Battlefield V – bezpieczna gra na przeczekanie
Tasiemcowe serie przeżywają wzloty i upadki. I choć Battlefield V żadną porażką nie jest, to do rewolucji sporo mu brakuje. Wracają więc stare, sprawdzone rozwiązania z lekką domieszką nowości. W sam raz by przeczekać i dać sobie czas przygotowanie kolejnej prawdziwej petardy.
Battlefield V - czy warto?
Kiedyś, dobrych kilka lat temu, gdy pisałem o trendach w świecie gier wspominałem o inicjatywie koncernu Electronic Arts, które snuło plany wydawania płatnych wersji demonstracyjnych. Wówczas większość z nas pukała się w głowę, bo pomysł ten wydawał się tak niedorzeczny jak to tylko możliwe. Dziś…ma on się świetnie, choć sami nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. No bo jak inaczej nazwać wszelkie „wczesne dostępy” czy „beta testy” dla wybranych tj. tych którzy zamówili grę w preorderze.
Recenzja Battlefield V
Możemy się śmiać, ale wszyscy w tym bierzemy udział. Wystarczy spojrzeć na masę ludzi, która jeszcze przed premierą wspomogła projekt PlayerUnknown’s Battlegrounds. O Star Citizen i jego budżecie, który przekroczył już 200 milionów dolarów (choć gra cały czas nie ma jeszcze daty premiery!) lepiej już nawet nie wspominać.
Zapytacie pewnie dlaczego ja o tym wszystkim mówię, skoro na tapecie mamy Battlefield V, grę która miała już swoją oficjalną premierę. Cóż, bo niby to finalny produkt, a tak naprawdę to nie do końca. Niby nowy, mocno zmodernizowany, a widać w nim sporo z poprzednika. I dotyczy to także starych problemów. Być może taka już będzie natura gier-usług, że na potrzebne poprawki i część zapowiedzianej wcześniej zawartości będziemy musieli poczekać.
Rozczarowujący start
Dlaczego już na wstępie tak narzekam na Battlefield V? Pewnie dlatego, że niepotrzebnie zacząłem zabawę od Opowieści Wojenne czyli znanego już z poprzedniej odsłony serii epizodycznego trybu dla jednego gracza. W przeciwieństwie jednak do Battlefield 1 tym razem otrzymujemy ich tylko trzy, z obietnicą iż czwarty (być może i najciekawszy, bo pozwalający wcielić się w niemieckiego dowódcę Tygrysa) udostępniony zostanie za darmo 4 grudnia.
Fakt dostarczania „fabuły” na raty nie jest jednak największym przewinieniem twórców Battlefield V. To co najbardziej boli to miałkość wszystkich tych historii. I to zarówno pod względem opowiadanej historii jak i samej rozgrywki. W opowieściach w Battlefield 1 czuć było przynajmniej klimat.
Tymczasem w Battlefield V niezależnie od tego czy gramy młodym przestępcą próbującym odkupić swoje winy w butach komandosa, na tyłach wroga w Afryce Północnej (Pod flagą niczyją), czy równie młodą członkinią norweskiego ruchu oporu podążającą tropem matki i ciężkiej wody w Norwegii (Nordlys), czy też jednym z senegalskich żołnierzy próbującym okryć się wojenną chwałą po lądowaniu we Francji (Tyralierzy) – wszędzie poraża brak głębi i spora schematyczność.
Co gorsze, miejscami wydaje się nawet, że swoboda podejścia do danego celu (a jest kilka takich momentów w Opowieściach Wojennych) to tylko ułuda. A już zupełnie nie rozumiem wrzucenia w szeregi wrogów supermocnych przeciwników (odpowiednio oznaczonych), którzy chłoną kule niczym gąbka nic sobie z nich nie robiąc. Spotkanie z takim supersoldatem totalnie psuje mozolnie budowaną atmosferę. Nie mówiąc już nawet o frajdzie z samego strzelania.
