Star Wars: Battlefront – odległa galaktyka w pełnej gotowości bojowej

Star Wars: Battlefront miał swoją premierę ponad rok temu, ale dopiero teraz, za sprawą pewnego łotra, możemy spojrzeć na tę produkcję jak na skończone dzieło.

Ostatnia cegiełka Star Wars: Battlefront

Jak mawia tytuł pewnego zbiorku opowiadań, coś się kończy, coś się zaczyna. W przypadku Star Wars: Battlefront to zdanie jest szczególnie adekwatne. Oto w kinach „Łotr 1: Gwiezdne Wojny – historie” popełnia nie lada precedens otwierając filmową podserię lucasowskiej sagi Star Wars, a jednocześnie największe gwiezdnowojenne wydarzenie zeszłorocznego świata gier powoli się domyka. 

Star Wars: Battlefront - scena z filmu Łotr 1

Patrząc wstecz na stosunkowo krótkie dzieje Star Wars: Battlefront, można dostrzec w nich amplitudę drobnych wzlotów i upadków. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że to nasycone Mocą dzieciątko EA wcale nie zostało tak ciepło przyjęte, jak spodziewali się twórcy. 

Owszem, część graczy od wejścia uznała Star Wars: Battlefront za (nomen omen) skończone arcydzieło, ale nie brakło też takich, którzy oburzyli się, że to jawna kpina z cyfrowego staruszka o tej samej nazwie. 

W toku tej dyskusji chyba najsilniej podkreślano znaczenie dodatków, które miały dopiero uzupełnić kontrowersyjną w oczach wielu podstawkę.

Teraz, kiedy Scarif zamknęło wreszcie listę DLC, można ponownie zastanowić się nad zasadnością wszystkich ocen Star Wars: Battlefront i z dzisiejszej perspektywy przeanalizować, które zmiany podziałały na korzyść tej produkcji, a które okazały się równie skuteczne, jak imperialne plany zdławienia Rebelii.

Jak to na prowincji

Nasza opowieść o Star Wars: Battlefront zaczyna się, niczym historia pióra Dickensa, pewnego mroźnego grudniowego dnia. Wtedy to właśnie tysiące graczy, wyczekujących z niecierpliwością premiery Przebudzenia Mocy, postanowiło pobrać pierwszy, a ponadto darmowy dodatek, jakim była Bitwa o Jakku.

Poza podkręceniem i tak już rozbuchanej kampanii reklamowej Disneya, dużo więcej nie wynikło z tego ogólnoświatowego wydarzenia. Ot, do battlefrontowego zbioru map dodano jeszcze jeden pustynny krajobraz, który trochę inaczej, niż pozostałe zaśmiecono kosmicznym złomem. 

Star Wars: Battlefront - Bitwa o Jakku

Pamiętam moje rozczarowanie, kiedy przebiegłem się po jakkowskich wydmach raz i drugi, docierając do wszystkich krańców terenu. Wtedy właśnie pojąłem ze smutkiem, że zawalone wrakami góry piachu to cała ta wielka bitwa, która zdążyła już obrosnąć legendami o strąconych niszczycielach i rebelianckiej odwadze.

Owszem, zabawy starczyło na parę godzin, ale kiedy już się skończyła, nie pozostało nic więcej, jak zaczekać na kolejne rozszerzenie. Zewnętrzne Rubieże (bo tak zatytułowano nadchodzący, płatny już dodatek) miały wzbogacić Star Wars: Battlefront o znacznie więcej – modne słowo: - „contentu”, niż Bitwa o Jakku.

No i tak się rzeczywiście stało. Wprawdzie nie wprowadzono żadnej nowej planety względem tego, co już widzieliśmy, ale dodano kilka ciekawych map. Znane z podstawki Tatooine i Sullust ukazano od trochę innej strony. Przyznaję, że z przyjemnością przemierzałem znane z Powrotu Jedi korytarze pałacu Jabby i odkrywałem industrialne wnętrza niewidzianej nigdy wcześniej fabryki SoroSuub.

