Kapsuły, szturmowcy i lodowa pustynia
Do naszej dyspozycji w wersji beta Star Wars: Battlefront zostaje, rzecz jasna, oddany zaledwie skrawek tego, co ma oferować pełna edycja. Co za tym idzie, zamiast wachlarza oferowanych trybów rozgrywki dostajemy jedynie próbkę trzech z nich.
Wszystkie one zostały podzielone na dwie główne kategorie. Część map przeznaczona jest dla pojedynczego gracza, ewentualnie małej dwuosobowej drużyny i opiera się na walce z kontrolowanymi przez sztuczną inteligencję siłami wroga. W wersji beta możemy posmakować tej opcji w wąwozie na Tatooine i trybowi Survival. Co jest naszym zadaniem w tym wariancie gry? Przetrwać kolejne fale ataków na naszą pozycję, zanim rybopodobny admirał Ackbar nie raczy przysłać po nas kosmicznej taksówki. Rozgrywka w tym trybie dostarczyła mi porcji bardzo dobrej zabawy, choć sprawiała wrażenie jedynie dodatku, czy też rozgrzewki przed wieloosobowymi bitwami na ogromną skalę.
Drugi z dostępnych trybów to Drop Zone. Tym razem gracz zostaje przeniesiony na planetę Sullust. Ośmioosobowe oddziały szturmowców i rebeliantów biegają po jej wulkanicznym terenie, żeby przejąć spadające z nieba kapsuły. Od razu pojawia się pytanie, jakie też skarby kryją w sobie te pojemniki, że aż szesnastu chłopa jest w stanie oddać za nie życie? Niby jakieś wyjaśnienie się pojawia, ale jest ono tak miałkie, że nawet nie zapada w pamięć.
Szkoda, że nie odnajdujemy w przejętych kapsułach sprzętu, który pomógłby nam zmiażdżyć siły wroga, a ich funkcja pozostaje czysto symboliczna. Nie zmienia to jednak faktu, że ganiałem za tymi galaktycznymi puszkami z sercem wściekle bijącym między żebrami. Ta bieganina skutecznie podniosła mi ciśnienie i pozwoliła rozgrzać się w chłodny jesienny wieczór.
Na koniec, oczywiście, pozostaje obraz, który podbił serca fanów Gwiezdnych Wojen na ostatnich targach E3. Chodzi o lodową planetę Hoth, gdzie siły Imperium wysyłają swoje olbrzymie AT-AT, żeby zniszczyć rebelianckie generatory. Tryb Walker Assault, o którym mowa, to chyba najbardziej rozbudowany wariant potyczki, jaki mamy okazję oglądać w wersji beta nowego Star Wars: Battlefront. I nie chodzi tylko o liczbę czterdziestu graczy, którzy mogą jednocześnie brać udział w bitwie, ale też o poziom złożoności samej rozgrywki. Siły Rebelii zmuszone są przejmować kolejne nadajniki, które pozwalają przywołać Y-Wingi i rzucić na kolana machiny bojowe żołdaków Dartha Vadera.
Jeżeli natomiast przyjdzie nam wcielić się w jednego z tych ostatnich, wtedy staniemy się obrońcami AT-AT, które z dumnie podniesionymi łbami kroczą na wspomniane już generatory. Nie można mieć wątpliwości, że to flagowy tryb Star Wars: Battlefront i rzeczywiście jest on wykonany nieomal wzorowo. Biorąc udział w bitwie o lodową planetę, miałem wrażenie, że autentycznie jestem częścią gigantycznej operacji wojskowej, a nie jedynie przypadkowej strzelaniny. Gdyby nie pewne niedociągnięcia, o których wspomnę w kolejnych akapitach, pewnie nigdy nie napisałbym tego tekstu, bo nieprzerwanie siedziałbym w okopach bazy na Hoth.
Star Wars: Battlefront uwodzi wyglądem
Zaprezentowany na E3 zwiastun Star Wars: Battlefront zaimponował nam nie tylko dynamiką rozgrywki i rozmachem, z jakim odwzorowano filmowe pole bitwy, ale też niesamowitą grafiką, która sprawiała, że raz po raz przecieraliśmy oczy, żeby upewnić się, czy wzrok nas nie zawodzi. I warstwa wizualna jest bez wątpienia jedną z najsilniejszych stron tego tytułu. Śnieg skrzy się w promieniach słońca, faktura skał zadziwia swoją szczegółowością, a eksplozje wyglądają jak żywcem przeniesione z kinowego ekranu.
