Battlefield 1 przeszłości się nie wstydzi
Pierwszego Battlefielda ze studia DICE pamiętają już chyba tylko najstarsi górale (tego prawdziwie pierwszego, a nie oznaczonego cyfrą jeden). Czterdziesty drugi rok, Lee Enfield w garści, pustynia, jeepy, Lis Pustyni i jego dzielni żołnierze…
Battlefield 1 wzorem tej „antycznej” produkcji – a wbrew najnowszemu trendowi, który zakuwa żołnierzy w coraz wymyślniejsze egzoszkielety - zabiera nas w sentymentalną podróż. I bynajmniej nie chodzi tu o powtórkę z II wojny światowej, ale o globalny konflikt sprzed stu lat.
Już pierwsze informacje o takim a nie innym umiejscowieniu akcji Battlefield 1 nieźle wstrząsnęły społecznością graczy. Entuzjazm utrzymuje się nieprzerwanie na tak wysokim poziomie, że nie była w stanie nim zachwiać nawet kontrowersyjna decyzja o obsadzie polskiego dubbingu.
Nic więc dziwnego, że żądni pierwszowojennych emocji gracze ze smakiem rzucili się na otwartą betę, która wystartowała na przełomie sierpnia i września. Prawdę powiedziawszy, ja także, pełen niepewności i nadziei, chwyciłem za pada...
Pustynny rąbek tajemnicy
Turecka piechota okopała się przy zrujnowanym kolejowym dworcu. Brytyjczycy rozstawili snajperów na glinianych chatach wyrastających z wydm pustyni. Pojedynczy myśliwiec Ententy rozpaczliwie walczył o przetrwanie w powietrzu, a przypominające wielkie blaszane pudła czołgi rozpoczynały manewr oskrzydlający.
Dosiadłem wierzchowca, dobyłem szabli i wraz z resztą oddziału galopem popędziłem w stronę rozpadającego się wagonu, z którego sterczała lufa osmańskiego cekaemu. Ale szczęście nie sprzyjało nam tego dnia. Cały plan ataku wziął w łeb, zanim jeszcze na dobre przeszliśmy do jego realizacji.
Ledwie padły pierwsze strzały, wichura poderwała tumany piachu. Gdzie nasi? Gdzie wróg? Nie byłem w stanie odgadnąć. Nie zauważyłem nawet mężczyzny, który zakradł się do mnie od tyłu i rozłupał mi czaszkę saperką.
Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Battlefield 1. Mocne? Oj, mocne! Klimatyczna scenografia, przemawiający do wyobraźni ryk pojazdów i zapierająca dech w piersiach akcja. Było w tym doświadczeniu coś znanego, a jednocześnie nowego. Niby to Battlefield, ale zupełnie inny, niż te, do których przywykliśmy.
I tak oto cyfra w tytule Battlefield 1 nabiera nowego znaczenia. Takie doświadczenie, jak pustynna bitwa z otwartej bety, jest nam oferowane w ramach tej serii po raz pierwszy. Jednak nie myślcie, że dalsza część tych spisanych naprędce wrażeń będzie pieśnią pochwalną na cześć najmłodszego dziecka EA. Nic z tych rzeczy.
Na bardzo dzikim zachodzie bez zmian
Pierwsza wątpliwość, jaka narodziła się we mnie już jakiś czas temu (a otwarta beta jedynie mnie w niej utwierdziła) to bardziej kwestia gustu, niż obiektywnej oceny wykonania gry. Otóż, koncepcja zakłada, że przyjdzie nam zwiedzić okopy Wielkiej Wojny, ale jednocześnie odrzucony zostaje realizm historyczny na rzecz widowiskowych eksplozji i nieprzerwanego ognia karabinowego.
Ci, którzy oczekiwali, że studio DICE postara się przybliżyć nam realia pola bitwy sprzed stu lat, tak jak swego czasu próbowała to uczynić mniej znana produkcja Verdun, najprawdopodobniej srodze się zawiodą.
Oto okazuje się, że pierwszowojenne czołgi działają równie niezawodnie, jak ich następcy z późniejszych lat, trzy czwarte żołnierzy jest wyposażona w karabiny maszynowe, a krążące nad polem bitwy samoloty posiadają pancerz lepszy, niż niejeden współczesny odrzutowiec.
Jeśli chodzi o powszechne zastosowanie karabinów maszynowych, to są one największym wrogiem szarż z bagnetami (to nowy element wprowadzony w Battlefield 1). O ileż efektowniejsze byłyby te wybiegi z wystawionym do przodu ostrzem, gdyby większość żołnierzy dysponowała zaledwie karabinami iglicowymi, a chybiony strzał wiązałby się z długim repetowaniem broni.
Krótko mówiąc, uzbrojenie w Battlefield 1 jest nieco nazbyt nowoczesne. W każdym razie takie wrażenie można odnieść grając w otwartą betę. I jest to wrażenie bardzo silne! Do tego stopnia, że na myśl przychodzi film z Willem Smithem pod tytułem Bardzo Dziki Zachód. Mniej więcej tyle samo miał on wspólnego z życiem kowbojów, co Battlefield 1 z pierwszą wojną światową.
Koniem w pociąg
Jednak o ile powyższy zarzut podpada pod kwestię smaku i indywidualnych preferencji, o tyle kolejne wątpliwości dotyczą kwestii technicznych oraz samej mechaniki rozgrywki. A wiążą się one z pojazdami.