Star Wars: Battlefront - Pałac Jabby

W szczególności przypadła mi do gustu filmowość siedziby Hutta i szczegółowość, z jaką zostały  zaprojektowane wszystkie cztery nowe mapy, bo tyle ich w sumie dodano, łącznie ze wspomnianym już zakładem na Sullust.

Jednak wciąż wydało mi się to małym poszerzeniem (wszech)świata Star Wars: Battlefront i wkrótce Zewnętrzne Rubieże stały się dla mnie nieco monotonne. Widocznie nawet kosmiczna prowincja, wciąż jednak pozostaje prowincją, a ta ma to do siebie, że potrafi znudzić.

Dopiero w kolejnym dodatku znalazł się zupełnie dziewiczy obszar. I chociaż podjęta przez twórców Star Wars: Battlefront decyzja wcale nie była oczywista, zaczęło się robić naprawdę ciekawie.    

Z głową w chmurach i blasterem w garści

Bespin! Zwątpiłem, przyznaję. Dlaczego akurat ta planeta, skoro jej podniebne budynki nie kojarzą się z bitwami na wielką skalę? Owszem, Tatooine też nie było w filmach wykorzystane jako sceneria dla olbrzymich batalii, ale przynajmniej miało w sobie sporo potencjału, żeby do takiego właśnie celu go użyć.

W przypadku Miasta w Chmurach trudno mówić o jakimkolwiek „front”, a już zwłaszcza „battle”. Ciasne korytarze, jakkolwiek bardzo estetyczne, w moim wyobrażeniu nadawały się co najwyżej do kilkuosobowej strzelaniny, a nie starć angażujących dziesiątki żołnierzy.

Star Wars: Battlefront - korytarzowość lokacji

I chociaż rozgrywane w nich potyczki rzeczywiście częściej mają raczej charakter bojowych podchodów, a nie gigantycznych manewrów, zdarza im się rozmachem dorównać nawet bitwie o Hoth. Tym samym wypadają one naprawdę nieźle i przy tej okazji jeszcze raz muszę podkreślić ten niekwestionowany walor wszystkich map Star Wars: Battlefront, jakim jest ich „filmowość”. 

Wcielając się w Luke'a Skywalkera, który stawia czoła (uwaga, spoiler ;)) swojemu ojcu, miałem wrażenie, jak gdybym znalazł się w jednej ze scen Imperium Kontratakuje. Pomimo tego, że kolor miecza mojego bohatera nie do końca korespondował ze scenerią.

Star Wars: Battlefront - Bespin

Niestety, nie wszystkie tryby rozgrywki w podniebnym mieście wywołały we mnie aż tak pozytywne emocje. Olbrzymim rozczarowaniem okazała się Eskadra, czyli starcie gwiezdnych myśliwców. 

Głównie ze względu na możliwość kierowania bespinowymi „taksówkami” (w każdym razie z tym zawsze kojarzyły mi się te malutkie pojazdy). Ich pościgi za potężnymi TIE Fighterami wydały mi się mocno groteskowe. Być może niesłusznie, ale nie dałem rady wyzbyć się tego wrażenia.

Star Wars: Battlefront - Miasto w Chmurach

Jednak koniec końców Bespin był pierwszym dodatkiem do Star Wars: Battlefront, który zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie. Prędko też opuściło mnie zdziwienie wyborem akurat tego miejsca, kiedy zorientowałem się, że jego głównym konkurentem była bagnista planeta Dagobah. 

Wyobrażenie szturmowców tłoczących się w miniaturowej chatce Yody skutecznie przekonało mnie, że Bespin rzeczywiście był lepszym kandydatem do blasterowych strzelanin.

