Witajcie w kolejnym odcinku Miami Vice
Na papierze wszystko wyglądało dobrze – kampania inspirowana klasykiem pośród seriali kryminalnych, interesujące tryby rozgrywki wieloosobowej podane w nieco odmiennej formie. Gdzieś jednak w połowie drogi wizja rozminęła się dość znacząco z realizacją. Bowiem nowy Battlefield to produkcja pełna skrajności, która raczej nie ma szans na podbicie rynku. Byłaby całkiem rozsądnym DLC, ale w obecnej formie i cenie trudno jednoznacznie stwierdzić do kogo tak naprawdę jest kierowana. Naturalnie oczywistą odpowiedzią byłoby powiedzenie, że do największych fanów serii, ale czy to ma sens? Moim zdaniem bardzo niewielki, bowiem na przeciętności lub jak też kto woli nijakości całościowo traci marka. No, ale wybiegam już nieco w przyszłość. Zacznijmy od początku.
A ten jest całkiem obiecujący. Scenarzyści zaserwowali nam iście serialowe podejście do poniekąd oklepanego telewizyjnego wątku kryminalnego. Wcielamy się tu w postać Nicka Mendozy, oficera śledczego z Miami, którego zadaniem jest infiltracja narkotykowego podziemia. Jak na dobry serial przystało w tym jakże skomplikowanej misji pomoże mu partnerka o bardzo zmyślnym imieniu i nazwisku – Khai Minh Dao. Zabawę rozpoczynamy oczywiście od najniższego szczebla organizacji przestępczej, a więc ulicznych handlarzy. Zgodnie z serialowymi schematami fabuła na początku dość ospale posuwa się do przodu, by po chwili bardzo przyspieszyć. Do tego oczywiście dodano kilka „niespodzianek” jak np. skorumpowani gliniarze czy rozterki uczuciowe. W skrócie mówiąc scenarzyści zaserwowali nam kolejny sezon kultowego niegdyś serialu Miami Vice. Niestety, zabrakło im trochę inwencji twórczej i już w okolicach czwartego odcinka zaczyna robić się nudno, powtarzalnie i co gorsza przewidywalnie do bólu.
Wynika to przede wszystkich z faktu, że wątek fabularny jest całkowicie liniowy, a nasz główny przeciwnik bardzo szybko przestaje być tajemnicą. W rezultacie rozpoczyna się zabawa z czasem, czyli „kiedy w końcu go dopadnę”. Zanim jednak do tego dojdzie musimy zasadniczo wybić całe tabuny opryszków, którzy zdecydowanie nie grzeszą inteligencją. Nie licząc niesamowitej celności jaką się charakteryzują potrafią jedynie od czasu do czasu schować się za przeszkodami. I nie ma tutaj znaczenia wybrany stopień trudności gry, który zasadniczo warunkuje jedynie poziom obrażeń jakie otrzymujemy przy trafieniu. Jeśli dodamy do tego fakt, że wszyscy wrogowie pojawiają się w z góry określonych miejscach to można dojść do słusznego wniosku, że na większe wyzwanie w Battlefield: Hardline raczej nie natrafimy.
Na następnej stronie wrażenia z gry.
Wrażenia z gry
Zabawę standardowo rozpocząłem od zaliczenia kampanii. Nie spodziewałem się cudów, ale nie ukrywam miałem pewne oczekiwania, szczególnie po dość ciekawych zapowiedziach jakie EA serwowało nam przez ostatnie kilka miesięcy. Niestety zderzenie z rzeczywistością okazało się bardzo bolesne. Pomijając bowiem na chwilę wszystko inne, zabawa skończyła się zanim na dobre się zaczęła. Dziesięć odcinków, bo na tyle dokładnie kampania Hardline została podzielona wystarcza na raptem kilka godzin gry. Bez problemu ukończycie ją w jeden wieczór. I byłoby to jeszcze do przeżycia gdyby nie fakt, że fabuła to jeden wielki banał. Historia wyjęta niby rodem z kultowego serialu - Miami Vice, co samo w sobie nie jest złe (w końcu to kultowa produkcja), ale scenarzystom najwyraźniej umknął fakt, że ten ostatni święcił sukcesy pod koniec lat 80. Od tego czasu wiele się zmieniło, a już z pewnością oczekiwania potencjalnych nabywców. Dziś już raczej na nikim nie robi wrażenia banalna historia przeplatana ckliwymi wątkami, żeby nie wspomnieć o jasnym jak słońce podziale na dobrych i złych.
