Wymarłe gadżety świata gier wstają z grobów
Na kartach historii nie brakuje wspaniałych wynalazków. Choć roi się na nich także od tych, które słusznie przepadły w otchłani niepamięci. Wymarłe gadżety świata gier z pewnością zaliczają się do tych ostatnich jako nieudane próby zrewolucjonizowania rozgrywki.
Wygrzebujemy na światło dzienne te niefortunne innowacje, które nierzadko rodziły się w najtęższych głowach przemysłu wirtualnej rozrywki - od Nintendo, po firmy takie jak SEGA czy Toshiba.
Vectrex 3D imager
Marzenia o wirtualnej rzeczywistości narodziły się na długo przed znanymi dzisiaj goglami VR. W połowie lat ‘80 powstał ich antyczny odpowiednik, czyli okulary 3D do konsoli Vectrex. Prędko jednak okazało się, że kreski i kropki w trzech wymiarach wyglądają równie (nie)atrakcyjnie, jak na „płaskim ekranie”, i mało kto był skłonny opłacić tę frajdę zawrotami głowy czy przechodzącymi przez nos wibracjami dwóch barwnych dysków, jakie wirowały we wnętrzu rozklekotanego urządzenia.
Sega Nomad
W 1995 roku Gameboy musiał stanąć w szranki z pewnym konkurentem – przenośną konsolą Segi. Zagrożenie było poważne, bo ta ostatnia cechowała się świetną grafiką i obsługą najpopularniejszych tytułów z Sega Genesis. Na szczęście dla Nintendo jego rywal kosztował krocie, spalał paczkę baterii w godzinę z hakiem i wieszał się przy każdym ruchu. To miał być pojedynek kieszonkowych mistrzów, ale jeden z nich obalił się na ringu pod ciężarem własnych muskułów.
The Steel Battalion Controller
Kierowanie gigantycznymi machinami przyszłości w grach wideo jest proste, prawda? Nie zawsze! Na potrzeby Steel Batallion zaprojektowano cały panel sterowania, który razem z pedałami, dwoma drążkami i tablicą rozdzielczą ledwie mieścił się w średnich rozmiarów M2. Dodatkowo kosztował niewiele mniej od prawdziwego mecha i na dobrą sprawę nadawał się do grania tylko w jeden tytuł. No, ale jak już się bawić w futurystycznego pilota, to na poważnie!
Power Glove do Nintendo Entertainment System
Czemu podłączona do konsoli rękawica jest lepsza od zwykłego pada? Ponieważ… Nie, tak naprawdę nie jest. Nintendo wraz z firmą Mattel dotkliwie się o tym przekonały, kiedy próbowały nakłonić graczy do sterowania Linkiem i wieloma innymi bohaterami poprzez zaciskanie pięści i machanie dłonią. Okazało się to mniej więcej tak intuicyjne, jak otwieranie konserwy obcinaczem do paznokci.
Tony Hawk Skateboard
Każdy człowiek nieobeznany z nowoczesnymi technologiami powiedziałby, że deskorolka bez kółek to słaby pomysł. Jednak twórcy Tony Hawka wiedzieli dobrze, że tak naprawdę to strzał w dziesiątkę. A raczej nie tyle wiedzieli, co gorąco w to wierzyli. Ich seria zręcznościówek o szorowaniu poręczy dechą wymagała odświeżenia – to było pewne. Tylko, że nowatorski w zamyśle kontroler nie wywiązał się z tej roli i zawiódł oczekiwania graczy, którzy pozostali wierni wygodniejszym padom i klawiaturom.
Rez Trance Vibrator
O zamiłowaniu Japończyków do gier wideo i różnorodnych praktyk seksualnych krążą już legendy, więc nikogo chyba nie dziwi, że inżynierowie kraju kwitnącej wiśni co rusz próbują połączyć w całość oba te obszary zainteresowań. Najlepszym przykładem na to jest Rez Trance Vibrator, czyli przystawka do konsoli, która w założeniu miała zwiększać doznania wibracjami w okolicach krocza. Na tym może poprzestańmy i spuśćmy na ten rytmicznie pulsujący gadżet zasłonę milczenia.
Sega Activator
Połączenie wirtualnej zabawy z fizyczną aktywnością od zawsze pozostawało w sferze zainteresowań twórców gier. Próby scalenia ze sobą obu tych obszarów miały miejsce już na długo przed microsoftowym Kinectem czy PlayStation Move od Sony. Sega Activator miał kształt ośmiokąta, w obrębie którego można było wykonywać ruchy sterujące postacią na ekranie.
