Star Wars: Battlefront II – ciemna strona odkupienia
Star Wars: Battlefront II miał być wybrańcem, który przywróci równowagę Mocy w gwiezdnej serii EA. I podołałby temu zadaniu, gdyby nie zwiodła go Ciemna Strona.
Star Wars: Battlefront II w cieniu swojego ojca - recenzja
Pierwszy Star Wars: Battlefront miał być gwiezdnowojennym majstersztykiem. Hiperrealistyczna grafika, rozgrywka, której nie powstydziłby się Battlefield, a wszystko to, rzecz jasna, w fenomenalnym uniwersum George’a Lucasa. Niestety, wyszło jak wyszło.
[kontrolka hash=8686-04be85e4726ae0e9f6 typ=benchcoins]
Gra spotkała się z mieszanymi odczuciami. Jedni podkreślali fenomenalną oprawę audiowizualną, a drudzy narzekali między innymi na bitewny chaos obecny w sieciowych potyczkach czy też okrojoną liczbę map, którą później uzupełniano płatnymi dodatkami. To właśnie ten ostatni zarzut rozpętał burzę wokół polityki sprzedażowej EA i rzucił cień na niepowstały jeszcze wtedy sequel gwiezdnej strzelaniny.
Twórcy Star Wars: Battlefront II zarzekali się, że starczy im jedna bolesna nauczka. Wypuszczona na rynek w przededniu premiery Ostatnich Jedi „dwójka” miała być olbrzymim tytułem, który naprawi błędy swojego ojca.
I rzeczywiście, tak mogło się stać, ale, jak widać, mrocznego dziedzictwa niełatwo się pozbyć. Po raz kolejny nad odległą galaktyką zawisły ciemne chmury. Warto jednak wytężyć wzrok, żeby dostrzec to, co ukrywa się za nimi.
Słodki banał na gruzach Imperium
Zacznę od absolutnej nowości, czyli kampanii dla pojedynczego gracza. Tego w pierwszym Battlefroncie nie było i wielu graczy wytykało EA to niedociągnięcie. Dlatego też tym razem postanowiono opowiedzieć zupełnie nową historię ze świata Gwiezdnych Wojen, której akcja osadzona jest między częścią VI i VII filmowej sagi.
Iden Versio, komandor imperialnego oddziału do zadań specjalnych, ląduje na lesistym księżycu planety Endor niemal dokładnie w tym momencie, kiedy Lando Calrissianowi udaje się wpakować torpedy protonowe w rdzeń drugiej Gwiazdy Śmierci. Cytując klasyka: coś się kończy, coś się zaczyna.
Ponoć z takiego kubka popijał kawę Chewbacca, kiedy robił trasę na Kessel w 12 parseków. A teraz Good Loot postanowił zrekonstruować to rytualne naczynie Wookich... No dobra, my też nie wierzymy w historię o Chewbacce, ale kubek skutecznie umila nam rozgrywkę w Star Wars: Battlefront II i oczekiwanie na Ostatnich Jedi:)
Wierna ideałom Palpatine’a dziewczyna postanawia wykonać ostatni rozkaz swojego nieżyjącego już suwerena. I chociaż nie zna szczegółów planu, ślepo wierzy przełożonym. W każdym razie do czasu… Na tym poprzestanę, żeby nie zdradzać zbyt wiele z tej ciekawie zapowiadającej się fabuły.
Bo chyba każdy przyzna, że punkt wyjścia jest pierwsza klasa. Nie dość, że opowieść zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym miała swój finał klasyczna trylogia, to jeszcze przerzuca się gracza na drugą stronę barykady i wciska go w lśniącą zbroję elitarnego szturmowca.
Na tym fundamencie można było zbudować naprawdę ciekawy łącznik między Powrotem Jedi, a Przebudzeniem Mocy. Zwłaszcza, że ten ostatni film zostawił za sobą sporą połać ziemi niczyjej gotowej by zagospodarować ją historią narodzin Najwyższego Porządku i metamorfozą Rebelii w Ruch Oporu.
Niestety, żaden z tych wątków nie zostaje podjęty przez scenarzystów Star Wars: Battlefront II. Zamiast tego, dostajemy słodkawą do przesady historię imperialnej pani oficer, którą targają moralne rozterki wątpliwej jakości.
Nie znaczy to jednak, że podróż przez kampanię była dla mnie doświadczeniem pozbawionym jakiejkolwiek wartości. Nie, nie, ma ona swoje momenty i kiedy przymknąć oko na przewidywalne zwroty akcji i pojawiający się niekiedy brak logiki, zabawa jest naprawdę przednia.