Niestety, pojawiają się tu też elementy, które zaskakują dosyć negatywnie. Można do nich zaliczyć wodę oraz niektóre z tekstur. Trudno to jednak uznać za wadę produkcji z dwóch bardzo ważnych powodów. Po pierwsze mamy przecież do czynienia z betą, a nie dopracowaną wersją finalną. Po drugie zaś gra już na tym etapie jest tak doskonale zoptymalizowana, że można przymknąć oko na te drobne niedociągnięcia. Koniec końców Star Wars: Battlefront robi naprawdę świetne wrażenie, jeśli chodzi o jego aspekty wizualne. Do tego stopnia, że czasami trudno oderwać wzrok od ekranu, a nawet zaangażować się w bitwę, bo przecież po co walczyć, skoro można podziwiać widoki?
Rebelia grzeje z wszystkich dział
Wielu uważało, że Star Wars: Battlefront będzie gwiezdnowojennym klonem Battlefielda. Już teraz widać, że te przypuszczenia po części mijały się z prawdą. Jedni mogą uznać to za plus, inni za minus tego tytułu. Mnie osobiście przypadło do gustu uproszczenie pewnych rozwiązań czy też adaptacja battlefieldowego systemu do potrzeb stworzonego przez Lucasa uniwersum.
Za świetny przykład takiej modyfikacji klasycznego, strzelankowego sposobu prowadzenia rozgrywki jest rozwiązanie kwestii przeładowania broni. Trudno sobie wyobrazić, żeby laserowy blaster wymagał uzupełniania pocisków, a z drugiej strony możliwość ciągłego strzelania byłaby nadmiernym uproszczeniem. Kompromisem wypracowanym przez twórców z Electronic Arts jest przegrzewanie się karabinów, które dodatkowo może zostać opanowane przy pomocy „aktywnego chłodzenia”, czyli wariacji na temat aktywnego przeładowania znanego z niektórych strzelanin.
Równie ciekawy wydaje się system kart, czyli możliwość doboru kilku gadżetów, które następnie w dowolnym momencie możemy wykorzystać na polu bitwy. Należą do nich między innymi termiczne detonatory, odrzutowe plecaki czy też karabiny wyborowe. Za pewien absurd można uznać fakt, że nie ma dopuszczalnej liczby ładunków wybuchowych, jakie wchodzą w skład naszego ekwipunku, a limit ich wykorzystania jest ograniczany jedynie czasem tak zwanego „cool-downu”, czyli kilku sekund, które musimy odczekać przed ich kolejnym zastosowaniem. Ja osobiście uznaje to jednak za zaletę rozgrywki, a nie jej wadę, ponieważ mechanizm ten pozwala na znacznie bardziej beztroską destrukcję, niż ta, której możemy dokonywać w realistycznych symulatorach bitew.
Podsumowując – mechanika jest tutaj na najwyższym poziomie i twórcy Star Wars: Battlefront wykazali się nie tylko świetnym zmysłem inżynierskim, ale też sporą dozą kreatywności oraz oryginalności. Niestety, nie wszystkie jej elementy są równie dobrze opracowane, co najlepiej pokazuje sposób, w jaki na pole walki wprowadzane są pojazdy.
Gdzie zaparkowałem mojego X-Winga?
Pobiegać z bronią w ręku zawsze przyjemnie, ale nikt chyba nie ma złudzeń, że większość z nas prędzej czy później musi zasiąść za sterami X-Winga. Jeżeli tylko twórcy pozostawiają taką możliwość, fani Gwiezdnych Wojen zaraz ją wykorzystają. Ja zachowałem się podobnie, toteż po krótkiej wymianie ognia z zimowo odzianymi szturmowcami na planecie Hoth postanowiłem zostać panem przestworzy i chwycić za stery legendarnego rebelianckiego myśliwca.
Ponieważ jestem człowiekiem prostym o dosyć przyziemnym sposobie rozumowania, skierowałem swoje kroki do najbliższego hangaru, stanąłem przy X-Wingu i nacisnąłem uniwersalny przycisk interakcji, czyli znaną i lubianą literkę „E”. Ku mojemu zdumieniu dzielny żołnierz, którym kierowałem, nie wskoczył do kabiny pojazdu, ani nawet nie ruszył się z miejsca. Pomyślałem, że może akurat trafiłem na wadliwą maszynę, więc postanowiłem poszukać innego modelu. Po długiej wędrówce udało mi się wreszcie znaleźć coś, co dawało możliwość pokierowania X-Wingiem, ale bynajmniej nie był to zaparkowany w hangarze pojazd. Zamiast tego, udało mi się zebrać kręcący się nad ziemią znaczek z podobizną myśliwca. Następnie mój bohater wyciągnął krótkofalówkę i wezwał wsparcie lotnicze.