Jakkolwiek wynalazek ten znalazł grono swoich fanów, ówczesna mechanika gier wyraźnie za nim nie nadążała. Pikselowate postaci na ekranie wyglądały niemal tak komicznie, jak gracze starający się nimi kierować za pomocą pokracznych wygibasów.
Atari Mindlink
Na czym polega czytanie w myślach? Na bacznym śledzeniu ruchów brwi. W każdym razie tak rozumieli to zjawisko twórcy Atari Mindlink. Ich urządzenie wyglądało jak czytnik fal mózgowych rodem z wizjonerskich filmów science-fiction, jednak w rzeczywistości ograniczało się do rejestrowania mimiki górnej części twarzy.
Sam pomysł był na pewno ciekawy, ale nie wiedzieć czemu, mało kto miał ochotę gimnastykować mięśnie czoła przed ekranem. A przecież wydaje się, że to taki intuicyjny systemem sterowania!
Konami LaserScope
Konami na spółę z Nintendo zrodziło wiele genialnych koncepcji, choć wydało na świat również mnóstwo zupełnie nieudanych innowacji. Jedną z nich był LaserScope, czyli hełmofon z doczepionym celownikiem. Z grubsza rzecz ujmując, pozwalał on wypalać z wirtualnej broni komendą głosową „Fire!”.
A w każdym razie takie było założenie, bo w rzeczywistości urządzenie aktywowało się przy każdym okrzyku lub jakimkolwiek innym odgłosie, bądź odwrotnie – nie reagowało wcale. Morał z tej historii jest jeden: kiedy chcemy, żeby coś rozpoznawało wymawiane przez nas słowa, to warto zainwestować w moduł rozpoznawania mowy.
Nintendo U-Force
Sterowanie grą bez pada? Już w 1989 roku Nintendo uważało, że to rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki. Dosłownie, bo w rzeczy samej chodziło o wyciąganie przed siebie dłoni, umieszczanie ich między dwoma panelami i obracanie tak, żeby czujniki podczerwieni mogły rozpoznać ich pozycję. W zasadzie ten sprzęt miał tylko jedną wadę: nie działał. W każdym razie nie tak dobrze, jak zakładano. Ale poza tym sprawdzał się świetnie. Głównie jako podstawka pod kubek z herbatą.
Aparat i drukarka do Gameboya
W dzisiejszych czasach zrobić zdjęcie i je wydrukować to żaden problem. Nawet nie trzeba drukować, starczy je wrzucić na „fejsa” czy innego „insta”. Ale w zamierzchłych czasach Gameboya nie było to takie proste, dlatego też Nintendo postanowiło wypuścić aparat, który po przymocowaniu do przenośnej konsoli pozwalał wykonać czarno-białe zdjęcie i mini-drukarkę, umożliwiającą przeniesienie takiego obrazu na papier.
Szkoda tylko, że ten zestaw bardziej wyglądał na zabawkę, niż na profesjonalne urządzenie, a jakość fotografii i wydruków tylko potwierdzała to wrażenie.
R.O.B.
Luke miał swojego R2D2, a mały John Connor – T800... Ale my, ludzie z krwi i kości, mogliśmy co najwyżej pomarzyć o własnym robocie. I nawet karkołomne przedsięwzięcie Nintendo, żeby spełnić nasze rozbuchane fantazje spełzło na niczym. R.O.B. teoretycznie był robotem, towarzyszącym nam podczas rozgrywki na konsoli, jednakże takim o zerowej inteligencji, bardzo ograniczonym zakresie ruchów i refleksie ślimaka na haju.
Aura Interactor
Rok 1994 porządnie nas obił za sprawą Aura Interactor. Wyglądająca jak kamizelka kuloodporna uprząż miała jedno zadanie – zaangażować w wirtualną rozrywkę wrażenie dotykowe. A konkretnie korpus, który otrzymywał imitowane przez fale dźwiękowe ciosy.
Oczywiście, sprzęt ten przygotowano głównie z myślą o bijatykach, ale prędko okazało się, że mało kto ma ochotę przywdziewać wibrującą zbroję po to tylko, żeby poczuć na własnej skórze łomot, jaki dostaje od Goro czy innego Sub-Zero.