Zwłaszcza, że miałem okazję jeszcze raz powrócić do wielu niezapomnianych miejsc znanych z filmowej sagi, takich jak wspomniany już księżyc Endora, malownicze bulwary stolicy Naboo czy obskurna, ale jakże przytulna knajpa Maz Kanaty.
Do tego w wielu misjach przyszło mi wcielić się w kultowych bohaterów Lucasa i już za samo to doświadczenie twórcom Star Wars: Battlefront II należą się brawa. Stawiane przede mną zadania były wprawdzie dosyć nierówne i czasami niemal przysypiałem przed ekranem, ale chwilę później dla równowagi rozbudzałem się podczas jednej z ekscytujących kosmicznych bitew albo naziemnego starcia na ogromną skalę.
Ważąc te wszystkie plusy i minusy, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że historia Iden Versio pewnie nie zabawi zbyt długo w mojej pamięci, mimo że dostarczyła mi sporo frajdy.
O ile jednak opowieść o przemierzającej ruiny po Imperium pani komandor szybko przemija, o tyle tryb wieloosobowy wciąga bez reszty i skutecznie powoduje syndrom „jeszcze jednej potyczki”.
Gwiezdne wojny
Polski tytuł sagi Lucasa jest przez jej fanów powtarzany tak często, że zdążyło z niego wyparować już całe znaczenie. A przecież o wojny tutaj przede wszystkim chodzi, i o gwiazdy, wśród których toczą się te kosmiczne batalie.
Star Wars: Battlefront II dosadnie mi o tym przypomniał, szczególnie w sieciowym trybie Galaktycznego Szturmu. To właśnie w tych czterdziestoosobowych bitwach polegających na realizacji kolejnych zadań bojowych fraza „gwiezdne wojny” odnajduje swoje pierwotne znaczenie.
No dobra, nie będziemy ściemniać, że to breloczek, który Han Solo miał przy kluczykach do Sokoła. To kolejny gadżet od Good Loot, który przypomina nam o rychłym powrocie Skywalkera
W przeciwieństwie do pierwszego Battlefronta „dwójka” może się pochwalić całkiem sporym pakietem lokacji. Na plażach Kashyyyk rzucono mi wyzwanie zniszczenia czołgów Separatystów i zabezpieczenie ewakuacji ocalałych Wookich.
W korytarzach drugiej Gwiazdy Śmierci wcieliłem się w jednego z Rebeliantów, którzy próbują się wyrwać ze szponów sług Vadera po tym, jak ich statek rozbił się w jednym z hangarów super-bazy Imperium. Z kolei na zasypanej śniegiem powierzchni Starkillera ramię w ramię z Kylo Renem dawałem odpór nacierającym lądem i niebem siłom Ruchu Oporu.
W Star Wars: Battlefront II nie zabrakło też wariacji na temat map znanych z jego poprzednika. Raz jeszcze mogłem więc wziąć udział w bitwie o Hoth, której lodowe pustkowia tym razem odmalowano w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca, a Ewoki ponownie podjęły mnie gościną na księżycu Endora, choć teraz wizyta odbyła się porą nocną.
Krótko mówiąc, w trybie Galaktycznego Szturmu jest w czym przebierać. Cieszy też, że zmieniono niektóre z aspektów rozgrywki, na przykład usuwając wyjątkowo irytujący system żetonów.
Tym razem, żeby przyzwać na pole bitwy pojazd lub wcielić się w jednego z legendarnych bohaterów starczy uzbierać określoną liczbę punktów i wydać ją przy kolejnym odrodzeniu.
Niestety, niekiedy pod koniec danej partii zbyt wiele osób decyduje się na wprowadzenie do bitwy czołgu, Luke’a Skywalkera czy innego Boby Feta, co powoduje, że poziom chaosu niebezpiecznie podskakuje. Nie zmienia to jednak faktu, że w Star Wars: Battlefront II jest go zdecydowanie mniej, niż w pierwszej części gwiezdnej strzelaniny.
A na dowód, że Good Loot w ogóle dobry loot rozprowadza - koszulka z TIE Fighterem, czyli… TIE-shirt. No dobra, żart trochę suchy, ale sama koszulka urzeka. Zwłaszcza takich starych imperialnych wiarusów jak my
Do tego dochodzą też pomniejsze tryby, które oferują na przykład swobodną drużynową strzelaninę albo przepychanki niewielkich składów o regułach zbliżonych do klasycznego „capture the flag”. Nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć też Bohaterów i Złoczyńców, czyli sześcioosobowych starć legendarnych postaci z Gwiezdnych Wojen.