Jak się prędko okazało, od tej pory dobra passa Star Wars: Battlefront miała nabrać nie lada rozpędu. Szkoda, że dopiero w trzecim akcie tej historii (jeśli liczyć ten mały gratis, jakim była Bitwa o Jakku), ale lepiej późno, niż wcale. Zwłaszcza, że zaserwowana w dalszej kolejności Gwiazda Śmierci okazała się być prawdziwym skarbem. 

Red Five, standing by!

„To nie księżyc, to stacja bojowa!” Kto nie zna tego cytatu? No, kto? Nie widzę! I nie sposób się temu dziwić, bo Gwiazda Śmierci to miejsce kultowe. Wprawdzie też trudno sobie wyobrazić wielkowymiarowe bitwy, które toczyłyby się w jej ciasnych przejściach, ale sam status imperialnej legendy czyni ją wyborem oczywistszym, niż na przykład Bespin.

A skoro to legenda, to można od niej wymagać naprawdę dużo. Co ciekawsze, bez problemu dorosła ona do moich nieco wygórowanych oczekiwań. Strzelaniny w jej wnętrzu, chociaż nie dorównują bitwie myśliwców toczącej się nad jej powierzchnią, do złudzenia przypominają kultowe sceny z pierwszego filmu, kiedy to Han i Chewie ganiali z rykiem za szturmowcami.

Star Wars: Battlefront - korytarze Bespin

Jednak dopiero połączenie pieszych potyczek z podniebną batalią sprawia, że Gwiazda Śmierci prezentuje przed nami pełnię swojego mrocznego czaru. Tryb Stacji Bojowej umożliwia sekwencyjne przechodzenie map, które ułożone zostały w rodzaj opowieści o rebelianckim szturmie na kulistego giganta. (Pewnie nie przypadkiem ten sposób organizowania rozgrywki sieciowej przypomina wprowadzone w Battlefield 1 Operacje)

O ile „eskadrowe” boje zawsze pozostawał szarą myszką Star Wars: Battlefront, o tyle tutaj nabrały prawdziwym rumieńców. Już sam cel misji, jaki wyświetla się na ekranie, czyli „Zniszcz Gwiazdę Śmierci” potrafi skutecznie podnieść adrenalinę.

To z kolei prowadzi mnie do wniosku, że wszystkie kwestie schodzą na dalszy plan w obliczu symbolicznego znaczenia wykonywanego przez nas zadania. 

Star Wars: Battlefront - atak na Gwiazdę Śmierci

Jeszcze jednym przykładem na poparcie tej tezy jest ratowanie droida z korytarzy imperialnej stacji. Wprawdzie analogiczny tryb pojawił się już w podstawce, ale dopiero teraz wydał mi się on naprawdę interesującym. Bo oto okazało się, że po raz pierwszy eskortowany przez nas robot nie jest anonimową puszką na kółkach, ale bliskim sercu R2D2.

Szkoda, że nie wszystkie dodatki do Star Wars: Battlefront zostały pomyślane w podobny sposób, co Gwiazda Śmierci. Chociaż kolejne rozszerzenie okazało się nie mniej filmowe. W tym sensie, że pokazało nam co  nieco z nadchodzącego wielkimi krokami Łotra 1. A może nawet odsłoniło trochę za dużo.

Łotrowskie chaszcze

Nasza przygoda z rozszerzeniami do Star Wars: Battlefront rozpoczęła się od zimowej Bitwy o Jakku i kończy się również w grudniowej scenerii pojawieniem się dodatku Łotr 1: Scarif. Oczywiście, jest to, podobnie jak pierwsze DLC, element kampanii marketingowej Disneya, ale nie znaczy to, że można go traktować po macoszemu.

Star Wars: Battlefront - Gwiezdny Niszczyciel

To uzasadnione podejście, bo okazuje się, że ten przedsmak kinowej podserii to pełnoprawna mapa. W dodatku dosyć oryginalna. Jak podkreślają twórcy filmu, tropikalny klimat Scarif był podyktowany brakiem porośniętej dżunglą planety w oryginalnej trylogii stworzonej przez Lucasa. Co za tym idzie, ten świat jest także unikalny dla uniwersum Star Wars: Battlefront.

