeum Brytyjskich Powietrznych Sił Zbrojnych RAF, tak.
Benchmark.pl: Więc może właśnie to będzie Waszym następnym projektem?
Tracy Spaight: To zawsze jest możliwość. Musimy tylko mieć odpowiedni projekt, coś w co będziemy mogli się zagłębić. Zazwyczaj patrzymy na pomysł i myślimy: „Jaka jest odpowiednia technologia, żeby opowiedzieć tą historię?”
Przykładowo, kiedy znajdujesz się w środku maszynowni okrętu, silnik nie jest jakimś urządzeniem, które leży przed tobą, on jest nad tobą, pod tobą, ma trzy piętra wysokości. Jest wszędzie gdzie spojrzysz - po prostu jesteś w środku silnika. Możliwości jakie dają filmy 360 to dobry sposób na wyjaśnienie tego wszystkiego, co jest dookoła. Natomiast kiedy przykładowo stoisz przed samolotem i na niego patrzysz, może nie pociągnąć Cię do tego stopnia, żeby chcieć go używać. Może byłoby to bardziej interesujące, gdybyś latał tym samolotem.
Czołg....no właśnie, nie za bardzo wiadomo jaki. Ponoć "składak". Robi jednak wrażenie
Czołg Renault FT-17
Benchmark.pl: Jak wybierane są poszczególne projekty do wykonania? Czym kierujecie się podejmując decyzje?
Tracy Spaight: Jak przy wszystkim, rozchodzi się o środki i dostępny personel. Nie mogę tak po prostu stwierdzić: „Hej, obudujmy pancernik Musashi!”. Niektóre projekty są niestety nawet poza naszym zasięgiem. Patrzymy raczej na technologie które mamy, myślimy jak za ich pomocą możemy przyczynić się do zwiększenia wartości, na przykład co możemy zrobić, czego do tej pory nie mogło muzeum lub organizacja non-profit.
Najczęściej jest to właśnie strona techniczna. Radzimy sobie bardzo dobrze z social mediami, produkcją video, mamy też doświadczenie z rzeczywistością wirtualną i kręceniem w 360 stopniach, a także z projektami tworzonymi pod Google Cardboard. Czasem zdarza się nam znaleźć coś, co zarówno my umiemy zrobić i czego muzeum potrzebuje. Muzea starają się znaleźć wspólny język z młodymi ludźmi. Obecnie jest to cyfrowy język, a my jesteśmy w nim naprawdę dobrzy.
Zdalnie sterowana, niemiecka mina samobieżna
Benchmark.pl: Co jest najtrudniejsze w twojej pracy? Znalezienie pomysłu czy przekonanie nieprzekonanych?
Tracy Spaight: Wszystko jest po części wymagające. Pomysły często same do mnie przychodzą. Są grupy osób, które robią naprawdę fajne rzeczy, którymi się pasjonują. Wtedy myślę sobie jak bardzo chciałbym im wszystkim pomóc. Jest to oczywiście niemożliwe ze względu na ograniczone zasoby finansowe i ludzkie, jednak część pomysłów czerpię z zewnątrz, inne wymyślam sam.
Mam całą tablicę zapisaną rozmaitymi rocznicami i wydarzeniami, które chcielibyśmy upamiętnić lub jakoś się w nie zaangażować. Wybieramy na podstawie kosztów, złożoności, problematyczności w wykonaniu, a także potrzeb naszego działu marketingu. Niektóre projekty nie do końca zgrywają się z ich planami, a jeśli stanowią kompletne przeciwieństwo, musimy z nimi trochę powalczyć. Czasem udaje się nam mimo wszystko przeprowadzić takie niezgodne projekty. Dopiero co wydaliśmy World of Warships, więc znacznie milej przyjmowane są projekty związane z okrętami wojennymi, ale oczywiście czołgi to kolejna dziedzina, w której wciąż robimy sporo rzeczy.
Majestatyczny Tiger II znany też jako "Tygrys Królewski"
Benchmark.pl: Jak to jest z tym przekonywaniem nieprzekonanych, kiedy chcesz zrealizować niektóre pomysły, ale nie wszystkie plany udaje się wcielić w życie.
Tracy Spaight: Tak to już jest, zarówno w biznesie, jak i codziennym życiu.
Benchmark.pl: To prawda, ale mam tu na myśli konkretny projekt, czołg Panzer VIII Maus.
Tracy Spaight: A, tak. To był projekt, który w zasadzie wyszedł z naszego rosyjskiego biura.
Wypadki w czołgach również się zdarzają
Benchmark.pl: To był początkowo dobry pomysł, ale nie skończył się powodzeniem. Czy miało tu miejsce pewnego rodzaju nieporozumienie?