I tutaj też co nieco zmodyfikowano. Tym razem nie walczy się już do ostatniej krwi, ale eliminuje cyklicznie losowane spośród trzyosobowych drużyn cele. W związku z tym nie musiałem już, tak jak w Battlefroncie numer jeden, czekać w ciele szturmowca aż wszyscy bohaterowie padną, żeby wreszcie wskoczyć w buty mojego ulubionego herosa, ale mogłem pozostawać w nich przez cały czas trwania meczu. Osobiście uważam to za spore udoskonalenie tego prostego, ale, bądź co bądź, ekscytującego trybu.
Można by na tych atrakcjach już poprzestać, ale nie mogę się powstrzymać, żeby tekstem lektora z telezakupów nie dopowiedzieć: „To jeszcze nie wszystko!”. Teraz pora spojrzeć na gwiazdy, bo tam Star Wars: Battlefront II rozwija skrzydła, których nie spodziewałem się u niego znaleźć.
Nie ma to jak eksplozje w próżni
Tryb Eskadra był już wprowadzony w pierwszym Battlefroncie. Ot, bitwy powietrzne. Nic dodać, nic ująć. I rzeczywiście, w „jedynce” ten tryb zupełnie mnie nie porwał. Był dla mnie dosyć chaotyczną strzelaniną, w której nijak nie mogłem się odnaleźć, a mój wynik bardziej zależał od farta, aniżeli od czegokolwiek innego.
Dopiero jeden z dodatków do Battlefronta z 2015 roku wprowadzał atak na Gwiazdę Śmierci, w którym należało po kolei realizować taktyczne cele, żeby na koniec móc wpakować torpedę protonową w chyba najsłynniejszą niedoróbkę konstrukcyjną świata. O, tak, dopiero ta mapa sprawiła, że bezpłciowa Eskadra nabrała rumieńców.
Nic więc dziwnego, że twórcy Star Wars: Battlefront II poszli tym samym tropem projektując kosmiczne pola bitew. Znowu stawiano przede mną cele, takie jak niszczenie nadlatujących bombowców, ochrona niszczycieli, czy torpedowanie generatorów osłon. I wypadło to naprawdę wyśmienicie!
Kiedy pierwszy raz w ferworze walki wleciałem w trzewia imperialnej stoczni na orbicie planety Fondor, poczułem się jakbym wskoczył w sam środek filmowej sceny. Pościg ciasnymi korytarzami bazy za rebelianckim Y-Wingiem dosłownie wcisnął mnie w fotel.
Innym razem przyszło mi lawirować między unoszącymi się nad oceanem budowlami planety Kamino w pogoni za myśliwcami Separatystów. I w każdej z tego typu sytuacji emocje sięgały zenitu.
Można powiedzieć, że Star Wars: Battlefront II to na dobrą sprawę co najmniej dwie gry w jednej. Bitwy naziemne to tylko jedna połowa tego smakowitego jabłka, które dopełniane jest potyczkami w przestworzach.
I taki prezent od Good Loot… znaczy, od Mikołaja oczywiście, to my rozumiemy! Zaraz obok biletów na premierę Ostatnich Jedi, rzecz jasna
To nie są frajerzy, których szukacie
Wielkie bitwy na kultowych planetach, fenomenalne lokacje, bohaterowie i postacie z wszystkich części gwiezdnej sagi, kosmiczne starcia, które mogą przyprawić o zawrót głowy i mistrzowska oprawa audiowizualna. Czy trzeba czegoś więcej?
Pewnie, na upartego znajdzie się parę minusów, takich jak zabójcze dla klimatu mieszanie bohaterów z różnych epok w ramach jednej bitwy, kulejący miejscami balans, czy też miałką opowieść w kampanii. No, ale poza tym wszystko prima sort!
I właśnie w tym momencie przypomina mi się cytat z piosenki Młynarskiego o panach, którzy wszystko, za co się zabiorą, spie***ą: „Czasem facetów, by mieć to z głowy, ktoś tam przerzuci | do jakiejś sprawy, co jest na oko nie do popsucia… | Już się prężą mózgów szeregi, wzrok się pali, już widzimy, żeśmy kolegi nie doceniali”.
I ja podobnie nie doceniłem „twórczego zapału” EA. Myślałem, że tak solidnej produkcji nie da się storpedować, nie da się strzelić jej w kolano, nie da się jej posłać na dno jeszcze przed premierą. A tymczasem… Jak się nie da, skoro się da! Nowego wydźwięku nabiera znany slogan reklamowy: „Impossible is nothing”.