Z tego wszystkiego chyba najbardziej wciągający jest sam wstęp do Wojennych Opowieści, z niesamowicie klimatycznym głosem Marka Stronga. Gra pozwala nam wówczas na krótkie chwile wejść w buty poszczególnych bohaterów i ten niewielki fragment Battlefield V ma w sobie więcej mocy niż wszystkie te historie razem wzięte.
Sieciowa piaskownica dla wytrwałych
Ale pal licho kampanie dla pojedynczego gracza. Przecież Battlefield od zawsze był przede wszystkim rajem dla fanów sieciowych potyczek na olbrzymich mapach. I pod tym względem Battlefield V nie zawodzi, a przynajmniej dostarcza to czego od niego oczekiwaliśmy – obfitującej w emocje, naprawdę satysfakcjonującej rozrywki.
Trzeba przyznać, że beta testy Battlefield V coś dały i twórcy wsłuchali się w głosy społeczności poprawiając parę elementów rozgrywki z ilością amunicji na czele. Oczywiście wciąż jest tak, że w którymś momencie może jej nam zabraknąć i trzeba będzie rozglądać się za uzupełnieniami. Między innymi po to na polu bitwy żołnierze wsparcia, którzy od początku gry mogą podrzucać potrzebującym dodatkowe ładownice. A wspominałem już o tym, że każdy gracz ma ze sobą tylko jedną apteczkę? O resztę powinni zadbać drużynowi medycy.
To zresztą nie jedyne elementy, którymi twórcy chcieli zwiększyć nacisk na graczy, by grali oni bardziej drużynowo. By okiełznać chaos potrzeba współpracy w ramach zespołów, ogarniętego dowódcy, który będzie wydawał logiczne rozkazy i gdy uzbiera się odpowiednia pula punktów – wezwać wsparcie na przykład zrzucając przeciwnikom na głowę rakietę V1/JB-2.
Szkoda tylko, że podczas rozgrywki owej współpracy najczęściej w ogóle nie czuć. Medycy rzadko leczą, a o podnoszeniu rannych to już chyba nie ma nawet co wspominać. Bo choć każdy może teraz uratować konającego towarzysza z zespołu (medycy robią to szybciej i mogą ratować każdego) tak naprawdę mało kto to robi. Medycy przebiegają koło proszących o pomoc mając to totalnie w nosie.
Dla wielu jedynym powodem trzymania się razem jest fakt, że w ten sposób łatwiej przeżyć, a przez to i zdobywać punkty. Ale i tak bardzo często widzimy samotnych wilków, którym wydaje się, że mają w sobie coś z Rambo.
Ciekawym patentem jest za to wprowadzenie do gry możliwości budowania fortyfikacji. Każdy ma ze sobą pakiet „Boba Budowniczego”, z którego może w dowolnej chwili skorzystać kopiąc okopy, stawiając osłony z worków z piaskiem czy blokować przejścia z pomocą drutu kolczastego.
Niektórzy potrafią nawet zostać na tyłach i zamiast walczyć kolejny punkt bunkrować, tak na wszelki wypadek, poprzedni. I naprawdę ma to sens, szczególnie w bardziej złożonych trybach gry takich jak Linia Frontu czy Wielkie Operacje.
Zresztą oba te tryby (które same w sobie są miszmaszem pozostałych) to chyba najlepszy sposób by posmakować wszystkich przygotowanych dla nas w Battlefield V atrakcji – począwszy od zabawy poszczególnymi klasami i ich arsenałem, poprzez różnorodność map, po samoloty i wszelkiej maści pojazdy.
A skoro już o pojazdach mowa nie mogę za bardzo zrozumieć dlaczego na polu bitwy brakuje czołgów. Te kilka sztuk, które pojawiają się tu i ówdzie (i to dość rzadko) raczej ciężko uznać za coś co oddaje klimat walki na pierwszej linii frontu. To bardziej lokalna potyczka dwóch niewielkich oddziałów.