Tracy Spaight: Ujmę to tak: to, co się stało z tym projektem to efekt działania obu stron. Zarówno muzeum w Kubince, jak i nasz zespół doszli do wniosku, że nie możemy kontynuować prac nad tym czołgiem. Wynikało to z dostępnej dokumentacji. Nie mieliśmy kompletnych planów układu napędowego ani silnika, więc gdyby doszło do próby rekonstrukcji, spora część pracy byłaby oparta na domysłach. To natomiast doprowadziłoby do historycznych nieścisłości i naruszyłoby integralność tego obiektu jako historycznego artefaktu. To coś, co można było zrobić, ale wspólnie osiągnięto porozumienie, że być może nie jest to najlepszy sposób na zachowanie wiedzy o tym pojeździe, na uzyskaniu autentycznego artefaktu, a nie czegoś kompletnie innego.
Benchmark.pl: Z drugiej strony, pojawiały się także doniesienia, że nie prosiliście ich o to. Miedzy innymi na forum Steam zamieszczony był komunikat muzeum mówiący, że nie chcieli odtwarzać czołgu.
Tracy Spaight: Na jesieni wypuszczono oficjalny komunikat prasowy, w którym zawarto informację, że była to obopólna decyzja.
Benchmark.pl: To w kwestii przekonywania ludzi do projektów – nie wiem jakie relacje macie obecnie z muzeum.
Tracy Spaight: Ja pracuję raczej na zachodzie, w Wielkiej Brytanii i innych krajach europejskich.
Benchmark.pl: Więc relacje z muzeum w Kubince nie są teraz najlepsze?
Tracy Spaight: Większość kolekcji Kubinki została przekazana pod tamtejsze ministerstwo obrony. A w tym zakresie nie mam już wpływów. Przypuszczam, że podejmowano rozmowy na temat tego, co powinno być zrobione. Jasne, na pewno doszło do nieporozumień, jednak byłem od tego dość oddalony, bo nie był to mój projekt, więc wszystko co wiem, to informacje z drugiej ręki i z notatek prasowych. Rozumiem jednak, że nie mogli zbudować tego czołgu takiego, jakim był, bez zniszczenia go.
Co do przekonywania nieprzekonanych – przeprowadzaliśmy własne, wewnętrzne ankiety, w rodzaju „czy podobają ci się nasze projekty historyczne i prace konserwacyjne?”. Otrzymywaliśmy bardzo pozytywne odpowiedzi. Ludzie uważali, że projekt z bombowcem Dornier 17 był wart zachodu, podobnie jak współpraca z Muzeum Czołgów w Bovington, tak samo jak restauracja czy przywracanie czołgów, takich jak Sentinel.
Ludzie mówili nam, co bardzo nas cieszy, że znacznie lepsze jest wydawanie pieniędzy na grę, jeśli część tej sumy jest przeznaczana na cele takie jak zachowanie czegoś, co być może nasze wnuki będą mogły ciągle podziwiać. Był też człowiek, który napisał pracę na temat odwzorowania historii w grach. Uzyskał spore wsparcie, także od naszej społeczności graczy. Osobiście czuję się dobrze z tym wszystkim, co robi nasza firma.
Benchmark.pl: W tym roku będzie 100 rocznica Bitwy nad Sommą. Słyszałem, że przygotowujecie specjalne wydarzenie z udziałem czołgu Mark I. Czy w dziale Operacji Specjalnych jest szykowane coś jeszcze?
Tracy Spaight: Osobiście będę związany z setną rocznicą i planowanymi atrakcjami, ale nie mogę jeszcze nic o nich powiedzieć. Zapewniam jednak, że to będzie coś naprawdę ekstra.
Czołg Mark IV - wersja "Male", z działami zamiast karabinów maszynowych (z wersji "Female")
Makieta natarcia pod Cambrai - pierwszego wykorzystania broni pancernej na dużą skalę
Benchmark.pl: Na koniec, najbardziej prywatne pytanie – która z gier Wargamingu podoba ci się najbardziej?
Tracy Spaight: W chwili obecnej jest to World of Warships, bo mogę się w niej poczuć jak naprawdę dobry gracz. Nie mam co prawda refleksu młodych zawodników, ale kiedy przychodzi do strategii, gram całkiem inteligentnie. W World of Tanks zdarza mi się brać udział w zaciętych pojedynkach i, radzę sobie tak, że… no cóż. W World of Warships mam świeży start. Grałem już od wersji beta, mam nastawienie „no dobra, do boju!” i jestem całkiem niezły w prowadzeniu japońskich krążowników torpedowych. Po prostu ta gra bardziej mi się podoba, bo jestem w niej lepszy (śmiech). A może moi przeciwnicy nie są tak dobrzy jak ci w World of Tanks.
Benchmark.pl: Czyli można powiedzieć, że zaczynasz z „handicapem”?
Tracy Spaight: Tak jest, w World of Tanks nigdy nie dogonię najlepszych graczy. Musiałbym poświęcić się i grać przez 8 godzin dziennie, już zawsze. Nie będę tak dobry jak niektórzy najlepsi rosyjscy gracze na ich serwerach lub też jak zawodnicy z Europy. Ale w World of Warships mam szansę powalczyć.
Czołg T-34-85 z polskimi oznaczeniami - Tankfest 2015