Bo chociaż zrezygnowano z przerzucania zawartości do płatnych dodatków i zmuszania graczy do uzupełniania „podstawki” przepustką sezonową, to wymyślono nowy sposób na wyciśnięcie z kury złotego jajka. Jedno słowo: mikropłatności. Drugie: skrzynki.
Część zawartości Star Wars: Battlefront II w momencie rozpoczęcia rozgrywki jest zablokowana. W porządku, to jeszcze nie grzech, w końcu wiele tytułów postępuje w podobny sposób. Dajmy na to, w blizzardowym Overwatchu większość skórek, emotek i wzorów grafitti wyskakuje losowo ze skrzynek.
No, tak, tylko, że w Star Wars: Battlefront II nie chodzi o elementy estetyczne, ale na przykład o postać Luke’a Skywalkera lub tak zwane gwiezdne karty. I to właśnie te ostatnie sprawiają, że Star Wars: Battlefront II aspiruje do niechlubnego miana „Pay2Win”. Dzieje się tak ponieważ zadaniem wspomnianych kart jest ulepszanie zdolności poszczególnych klas żołnierzy, a nawet bohaterów.
Jasne, można uciułać na nie spędzając nieprzespane noce nad nową strzelaniną od EA, ale zajmuje to całe wieki. Znacznie prościej wydać trochę realnej forsy na skrzyneczki z losową zawartością. A nuż z jednej z nich wypadnie pożądana przez nas karta, która sprawi, że z przeciętniaka zamienimy się w wymiatacza?
Na szczęście społeczność graczy nie jest tak naiwna jak zakładało EA i natychmiast w Internecie rozgorzała burza. W jej efekcie nie tylko znacznie obniżono ceny bohaterów, ale też zawieszono (nie, nie zlikwidowano, a jedynie zawieszono – tu trzeba być precyzyjnym) mikropłatności.
Wydaje się to być uzasadnionym posunięciem, skoro nie tylko gracze utyskiwali na to rozwiązanie, ale nawet belgijska komisja hazardowa postanowiła mu się dokładniej przyjrzeć. I tak oto przyszłość jednej z najlepszych gier ostatnich czasów, której akcje osadzono w uniwersum Gwiezdnych Wojen, zawisła na włosku.
Ostatni wybór Vadera
Tak, tak, to nie żarty z tą Ciemną Stroną. Star Wars: Battlefront II zdecydowanie wpadł w jej sidła. Ale, jak pokazują liczne przykłady z gwiezdnej sagi, nawet poplecznicy Ciemnej Strony mogą być potężnymi wojownikami. I tak też jest w tym przypadku.
Osobiście zabawię pewnie jeszcze w świecie Star Wars: Battlefront II przez dłuższy czas. Nie liczę na to, że uda mi się odblokować całą jego zawartość, jeśli faktycznie – tak jak ktoś to wyliczył, - potrzebne jest na to, bagatela, kilka tysięcy godzin. Mam tylko nadzieję, że za chwilę serwery nie zaczną świecić pustkami.
Może tak się nie stanie, jeśli gracze dadzą Star Wars: Battlefront II szansę, mimo złej sławy, jakiej dorobił się ten tytuł. Zwłaszcza, że nawet w obecnym kształcie jest to źródło fenomenalnej frajdy, a dla zagorzałych fanów sagi Lucasa to cyfrowa lektura obowiązkowa.
Nie będę jednak wybielał EA i w żaden sposób usprawiedliwiał ich decyzji. Wydawca Star Wars: Battlefront II stoi teraz przed dylematem podobnym jak ten, któremu musiał stawić czoła Darth Vader w finale Powrotu Jedi. Czy iść w zaparte i ślepo służyć Imperium czy znaleźć jakiś sposób na odkupienie win?
Oby wydawcom gwiezdnej strzelaniny udało się podjąć właściwy wybór, zanim rebelianckie torpedy zapoczątkują reakcję łańcuchową, która rozwali wszystko w drobny mak.
Ocena końcowa:
- fenomenalna oprawa audiowizualna
- spora liczba lokacji, planet, bohaterów i pojazdów
- motywy z wszystkich części filmowej sagi
- ekscytujące potyczki sieciowe
- kosmiczne bitwy dają sporo frajdy
- kampania dla pojedynczego gracza nie zwala z nóg, ale zdecydowanie ma swoje momenty
- banalna historia i nielogiczności w kampanii
- pomieszanie postaci z różnych epok w ramach jednej bitwy niekiedy psuje klimat
- balans w potyczkach sieciowych czasami zawodzi
- system odblokowywania zawartości, takich jak gwiezdne karty!!
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
bardzo dobry - Grywalność:
dobry plus
92% 4,6/5