W Battlefield 1 mamy cały garaż wspaniałych środków transportu – od czołgów poczynając, przez wielopłatowce, aż na wierzchowcach kończąc. Dodatkowo na mapie udostępnionej w ramach otwartej bety od czasu do czasu po stronie sił przegrywających daną partię pojawia się pancerny pociąg stanowiący znaczącą siłę na polu walki (inne lokacje mają wprowadzać inne zmechanizowane bestie pełniące analogiczną rolę).
Wszystko to dostarcza naprawdę sporej frajdy. Tym niemniej nieco ją zabija fakt, że wybrane pojazdy materializują się wraz z nami podczas kolejnych „respawnów”. Szkoda, że w otwartej becie próżno szukać – dajmy na to – lotnisk, jakie pojawiały się w starszych odsłonach serii. Można tylko z łezką w oku powspominać batalie o pasy startowe i próby przechwycenia bezpańskiego samolotu stojącego na jednym z nich.
Kolejny minus wiąże się z dosiadaniem wierzchowca. Z jednej strony szarża z uniesioną do góry szablą potrafi nieźle podnieść adrenalinę. Z drugiej jednak szkoda, że ten sposób walki wymusza przejście do perspektywy trzeciej osoby. Co za tym idzie, brakuje mu tej dynamiki, jaką pamiętamy chociażby z Call of Duty: Black Ops II i mającej tam miejsce szarży w afgańskim wąwozie.
Jak gdyby tego było mało, zdarza się, że konie poruszają się dosyć pokracznie, a przeskakując przez przeszkody mają w sobie tyle gracji, co dająca susa przez ogrodzenie Płotka z Wiedźmina 3. Można powiedzieć, że to wszystko zaledwie szczegóły, ale czasami potrafią one skutecznie zepsuć zabawę.
Październik śmierdzi musztardą
Na tę chwilę Battlefield 1 zapowiada się naprawdę nieźle. Zgoda, zgoda, trochę wad wymieniłem, ale nie znaczy to, że są one w stanie przyćmić olbrzymią pulę zalet.
W dalszym ciągu brakuje nam odpowiedzi na wiele istotnych pytań. Musimy jednak uzbroić się w cierpliwość i zaczekać do dnia premiery. Jest to tym trudniejsze, że trochę tych znaków zapytania krąży nad nowym tytułem EA.
Jak będzie wyglądać system ulepszania i kupowania broni? Czy powtórzą się karygodne błędy sprzedażowe, które nieomal na dobre pogrzebały Star Wars: Battlefront? Jak będą wyglądały pozostałe mapy Battlefield 1 i czy okażą się równie klimatyczne, ale za to nieco ciekawsze, niż pustynne obszary bety?
Nie pozostaje nam nic innego, jak żyć nadzieją, że wszystko potoczy się dobrze. Ostatecznie dowiemy się tego w październiku, nad którym już teraz unosi się silny musztardowy zapach iperytu.
Wstępna ocena:
- klimat I wojny światowej
- nastrojowe mapy
- nieźle odwzorowana broń i pojazdy z epoki
- ciekawa odmiana względem strzelanek osadzonych we współczesności
- świetne udźwiękowienie
- zbyt nowoczesny kształt pierwszowojennych potyczek
- "odgórne" wprowadzenie pojazdów na pole bitwy
- błędy związane z poruszaniem się wierzchowców
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
bardzo dobry - Grywalność:
dobry plus
Battlefield 1 beta okiem Starego zgREDa - Maciej Piotrowski
Battlefield osadzony w czasach nieco już zapomnianej I Wojny Światowej to jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Ale mam tu na myśli przede wszystkim sam pomysł. Co by nie mówić, gier nawiązujących do tego jakże brutalnego konfliktu sprzed 100 laty jest jak na lekarstwo. Niestety z ich realizmem jest już nieco gorzej. No cóż, najwyraźniej takie są oczekiwania większości graczy. Pod tym względem Battlefield 1 raczej nie odbiega od standardów kładąc wszystko na szale dynamiki i widowiskowości starć.
Można na to przymknąć oko, szczególnie że zabawa potrafi sprawić frajdę. Nawet jeśli na kilometr „pachnie” ona Star Wars: Battlefront. Gorzej, że przez wiele mniejszych i większych błędów wersji beta można się skutecznie do Battlefield 1 zniechęcić. A to giniemy od czołgu, który nagle zmaterializował się przed naszym nosem wraz z całą ekipą graczy, a to leżymy po otrzymaniu jednej kulki z oddalonego o pół kilometra pojazdu opancerzonego (choć np. sami by uśmiercić jeźdźca musimy wpakować niego cały magazynek), a to znowu jakieś dziwactwa wyprawiają się na mapie taktycznej. Nie wspominając już o problemach z serwerami, które ponoć były i są co jakiś czas hakowane przez jakichś frustratów.
Raczej trudno się więc dziwić, że mój entuzjazm nieco osłabł. I choć nadal czekam na pełną wersje Battlefield 1, szczególnie, że mamy przecież otrzymać kampanie dla pojedynczego gracza, to skłamałbym mówiąc, że nie mam żadnych obaw co do tego jak finalnie będzie wyglądał tryb wieloosobowy.
Moja wstępna ocena: 4/5