Niestety w trakcie kampanii cały czas towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że gdzieś już to widziałem. O ile pierwsze odcinki, choć częściowo mogą wydawać się interesujące to niestety każdy kolejny potwierdza tylko to co już napisałem powyżej. Ogólnie trudno oprzeć się wrażeniu, że tryb dla jednego gracza został stworzony na kolanie i to w pośpiechu. Dodany na siłę, bo przecież „coś” musi być. W założeniach miał być serial na poziomie 24, a w rzeczywistości dostaliśmy nieco lepiej rozpisany (znaczy się krótszy)... Klan. To oczywiście mocno przerysowane porównanie, ale naprawdę nie jestem wstanie zrozumieć czym kierowali się scenarzyści tworzący fabułę Hardline. Na tym jednak nie koniec – chodzą słuchy, że EA rozważa wydanie kolejnych odcinków w postaci DLC. Wydaje się mi jednak, że trudno będzie autorom zmienić ogólny odbiór kampanii przez graczy. Jeśli jeszcze za te dodatki przyjdzie nam zapłacić, to nie pozostanie mi nic innego jak podziękować za tę szczodrą ofertę.
Na całe szczęście, chyba zupełnie inna ekipa odpowiada za tryb multiplayer. Bo choć ten nie jest idealny to na tle nudnego „single’a” wypada naprawdę dobrze. Pierwsze co z pewnością każdemu rzuci się w oczy to pięć nowych trybów gry. Mamy więc tutaj: Blood Money, Heist, Hotwire, Crosshair oraz Rescue. W każdym z nich są oczywiście dwie strony konfliktu – policja i kryminaliści. Każda z nich ma określone zadanie do wykonania, które najczęściej sprowadza się powstrzymania grupy przeciwnej. Dla przykładu w trybie Heist celem kryminalistów jest włamanie się do konkretnego miejsca, kradzież pieniędzy i ewakuacja do bezpiecznej lokacji. Policjanci jak łatwo się domyśleć mają do tego nie dopuścić. Ogólnie każdy tryb rozgrywki oferuje sporo zabawy, szczególnie na początku kiedy to jeszcze nie znamy wszystkich jego aspektów na pamięć. Trochę żałuję, że nie zmieniono dostępnych klas postaci, a liczba pojazdów wyraźnie się skurczyła. Z drugiej jednak strony ma to swoje uzasadnienie w charakterze rozgrywki.
Ta ostatnia wydaje się być znacznie bardziej dynamiczna niż Battlefield 4. Przyczynia się do tego nie tylko wspomniana mniejsza liczba pojazdów, ale i specyficzne mapy, na których toczy się batalia. Znakomita większość z nich nie grzeszy rozmiarem i zawiera zabudowania charakterystyczne dla całego motywu przewodniego gry. Ogólne wrażenia z zabawy w trybie wieloosobowym są jak najbardziej pozytywne. Zróżnicowane tryby rozgrywki, dynamiczne potyczki i towarzyszące im emocje – jest nieźle. Szczególnie, że to chyba pierwszy Battlefield od bardzo dawna (początku istnienia serii?), który nie miał problemów z serwerami w momencie premiery gry. Battlelog działa bardzo sprawnie, tak samo jak i wszystkie jego elementy. Nic tylko się zalogować i cieszyć zabawą.
Platforma testowa Intel
Sterowniki, system operacyjny:
- Windows 7 64-bit
- Catalyst 15.3
- GeForce Game Ready 347.88 WHQL
Platforma testowa AMD
Sterowniki, system operacyjny:
- Windows 7 64-bit
- Catalyst 14.12
- GeForce Game Ready 347.52 WHQL
Metodyka i testy wydajności
Przeprowadzanie testów wydajności w Batllefield: Hardline to nie lada wyzwanie. Wynika to oczywiście z faktu, że gra, podobnie jak większość produkcji udostępnianych w usłudze Origin, ma dość osobliwy system zabezpieczeń, który po wykryciu pięciu zmian sprzętowych w konfiguracji komputera blokuje czasowo zabawę. Odpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest system uwierzytelniania gier w Origin. Jak bardzo jest to uciążliwe z punktu widzenia testów wydajności pisać chyba nie muszę. Z uwagi na fakt, że dysponowałem dość ograniczoną liczbą cyfrowych egzemplarzy tego tytułu swoje testy ograniczyłem jedynie do ustawień ultra oraz wysokich. Dodatkowo w przypadku kart AMD korzystałem z API Mantle. Pominąłem pomiary wydajności dla tych kart z wykorzystaniem DirectX. Wynika to z faktu, że różnice w wynikach pomiędzy tymi interfejsami przekrojowo wynosiły od 2 do 5% na korzyść tego pierwszego. Standardowo każdy test powtarzałem pięciokrotnie, skrajne rezultaty odrzucałem, a z pozostałych wyciągnąłem średnią. Margines błędu pomiarowego wynosi 1 kl/s.
