O tabletach to i owo
Notion Ink Adam, Sony Xperia Tablet S, HTC Flyer, HP Touchpad - prawdopodobnie dla wielu z Was są to całkowicie obce urządzenia. Tymczasem dla mnie, osoby mocno zakorzenionej w temacie, to kultowe tablety, bez których ten rynek nigdy nie byłby taki sam. Ale właściwie, no właśnie, czy on jeszcze w ogóle istnieje? A jeśli tak, to czy ma jakiekolwiek szanse na przetrwanie czy już jedynie dogorywa? Pochylmy się dziś nad tematem, który – jak na pewno zauważycie – jest dość mocno kontrowersyjny. Może nie jak strój Dody na gali jubileuszu jednego z dzienników, ale jednak.
Sporo się zmieniło…
Uwielbiam obserwować nowe technologie. Ich rozwój. To, jak ewoluują urządzenia elektroniczne; co się zmienia, co stoi w miejscu; jakie są trendy, czego używają ludzie; co wydaje im się przyjazne, a co nie. Do takiej refleksji pobudzają wspominki dotyczące tabletów, które debiutowały w sprzedaży wiele lat temu (ale z drugiej strony nie tak dawno, skoro mówimy o ostatniej dekadzie).
Patrząc z perspektywy czasu możemy się zastanawiać, jak w ogóle byliśmy w stanie z nich korzystać. Oporowe ekrany o bardzo niskiej rozdzielczości, szerokaśne czarne ramki wokół matryc, plastikowe obudowy, kiepska jakość wykonania, trzeszczące obudowy… Tam nic nie grało. A do tego wiele systemów operacyjnych, z których przetrwały trzy główne: Android, iOS i Windows. A był przecież BlackBerry OS, był WebOS… Relikty przeszłości, o których pamiętają wyłącznie nieliczni - pasjonaci.
Tak samo jak o samych urządzeniach pokroju Notion Ink Adam – jednym z nielicznych tabletów z matrycą Pixel Qi, HP TouchPad – modelu, który był wyprzedawany za jedyne 99 dolarów czy Dell Streak – protoplaście dzisiejszych dużych smartfonów (kiedyś nazywany małym tabletem). W tym miejscu warto się pochylić również nad Asusem Eee Pad Slider, który – choć może nie sprzedawał się w wielkich ilościach, to zasługuje na zwrócenie na siebie uwagi przez nazwę – na szczęście tajwański koncern dość szybko zrezygnował z wydłużania nazw i zbytecznego „eee” (przyznajcie, że u nas raczej zbitka tych trzech liter nie jest traktowana zbyt pozytywnie).
Patrząc na rynek tabletów przez pryzmat ostatnich sześciu (prawie siedmiu) lat, mogę powiedzieć, że zmieniło się praktycznie wszystko. Począwszy od warstwy zewnętrznej urządzeń, ich wzornictwie i jakości wykonania, po komponenty (niejednokrotnie imponujące), aż wreszcie po cenę, która plasuje się na akceptowalnym poziomie. Ale nie zawsze tak było.
Tablety w Polsce nigdy nie miały łatwego życia
Tabletowo, z którego możecie mnie kojarzyć, powstało na długo przez tym, jak w moje dłonie trafił pierwszy tablet. Przez kilka początkowych miesięcy działalności teoretyzowałam, ale nie dlatego, że nie chciałam tego zmienić, a przez fakt, że rynek tabletów w Polsce ograniczał się wyłącznie do kilku propozycji. Wśród nich był niezwykle drogi Samsung Galaxy Tab pierwszej generacji, który w momencie premiery kosztował, bagatela, 2999 złotych!
Pewnie nawet nie pamiętacie, że nawet pierwszy iPad debiutował wtedy w naszym kraju z kilkumiesięcznym opóźnieniem (premiera na świecie w kwietniu 2010, w Polsce – pod koniec roku, na szczęście tego samego). Początek obecności tabletów w naszym kraju nie rysował ich przyszłości w różowych barwach.
Prawda jest taka, że w Polsce tablety stawały się popularne dość wolno, aczkolwiek zainteresowanie tym segmentem sukcesywnie rosło. Doszło nawet do tego, że B-Brandy zaczęły wypuszczać swoje urządzenia zanim odpowiedzi na wspomniane wyżej modele zaprezentowały firmy bardziej znane, jak choćby ASUS czy Toshiba (która, skądinąd, szybko z tego rynku zrezygnowała). Dzięki większej liczbie urządzeń każdy mógł wybrać odpowiednie dla siebie i, dzięki zróżnicowaniu cenowemu, sięgnąć po sprzęt z osiągalnej dla niego półki cenowej.
Moim pierwszym prywatnym tabletem był iPad Air 2, który szybko zyskał moją sympatię za sprawą mobilności, LTE, wygody konsumowania treści, ale również ich tworzenia. Mało kto, gdy mówiłam, że potrafię bezwzrokowo pisać na klawiaturze wirtualnej iPada, chciał mi w to wierzyć, dopóki oczywiście nie zademonstrowałam, że to dla mnie rzeczywiście nie jest problem. Powstało na niej mnóstwo tekstów, a przecież trening czyni mistrza. Ale klawiatury wirtualne mają to do siebie, że – choćby były nie wiem jak wygodne – zajmują pół widoku ekranu. Wtedy z pomocą przychodzą hybrydy.
I przez to właśnie iPada Air 2 zamieniłam na Acera Switch 10. Do dziś uważam, że jest to sprzęt z najlepszą klawiaturą fizyczną spośród wszystkich 10,1-calowych hybryd. A wiem, co mówię, bo raz, że przez moje ręce przechodzi sporo tego typu sprzętu, a dwa - na życie zarabiam przez pisanie tekstów – bardzo często podróżując, będąc w drodze, gdzie nie mogę liczyć na możliwość skorzystania z pełnowymiarowej klawiatury mojego laptopa. Wtedy wygodna klawiatura potrafi być błogosławieństwem.
Aktualnie zostałam bez tabletu. Powiecie – jak to, naczelna Tabletowo sama nie korzysta z tabletów?! Ano widzicie, nie używam, bo twierdzę, że są to urządzenia, które spokojnie można zastąpić sprzętem pochodzącym z innych gałęzi rynku elektronicznego. Aktualnie gros rzeczy wykonuję na hybrydzie z Windowsem lub smartfonie z dużym ekranem (5,7-5,9”) – łącznie z pisaniem dłuższych form, jak recenzje czy felietony. Ten tekst również w dużej mierze powstał na jednym z telefonów.
Dlaczego tablety odchodzą w niepamięć?
Dochodzimy do clue całego wywodu. Koniec tabletów można rozpatrywać w dwóch aspektach. Pierwszym jest trend rosnących smartfonów. Coraz trudniej jest znaleźć telefon, który miałby ekran mniejszy niż 5 cali. A ta przekątna jest już w zupełności odpowiednia do – chociażby – odpisywania na mejle. Drugim argumentem przeciwko tabletom są dużo ciekawsze urządzenia hybrydowe, za którymi stoję murem i uważam, że to właśnie one – razem z laptopami konwertowalnymi – w tym momencie mają szansę na największą popularność.
Wszystko za sprawą tego, że tablety – w starciu z hybrydami – po prostu nie mają szans. Tak naprawdę za tymi pierwszymi przemawia jeden jedyny argument: niższa cena. Za urządzenia hybrydowe często przyjdzie nam zapłacić dużo więcej, ale wiążą się z tym dużo większe możliwości wykorzystania urządzenia – w tym również podłączenia peryferiów czy nawet monitora. Nie zapominajmy też, że większość hybryd w obecnym czasie działa na Windowsie, który sprzyja produktywności, a nie jedynie konsumowaniu treści, do czego przyzwyczaiły nas tablety z Androidem czy, może w mniejszym stopniu, z iOS.
Co dalej z tabletami?
Sprzedaż maleje. W stosunku rok do roku mowa jest o kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu procentach mniejszej sprzedaży. To są kolosalne liczby, które wyłącznie utwierdzają mnie w przekonaniu, że tablety w obecnej formie nie mają racji bytu – a na pewno nie na rynku konsumenckim, bo nikt z nich nie korzysta. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: tablety szybko nie znikną z rynku. Będą na nim obecne w miejscach dla wielu nieoczywistych, jak bary, salony kosmetyczne czy nowoczesne urzędy.
Tablety są na tyle wspaniałomyślne, że ustępują miejsca dużym smartfonom i hybrydom, czyli – de facto – tabletom z możliwością zadokowania ekranu w docku z klawiaturą. Jestem przekonana, że trend zapominania o istnieniu tabletów na rynku będzie rósł i faktycznie zamiast tabletów, będziemy sięgać po hybrydy, które oferują dużo większe możliwości niż same tablety, mające sporo ograniczeń.
Trudno zatem powiedzieć, że tablety się kończą lub już się skończyły. One ewoluowały – czy w dobrą stronę, to pozostawiam już Waszej ocenie.