Star Wars: Battlefront - Łotr 1 Scarif

Przemykanie się w egzotycznych chaszczach i desperackie biegi po ostrzeliwanej plaży składają się  na gwiezdnowojenną bitwę, o jakiej zawsze marzyliśmy, nawet jeśli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

Co więcej, tutaj również pojawia się pewna opowieść złożona z kilku misji, co przypomina tryb Stacji Bojowej z dodatku Gwiazda Śmierci. Tym razem nadano temu nazwę Infiltracji. Otwiera ją bitwa w przestrzeni kosmicznej, której celem jest otwarcie śluzy prowadzącej na powierzchnię Scarif. Następnie do naszych celów należy sabotaż angażujący siły przeciwnika i ewakuacja pozyskanych z imperialnej bazy nośników informacji.

Star Wars: Battlefront - bitwa w kosmosie

I choć całe to łotrowskie rozszerzenie spisuje się na medal, nakłania mnie ono do pewnej refleksji. Otóż, mam wrażenie, że o ile Bitwa o Jakku była przyjemnym aperitifem, który ledwo zahaczał o fabułę nadchodzącego filmu, o tyle Scarif może co nieco zdradzać ze scenariusza gwiezdnowojennego hitu tej zimy. 

Ale to tylko moje domysły, które zweryfikuje dopiero premiera Łotra 1. Jeśli jednak rzeczywiście tak jest, to szkoda, że twórcy Star Wars: Battlefront zmienili strategię promowania filmów, bo zamiast nakreślania tła dla widzianych na wielkim ekranie wydarzeń, po prostu serwują nam ich cyfrową powtórkę.

Greedo sprzątnął Obi-Wana

Oczywiście, trzeba pamiętać, że rozszerzenia do Star Wars: Battlefront to nie tylko nowe mapy. Każde z nich przyniosło ze sobą też niewidziane dotąd tryby rozgrywki (spośród których najbardziej innowacyjne okazały się opisane już Stacja Bojowa i Infiltracja), cały arsenał nowych spluw i gadżetów, pojazdy kosmiczne, a także grono mniej lub bardziej filmowych bohaterów.

Star Wars: Battlefront - bohaterowie

I tak twórcy Star Wars: Battlefront poszerzyli ekipę elitarnych postaci między innymi o Lando Calrissiana, Chewbaccę czy Greedo. Każda z nich dysponuje, rzecz jasna, własnym niepowtarzalnym pakietem umiejętności i stanowi nie lada wyzwanie dla zwyczajnych żołnierzy, czy to Rebelii, czy też Imperium.

Star Wars: Battlefront - Chewbacca

Wszystko bardzo pięknie! Mówię to bez ironii... No, prawie bez ironii. Bo mimo, że ten bohaterski skład jest na chwilę obecną naprawdę spory, a rozgrywka każdą z postaci to odmienna przygoda, to jednak trochę razi mnie ich dobór. 

Przypomnijmy, że na liście nazwisk znalazł się na przykład Greedo, który zasłynął tylko tym, że zapoczątkował niekończącą się dyskusję „Kto strzelił pierwszy?”, a nawet Nien Nunb, czyli kosmita-śmieszek (przepraszam, ale takim właśnie go zapamiętałem). 

Star Wars: Battlefront - Orson Krennic

W porządku, nie mam nic przeciwko cyfryzacji tych dwóch panów. The more the merrier! Ale, na litość boską, nie kosztem Obi-Wana! W tej kwestii nie mam żadnej wyrozumiałości dla twórców Star Wars: Battlefront. Wprowadzają do swojej produkcji wysoce drugoplanowych uczestników gwiezdnowojennych opowieści, a zapominają o generale Kenobim. To niedopuszczalne zachowanie.

Rozumiem, że staruszek z Tatooine nie ma w swoim zanadrzu zbyt wielu sztuczek, poza wmawianiem ludziom, że widziane przez nich droidy nie są tymi, których szukają, ale przecież mieczem wywijać jeszcze jako tako potrafi i z powodzeniem mógłby zagościć w Star Wars: Battlefront. 

Jak dla mnie, znalazłoby się dla niego miejsce w tym tytule, nawet gdyby jedyną jego umiejętnością specjalną było łażenie po planszy i gadanie z angielskim akcentem. Być może jest to nieco osobisty zarzut względem Star Wars: Battlefront, ale dyskusje na forach internetowych dobitnie udowadniają, że zezłomowanie starego Bena przez EA spotyka się nie tylko z moim oburzeniem.  

Star Wars: Battlefront - pokonaj imperialnych

Użyj gogli, Luke

Moc jest silna w wirtualnej rzeczywistości. A w każdym razie coraz silniejsza, bo przecież ta technologia dopiero raczkuje. Twórcy Star Wars: Battlefront doskonale zdają sobie sprawę z potęgi drzemiącego w niej potencjału. 

Dlatego też przy okazji dodatku Łotr 1: Scarif dla posiadaczy PlayStation VR przygotowano też specjalną misję wykorzystującą ten ekscytujący wynalazek naszych czasów.

Star Wars: Battlefront - atak na Gwiezdny Niszczyciel

W ramach tegoż DLC (możliwego do pobrania za darmo, aczkolwiek wymagającego podstawowej wersji Star Wars: Battlefront) wcielamy się w rebelianckiego pilota zasiadającego za sterami X-Winga. Czytając taki opis można by powtórzyć anglosaskie porzekadło: dreams come true! Niestety, rzeczywistość nie jest tak kolorowa, jak można było się spodziewać. W każdym razie w moich oczach taką nie była. 

Zacznijmy jednak od pozytywów. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie – o dziwo! - plansza tytułowa, kiedy to nad głową gracza pojawia się majestatyczny AT-AT. Później przenosimy się do czegoś w rodzaju hangaru (mimo, że w rzeczywistości to model X-Winga „naklejony” na białe tło). Tutaj możemy z wielu stron obejrzeć swój myśliwiec, pobawić się jego kontrolkami i pełnym przełączników panelem, a także poprzyglądać się pokładowemu droidowi, który krząta się dokoła pojazdu.

Star Wars: Battlefront - we wnętrzu X-Winga

Jak łatwo się domyślić, po tym bardzo estetycznie wykonanym wstępie, który daje sporo niezłej, choć „garażowej” zabawy, wskakujemy do kokpitu gwiezdnego odrzutowca i ruszamy do kosmicznej bitwy. Po pokonaniu pasa asteroid natrafiamy na imperialny patrol, który zresztą jest zaskakująco duży, jako że w jego skład wchodzi nawet olbrzymi niszczyciel. Latanie nad kadłubem tego ostatniego robi świetne wrażenie, ale cała reszta jakoś mnie nie porwała.

Pierwsze chwile w kokpicie X-Winga były zapowiedzią naprawdę wspaniałej przygody, ale reszta misji rozczarowała mnie swoją małą oryginalnością. Jasna sprawa, to tylko próbka, a raczej zwiastun tego, co twórcy Star Wars: Battlefront lub jakiekolwiek inne studio będzie mogło nam zaoferować w przyszłości, ale i tak ta wirtualna zapowiedź mogła być bardziej atrakcyjna. Żałuję, że nie zdecydowano się na wykorzystanie technologii VR do przeniesienia nas na przykład w sam środek ataku na Gwiazdę Śmierci.

Star Wars: Battlefront - słynna scena ataku na Gwiazdę Śmierci

Pewnie o takiej, a nie innej kosmicznej scenografii zadecydowały ograniczenia natury technicznej, ale tylko sobie wyobraźcie jak wspaniałe doznania mogłyby nas spotkać! Zobaczyć przed sobą słynny komputer pokładowy Luke'a Skywalkera w całej jego trójwymiarowości, a następnie wyłączyć go i wpakować „na czuja” dwie torpedy w kanał wentylacyjny bojowego giganta... Ech, to byłoby naprawdę coś!

Gdyby mistrz Yoda mógł skomentować tę moją fantazję, zapewne powiedziałby z charakterystycznym dla siebie stoicyzmem: „Cierpliwości tobie potrzeba!”.

O, biedny Sulluście!

Po tej wycieczce w futurystyczną rzeczywistość wirtualną cofnijmy się jeszcze na chwilę do dnia premiery Star Wars: Battlefront. Jak pamiętamy, w podstawce znalazły się mapy osadzone w zimowym świecie Hoth, w pustynnych krajobrazach Tatooine, na lesistym księżycu Enodra oraz na wulkanicznej planecie Sullust. Właśnie to ostatnie z wymienionych miejsc jest dla mnie pozostałością niezrealizowanej obietnicy.

W końcu nie znaliśmy go z filmowej trylogii (wspomniane było bodajże w jednym dialogu) i dlatego też wydało mi się zapowiedzią tego, że Star Wars: Battlefront nie będzie ograniczał się jedynie do uniwersum Lucasa, ale sięgnie też po nieznane z filmów lokacje. Jak się okazało, była to nadzieja płonna.

Star Wars: Battlefront - dżungla na planecie z Łort 1

Być może w trakcie prac nad dodatkami po prostu zmieniła się koncepcja twórców Star Wars: Battlefront. Tym niemniej szkoda, że tak się stało, bo ten tytuł mógł się okazać znacznie atrakcyjniejszy, gdyby odważniej dobierano do niego mapy i sięgano po miejsca, które do tej pory były ukryte przed naszym wzrokiem. Co jeszcze mogło dołączyć do Sullust? Może Alderaan? Nie dowiemy się tego chyba już nigdy. A już na pewno nie w najbliższym czasie.

Wulkaniczny świat pozostał dla mnie bardzo malowniczym, ale mimo wszystko jedynie wspomnieniem nigdy niezrealizowanej obietnicy. Bo przecież tak można było odczytać jego pojawienie się w premierowym zestawie map. 

Star Wars: Battlefront - Sollust

Koniec początku

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Star Wars: Battlefront wzbogacił się o naprawdę dużą liczbę zarówno map, bohaterów, jak i pomniejszych nowinek. Dla niektórych osób może to stanowić pewną rekompensatę ciekawie zaprojektowanej, ale jednak dosyć ubogiej w treści podstawy.

Dla innych będzie to jedynie dowód na to, że EA gotowe jest wypuścić półprodukt po to tylko, żeby potem zarobić parę dodatkowych groszy na jego uzupełnieniach. Ocena końcowa tego gwiezdnowojennego hitu zależy w dużej mierze od przyjętego punktu widzenia, a co za tym idzie, każdy musi jej dokonać na własną rękę.

Star Wars: Battlefront - walka w ciasnych korytarzach

Warto raz jeszcze zadać sobie pytanie, czy dodatek Łotr 1: Scarif jest jednocześnie końcem Star Wars: Battlefront? Pewnie rzesza wiernych fanów tej produkcji wciąż będzie spędzać przy niej wiele dni, wieczorów i nocy. Natomiast dla twórców jest to dobry moment, żeby skoncentrować się na dalszych planach.

Jak głoszą plotki, w fazie przygotowań znajduje się już Star Wars: Battlefront II. Nie sposób jednak powiedzieć na tę chwilę, czego można się po nim spodziewać. Osobiście mam nadzieję, że nie będzie sięgał po epizody od I do III, a zamiast tego ukaże nam miejsca i bohaterów znanych z najświeższych części gwiezdnej sagi. 

A przede wszystkim liczę na to, że niezależnie od obranego przez twórców kierunku, w ich nowym dziele Moc będzie naprawdę silna. 

Star Wars: Battlefront - klimatyczne lokacje
Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