Kolejny zgrzyt to, jak dla mnie, szybkość rozgrywki. Nie mam nic przeciwko dynamicznym potyczkom, ale w całym tym chaosie ciężko o jakieś bardziej taktyczne zagrania. W Battlefield V ginie się często i gęsto, o czym zresztą sami twórcy dobrze wiedzą. Jedno z codziennych zadań specjalnych nagradza bowiem za przeżycie na polu bitwy 90 sekund.
Pola bitew, w których jest na czym oko zawiesić
Mapy to bezapelacyjnie najlepsza część Battlefield V. No może nie wszystkie są równie fantastyczne, ale większość spośród 8 przygotowanych na premierę, przy pierwszym kontakcie potrafi wywołać efekt „Wow”. Szczególnie na dobrym pececie (choć i na PlayStation 4 Pro gra wygląda nieźle). I pomijam już nawet ray tracingowe bajery, bo i bez tego oprawa wizualna gry broni się sama.
Mnie najbardziej przypadły do gustu dwie „francuskie” mapy – Powykręcana Stal z wielkim stalowym mostem i Arras, z żółtymi polami i klimatycznymi, wiejskimi budynkami. Oczywiście, w trakcie bitwy całe pole walki zmienia się nie do poznania.
Silnik Frostbite przyzwyczaił już nas do totalnej destrukcji i tego że tam gdzie stała kiedyś chałupa może za chwile stać tylko jedna jej ściana. A w Battlefield V mamy przecież jeszcze wspomniane wyżej rakiety, które dosłownie demolują otoczenie. Jedyne czego faktycznie może tu brakować to…większa różnorodność map.
Battlefield V – czy warto kupić?
Jesteś fanem Battlefielda? Brałeś udział w beta testach? No to wiesz mniej więcej czego można spodziewać się po „piątce”, przynajmniej pod kątem rozgrywki sieciowej, i pewnie nie trzeba Cię przekonywać do zakupu. Finalna wersja gry przeszła pozytywną metamorfozę. Jest też dużo ciekawsza, nie licząc nieszczęsnego trybu kampanii dla pojedynczego gracza.
Jak dla mnie jednak trochę za mało tu treści. Klimat też gdzieś wyparował. Owszem, w Battlefield V gra się naprawdę przyjemnie, ale to już nie jest to samo co kiedyś. Powrót do drugowojennych klimatów wieje sztampą na kilometr.
Mówicie co chcecie, ale jak dla mnie Battlefield 1 był powiewem świeżości. Szkoda, że twórcy, zamiast iść za ciosem, postanowili podążyć za modą i zaserwować nam zlepek różnych sprawdzonych już elementów w mocno oklepanej już wojennej otoczce.
Czy to źle? Pewnie nie, bo nowa odsłona serii już zyskała sobie sporą rzeszę oddanych fanów, którym nie przeszkadzają nawet błędy pokroju fruwających postaci, blokowania się w skałach czy nagłego wychodzenia gry do Windowsa (co i mnie spotkało w środku wygrywanej Wielkiej Operacji). Ja chyba jednak poczekam na coś bardziej konkretnego – jeśli nie Battlefield Bad Company 3 to może więcej map, pojazdów i trybów w Battlefield V. Kiedyś z pewnością się tam pojawią.
Ocena końcowa Battlefield V:
- spora różnorodność trybów rozgrywki
- niezwykle wciągające Wielkie Operacje
- ciekawie zrealizowany system rozwoju
- bardzo dobra oprawa audiowizualna
- strzelanie sprawia dużą frajdę
- nowości pokroju budowania foryfikacji
- wszystkie następne dodatki będą za darmo dla każdego kto kupił grę
- fenomenalnie przygotowane mapy...
- ...tylko czemu na start jest ich tak mało?
- Opowieści Wojenne czyli kampania dla jednego gracza to wyjątkowo rozczarowujące doznanie
- sporo irytujących błędów
- Grafika:
dobry plus - Dźwięk:
dobry - Grywalność:
dobry
Ocena ogólna: