Pierwsze wrażenie – szpanerskie pudełko, mnóstwo jakichś nadętych certyfikatów i bajeranckich szczególików. A potem… Szok – ależ ta mysza jest wielka! Przyznam, że spodziewałem się czegoś zgrabniejszego a otrzymałem ogromną czarną krowę, której nie mogłem nawet objąć dłonią, a mam ją wszakże sporą. I tu od razu przestroga dla kupujących –OBOWIĄZKOWO przymierzcie w sklepie czy wam Deathadder pasuje – jest to bowiem mysz dla graczy posługujących się tak zwanym chwytem kanapowym – czyli po ludzku: kładących całą dłoń na myszce i wykonujących spore, zamaszyste ruchy ręką oraz ustawiających sobie w grach zawsze niską czułość. W takim przypadku można w pełni docenić jej doskonały anatomiczny kształt, wygodnie rozmieszczone i precyzyjnie działające przyciski oraz sławny sensor o wysokiej czułości (1800dpi). Jeśli jednak jesteś graczem trzymającym myszkę samymi palcami lub preferującym wysoką czułość (a więc małe ruchy myszki przedstawiane na ekranie jako ruchy bardzo duże – nie na odwrót) – to daj sobie spokój. Ja niestety gram na bardzo wysokiej czułości i poruszam głównie palcami i nadgarstkiem, co niestety zupełnie nie sprawdza się w przypadku produktu Razera. Gdy przykładowo chciałem nacisnąć boczny przycisk, musiałem nieco zmienić ułożenie dłoni – niby nic, ale nieraz trwało to o ułamek sekundy za długo, co w podbramkowej sytuacji kończyło się nagminnie przegraną potyczką. Także naciskanie klawiszy LPM i PPM (czyli lewego i prawego :-) odbywała się w górnej ich części, co było zdecydowanie niekomfortowe. Po prostu – Deathadder to mysz brutalnie wymuszająca odpowiedni chwyt – w przeciwnym razie staje się ona całkowicie niewygodna. I definitywnie to właśnie jej kształt zadecydował o mojej rezygnacji z Deathaddera. Nie popełniajcie mojego błędu – Razer to droga firma.
Pomijając jednak kwestie ergonomii Deathaddera, cechą najbardziej wyróżniającą go spośród innych myszek, jest bez watpienia sensor optyczny. Po zainstalowaniu sterowników i podpięciu do komputera, czym prędzej ustawiłem sobie maksymalną czułość i odpaliłem windowsowego Painta by sprawdzić, jak odwzoruje on moje ruchy poprzez wyrysowanie kilku elips i kółek. To, co ujrzałem wprawiło mnie w osłupienie – „tak, wydanie stu dwudziestu złotych na myszkę było genialnym pomysłem, oby więcej takich ” – pomyślałem, widząc całe girlandy schodów i kantów zamiast pełnych, łagodnych elips jakich spodziewałem się po sprzęcie tej klasy. Dla pewności odpaliłem CoDa i snajperką spróbowałem przycelować do plamek na ścianie – celownik poruszał się skokowo po kilka pikseli, czego nie doświadczałem nawet na mojej starej badziewnej myszce. W przypływie desperacji przetestowałem kilkanaście najróżniejszych podłóż z gazetą, kawałkiem plastiku i deską do krojenia na czele aż wreszcie ostatecznie udało mi się to głęboko rozczarowujące zjawisko ujarzmić zmniejszając całkowitą czułość myszy już z poziomu systemu, co niestety przełożyło się na znacznie większe ruchy ręki konieczne do przesunięcia kursora po ekranie. Jednak po tym zabiegu kółka i elipsy wychodziły już wzorowe a i w CoDzie snajperką dałoby się ustrzelić nawet muchę w locie ;-) Nie da się jednak ukryć, że Deathadder po raz kolejny przypomniał, że absolutnie nie nadaje się do grania na wysokiej czułości. Mimo to, precyzja jaką udało się osiągnąć, definitywnie wynagradza powyższe zgrzyty – każdy ruch ręki był idealnie przenoszony na ekran i to się czuło – dość powiedzieć, że w pewnym momencie rozegrałem kilka deatchmatchów za pomocą samego tylko pistoletu osiągając miejsce w pierwszej trójce. Tu trzeba także wspomnieć o braku akceleracji wstecznej – jest to zjawisko występujące przy szybkich i gwałtownych ruchach ręki, gdy sensor gubi obraz podłoża i niewłaściwie odczytuje prędkość myszki, czego efektem jest ruch znacznie wolniejszy lub niewspółmiernie szybszy od tego, który wykonaliśmy – innymi słowy, nie można się szybko i precyzyjnie obrócić by ostrzelać atakującego z boku czy zza pleców przeciwnika. Deathadder nie wykazywał choćby śladu tego zjawiska i zawsze w powyższej sytuacji udawało mi się sprawnie poradzić z agresorem.
Razer w swoich materiałach chwali się także natychmiastową reakcją przycisków, wynoszącą jedną milisekundę (jedną tysięczną sekundy) zamiast, jak w większości myszek osiem milisekund. Szczerze powiedziawszy jest to typowy „pic na wodę” – może jestem jakiś upośledzony nie dostrzegając różnicy w szybkości reakcji, ale sądzę że w czasie gry istotniejsza jest wartość opóźnienia z pingu, (który wynosi najczęściej około pięćdziesięciu milisekund lub więcej) niźli z klawiszy. Inną rzeczą natomiast są (również zachwalane) teflonowe ślizgacze – i tu muszę już przyznać, że efekt niemal całkowitego braku tarcia jest porażający – nigdy tak przyjemnie i skutecznie nie operowało mi się żadną myszką.
Podsumowując, Razer Deathadder jest sprzętem, którego atuty w stanie dostrzec i docenić będą mogli wyłącznie najlepsi gracze, potrafiący rządzić na serwerze nawet mając do dyspozycji tandetną piętnastoletnią kulkową myszkę bez rolki (albo touchpada ;-). Jeśli jednak jesteś normalnym graczem to kupno Deathaddera będzie tylko stratą pieniędzy – chyba że ktoś chce lansować się marką sprzętu a nie swymi umiejętnościami. Taniej jest zakupić uniwersalne teflonowe ślizgacze na Allegro za parę złotych i więcej poćwiczyć – stówka pozostanie w kieszeni a efekt końcowy będzie podobny. Sam tak zrobiłem i na idealnie leżącej mi w dłoni starej myszce od laptopa wymiatam lepiej niż na (subiektywnie) nieergonomicznym Deathadderze. Mimo wszystko polecam go jednak, jako po prostu dobrą myszkę - lecz zdecydowanie nie jako ósmy cud świata i obiekt kultu, jakim chcieliby go widzieć niektórzy.