Battlfield Hardline w zasadzie niczym nie zaskakuje jeśli chodzi o wyniki wydajności. Do sensownej zabawy w rozdzielczości 2560 x 1440 px potrzebujemy topowego GeForce’a - GTX 980. Jeśli nie przeszkadza nam nieco niższa średnia ilość kl/s (około 50) to karta pokroju Zotac GeForce GTX 970 jest wstanie zapewnić taki rezultat. Sytuacja komplikuje się w przypadku kart AMD. Zasadniczo nawet Radeon 290X nie zapewnia w tej rozdzielczości sensownego minimum płynności (45 kl/s). Podobnie sprawa wygląda w przypadku platformy opartej na procesorze AMD FX 8370E. Nawet w tandemie z kartą GeForce GTX 980 osiąga ona zaledwie 43 klatki na sekundę.
W przypadku rozdzielczości FullHD zarówno topowe GeForce jak i Radeon 290X bez problemu przekraczają wartość 60 kl/s, pod warunkiem, że połączymy je z procesorem Intela. Można również bezpiecznie założyć, że zbliżony, a więc zadowalający wynik osiągnie model R290. W przypadku platformy AMD tylko połączenie z GTX 980 zapewniało przekroczenie granicy 60 kl/s. Warto jednak w tym miejscu dodać, że w tandemie z GTX 970 jak i Radeonem 290X wyniki nadal były satysfakcjonujące (odpowiednio 56 i 50 kl/s).
Jeśli chodzi o porównanie wydajności na procesorze AMD i Intela to w skrócie można rzec – nic nowego. Wyraźnie widać, że nawet standardowo taktowany i5-3570K jest wydajniejszy od podkręconego FX 8370E. I nie robi tutaj różnicy karta graficzna. Po podkręceniu procesor AMD zapewnia zbliżone wyniki w Battlefield: Hardline, co nominalnie taktowany układ Intela.
Najnowsze wcielenie BF’a napędza oczywiście silnik Frostbite 3. Ten sam, który wcześniej wykorzystany był przy produkcji takich tytułów jak Dragon Age czy Need For Speed. Trudno więc mówić tutaj o jakieś rewolucji czy nawet większej ewolucji. W dużej mierze jest to kalka Battlefielda 4, jeśli chodzi o oprawę graficzną. Zmieniła się jedynie nieco sceneria, zabudowania i pomniejsze elementy otoczenia. Nic, co by tak naprawdę robiło wizualnie większą różnice. Nie zrozumcie mnie źle, Hardline wygląda całkiem przyzwoicie. Niezłe modele postaci, tekstury w wysokiej rozdzielczości (choć nie wszystkie), oświetlenie rozproszone, refleksy i kilka innych efektów. Wszystko tutaj jest. Jednak od premiery Battlefielda 4 minęło już sporo czasu. Na rynku pojawiły się produkcje, które mogą bez żadnych kompleksów konkurować z tą produkcją, jak choćby rodzimy Dying Light czy Far Cry 4.
Porównanie ustawień graficznych
Podsumowanie
Z technicznego punktu widzenia Battlefield: Hardline nie przynosi praktycznie żadnych zmian względem czwartej odsłony serii. Z jednej strony trudno się dziwić, w końcu produkcję napędza ten sam silnik. Z drugiej jednak chciałoby się zobaczyć coś nowego, jakieś usprawnienia wizualne czy choćby lepszą optymalizację. Ta ostatnie stoi na przeciętnym poziomie. Do gry w najwyższych ustawieniach potrzeba topowej karty i to raczej z obozu zielonych niż czerwonych. Oczywiście mam tutaj na myśli osoby, które celują 50 – 60 kl/s. Jeśli chodzi o procesory to sprawa jest jasna - sensowną płynność zapewnią jedynie układy Intela lub najmocniejsze konstrukcje AMD, najlepiej mocno podkręcone.
Battlefield: Hardline to produkcja bardzo nierówna. Z jednej strony mamy banalną policyjną opowiastkę naszpikowaną przewidywalnymi do bólu wątkami, a na dodatek zapewniającą raptem kilka godzin gry. Z drugiej strony jednak wraz z kampanią otrzymujemy także sensownie pomyślany tryb zabawy wieloosobowej, który potrafi dostarczyć sporo frajdy. Trudno więc jednoznacznie ocenić najnowszą odsłonę Battlefielda. A raczej byłoby trudno, gdyby nie fakt, że za te kilka dodatkowych trybów sieciowych trzeba zapłacić jak za nową, pełnowartościową produkcję. Mając to na uwadze pozostaje jedynie stwierdzić, że jest to pozycja dla najbardziej zatwardziałych fanów serii, a wszyscy inni mogą spokojnie sobie ten tytuł odpuścić.