AlphaGrip AG-5
Ile przycisków powinien posiadać idealny kontroler? 42! W każdym razie z takiego założenia wyszli twórcy AlphaGrip AG-5, którzy stworzyli prawdziwą bestię wśród padów. Ich urządzenie nie tylko miało sprawdzać się w grach, ale i w pracy biurowej. Niestety, człowiek posiada jedynie dziesięć palców u rąk, które nijak nie mogły nadążyć za górnolotnymi ambicjami projektantów.
Nintendo Virtual Boy
Przez wiele, wiele lat eksperymenty z goglami 3D owocowały jedynie symulacją dotkliwej choroby lokomocyjnej. Jednym z takich urządzeń był Nintendo Virtual Boy, który już w 1995 roku oferował trójwymiarową rozgrywkę. Była ona jednak na tyle problematyczna, że urządzenie nigdy oficjalnie nie wydostało się poza granice Japonii. A i w swoim mateczniku mało kogo urzekło, dajmy na to, przestrzennym Tetrisem regularnie pauzowanym dla uniknięcia mdłości i bólów głowy.
Wędka Dreamcasta
Konsola Sega Dremcast posiadała wiele dodatków – od kierownicy po matę do tanecznych wygibasów. Ale chyba najbardziej nietypowym z nich wszystkich była wędka do łowienia cyfrowych ryb. Ten awangardowy pomysł nie przeżył jednak próby czasu, co może oznaczać, że fani wędkarstwa mimo wszystko preferują odpoczynek na łonie natury, a nie „w wirtualu”.
Pewnie ten nietypowy kontroler Segi byłby dużo atrakcyjniejszy, gdyby dodano do niego elektroniczne robaki na przynętę. Albo pomost nad jeziorem i zgrzewkę realnego piwa.
Zalman FPS Gun
Myszy dzielą się na te mniej i bardziej zabójcze. Zalman FPS Gun zalicza się do tych najgroźniejszych, zwłaszcza dla zdrowia psychicznego osób, które próbowały przywyknąć do nietypowego kształtu tego gadżetu. Ale znajdą się i jego entuzjaści, szczególnie, że mysz można jeszcze w niektórych miejscach dostać.
W założeniach mieliśmy otrzymać opartą na technologicznej bazie klasycznego pecetowego gryzonia kolbę od karabinu. Czy to się udało? Hmm, patrząc na efekt końcowy ciężko powiedzieć. Z drugiej strony, ilu z Was chciałoby posiadać ten gadżet? No właśnie…
Maszyna do szycia Nintendo
Niektóre gadżety świata gier zdążyły umrzeć, zanim się jeszcze narodziły. Tak się stało z maszyną do szycia Nintendo. Nie, nie przesłyszeliście się! Kiedy NES święcił tryumfy, twórcy skaczącego hydraulika i skrzata imieniem Link eksperymentowali nad urządzeniem, które pozwoliłoby za pomocą ich konsoli dziergać swetry.
Jakkolwiek pasjonująco brzmi ten pomysł, utknął on na fazie prototypu. A dlaczego? Cóż, to pozostanie jedną z wielkich tajemnic gamingowego rynku.
uDraw GameTablet
Jako że pecety od lat służą z powodzeniem grafikom, udoskonala się możliwości przenoszenia obrazów spod wprawnej ręki artysty na ekran. Co ciekawe, uDraw GameTablet próbowało osiągnąć ten sam efekt w przypadku konsol, choć tym razem celem miała być bardziej zabawa, aniżeli praca.
I właśnie to przesunięcie akcentów w połączeniu z wadami technicznymi sprzętu sprawiło, że adresat produktu nie był jasno określony. Zawodowcy zostali przy bardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązaniach, a gracze… Cóż, oni nieprzerwanie wolą klasyczne pady.
Toshiba Full Face Helmet
Na współczesne gogle VR można narzekać – bo niewygodne, bo przyciężkie, bo obciążone jeszcze innymi wadami. Po drugiej stronie barykady są klasyczne ekrany, do których wszyscy od dawien dawna już przywykli. A gdzieś między tymi dwoma technologicznymi gałęziami narodził się dziwaczny wynalazek Toshiby, który przypominał nakładany na głowę telewizor…
I w zasadzie tym właśnie był. Ten gadżet nigdy jednak nie trafił pod strzechy. Widocznie zakrzywiony 40-centymetrowy ekran z wbudowanym projektorem to zbyt wiele na nasze głowy.