Stało się – mogłem wreszcie pokierować podniebnym cudeńkiem rebelianckiej eskadry. Sęk w tym, że sposób, w jaki to się stało, skutecznie zabił klimat bitewnej zawieruchy, a ponadto cały czas kazał mi się zastanawiać, kto siedzi za sterami maszyny. Bo przecież żołnierz, w którego wcieliłem się wcześniej, jedynie wezwał wsparcie, a sam został na powierzchni planety. Jakby tego było mało, X-Winga nie sposób „zebrać” z pola bitwy, jeżeli mamy przy sobie akurat ładunki wybuchowe, jako że zarówno jedna, jak i druga funkcja jest przypisana temu samemu klawiszowi z cyferką „4” (bądź kombinacji przycisków w przypadku konsoli).
Jak można to uzasadnić odwołując się do prawideł rządzących światem gry? Czyżby implodujące miny zajmowały tyle przestrzeni w plecaku naszego szeregowca, że nie ma w nim już miejsca na statek kosmiczny? To rozwiązanie ze zbieraniem błękitnych żetonów, które pozwalają wzbić się w przestworza X-Wingiem, jak również skorzystać z innych statków (w tym czasowo przejąć kontrolę nad AT-AT), skutecznie zniechęciło mnie do lotniczych wojaży, a także sprawiło, że pasjonująca rozgrywka przestała już być tak płynna i wciągająca.
Nie bez przyczyny wspomniałem o tym, że zdarzało mi się błąkać po lodowej pustyni przez dłuższy czas, zanim odnalazłem poszukiwane miejsce. Tak jak przypuszczałem tuż po zapoznaniu się z fragmentem rozgrywki prezentowanym na targach E3, kompas (czy też minimapa – nie sposób stwierdzić), który zostaje oddany do naszej dyspozycji jest zupełnie bezużyteczny i w bardzo niewielkim stopniu pozwala na skuteczną orientację. Być może nie miałoby to aż tak dużego znaczenia, gdyby możliwy był łatwy i szybki dostęp do pełnowymiarowej mapy, ale niestety, tego ostatniego nie odnajdziemy w wersji beta Star Wars: Battlefront i trudno powiedzieć, czy znajdzie się on w ostatecznej wersji gry. To drobne, ale znaczące niedopatrzenie sprawia, że strategiczne planowanie batalii zamienia się momentami w chaotyczną nawalankę. O ile ten mankament nie uwiera tak bardzo w przypadku trybu Survival czy też Drop Zone, o tyle skutecznie psuje zabawę na olbrzymiej mapie Walker Assault.
Star Wars: Battlefront czy obie strony Mocy
Nowy Star Wars: Battlefront wymaga, żeby oddać mu sprawiedliwość i podkreślić jeszcze raz, że jego wersja beta zrobiła na mnie spektakularne wrażenie. Owszem, nie mamy tu do czynienia z takim poziomem złożoności, do jakiego przyzwyczaił nas Battlefield, ale z drugiej strony zostaje to zrekompensowane dużą przystępnością rozgrywki. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że wprost wzorowo oddano klimat starej trylogii Gwiezdnych Wojen. Jest on tak sugestywny, że kiedy w najgorętszych chwilach kosmicznego boju rozbrzmiewał imperialny marsz, po moich plecach przechodziły ciarki. Muszę też wspomnieć o tym, że nigdy chyba nie zapomnę momentu, w którym ostrzeliwując się z zaśnieżonego okopu, dostrzegłem na polu bitwy czarną sylwetkę Dartha Vadera. A już z pewnością nie zapomnę tej sekundy, w której on zauważył mnie.
Moc jest silna w Star Wars: Battlefront i choć na tę chwilę nie pozostaje on bez wad, można stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że jego premiera będzie nie lada wydarzeniem – nie tylko w świecie fanów Gwiezdnych Wojen, ale też w całej społeczności graczy.
Wstępna ocena:
- świetna oprawa graficzna;
- doskonała optymalizacja;
- klimat "starej trylogii";
- nastrojowe lokacje;
- dynamiczna rozgrywka;
- olbrzymia i złożona konfrontacja w trybie Walker Assault;
- wprowadzenie na pole bitwy unikalnych bohaterów kontrolowanych przez graczy (w wersji beta - Luke'a Skywalkera i Dartha Vadera);
- niezbyt ciekawy wygląd niektórych elementów graficznych;
- praktycznie bezużyteczny kompas i brak map poszczególnych lokacji;
- psujący zabawę system wprowadzania pojazdów na pole bitwy