King's Bounty - pogromca Heroes of Might and Magic

King’s Bounty z 1990 roku dała początek Herosom, King’s Bounty z 2008 roku może być gwoździem do trumny tej utytułowanej serii. Dzieło rosyjskich programistów okazało się być znacznie lepsze od mocno promowanych Heroes of Might and Magic V. Gra wprowadza powiew świeżości, a zabawa jest naprawdę przednia. Oprawa graficzna i muzyczna urzeka. Fani gatunku powinni zagrać koniecznie.

Krótko o historii. Gameplay

Image

Przychodzą takie chwile w życiu każdej, absolutnie każdej serii gier komputerowych czy konsolowych, że nawet po kilku równych i genialnych edycjach w końcu dobra passa się kończy, a gracze albo definitywnie odwracają się od niej plecami, albo bawią się jedynie przy starych, wciąż świetnych edycjach. Tak właśnie było z Heroes of Might and Magic, gdzie zarówno część czwarta, jak i całkiem jeszcze świeża „piątka” pozostawiały wiele do życzenia. Wszyscy ci, którzy do dziś zagrywają się w nieśmiertelną edycję trzecią powinni ze szczególnym zainteresowaniem przyjrzeć się King’s Bounty: Legenda. Nie są to może dokładnie „Hirołsi”, ale oferują zabawę jakiej od jakiegoś 2000 roku (premiera ostatniego oficjalnego dodatku do HoM&M 3) nie uświadczyliśmy.


DLA CIEBIE
Cyfrowy Polak - Wykluczenie cyfrowe

Image

Ta historia jest tak zakręcona, że w gruncie rzeczy nie powstydziliby się jej nawet scenarzyści kultowej w pewnych kręgach „Mody na sukces”. Otóż King’s Bounty to w rzeczywistości remake gry o tym samym tytule, która... debiutowała w 1990 roku i jest uważana za wielkiego prekursora serii Heroes of Might and Magic. Zakręcone, prawda? Jest to jednak elementarna wiedza dla każdego miłośnika wirtualnej rozrywki, a skoro lekcję historii mamy już za sobą... pora rozpakować pudełko!

Dodajmy – bardzo ładne pudełko, które zdobi gustownie przygotowany artwork z gry. Wydawcą jest Cenega Poland, która zadbała o dobrą kampanię reklamową już na długo przed premierą, dzięki czemu mogliśmy zagrać między innymi we w pełni spolonizowane demo. W zestawie otrzymujemy książeczkę z artworkami pochodzącymi z gry (nadal nie rozumiem sensu dodawania tego typu gadżetów), przydatny poradnik z rozszerzoną wersją dostępną w internecie, instrukcję, płytę DVD z grą, a także specjalny dysk z soundtrackiem. Pełen profesjonalizm, na dodatek w jak najbardziej uczciwej cenie.

Początkowo miałem sporo zastrzeżeń co do samej polonizacji, która jest wprawdzie całkowicie poprawna ortograficznie, stylistycznie i interpunkcyjnie, ale poziom pojawiających się w grze dialogów sprawia wrażenie, jakby tworzył je w najlepszym wypadku uczeń ostatniej klasy gimnazjum. Są takie proste, naiwne, może troszkę wręcz „dresiarskie”. Kompletnie nie pasuje mi to do poważnego i bajkowego klimatu King’s Bounty. Szybko jednak zbadałem temat i odkryłem, iż w angielskiej wersji jest podobnie – z nieco większą klasą – ale podobnie. Trudno mieć zatem zastrzeżenia do tłumacza, który postawił na wierność, a nie piękno.

Image

Zabawę rozpoczynamy od wybrania poziomu trudności w czekającej nas kampanii i choć przeważnie lubię zaczynać przynajmniej od średniego – tym razem proponuję „łatwy”, a nawet „bardzo łatwy”. King’s Bounty zaskakuje, bowiem dziś nie robi się gier, które dostarczałyby tylu problemów z pokonywaniem przeciwników. Twórcy ustawili poprzeczkę naprawdę bardzo wysoko, w związku z czym zaawansowani gracze z pewnością skuszą się na ponowną konfrontację z trybem kampanii, co jest dość sensowne biorąc pod uwagę, iż nie ma multiplayera. A przydałby się bardzo, bowiem gra ma tak olbrzymi potencjał, że z prawdziwą przyjemnością chciałoby się go skonsumować w pojedynku sieciowym ze znajomymi, a... myślę, że całość poradziłaby sobie nawet jako rasowy MMORPG!

Gameplay

King’s Bounty: Legenda to połączenie kilku gatunków, choć zdecydowanie najbardziej widoczne są w niej elementy RPG i strategii. Twórcy postanowili ograniczyć nieco turowe ograniczenia w poruszaniu się, które chyba już troszeczkę przejadły się graczom. Tym razem wirtualne mapy są dla nas całkowicie otwarte, nie trzeba bawić się w oddawanie kolejki i regenerowanie punktów ruchu, choć taki system niesie za sobą różnego rodzaju niebezpieczeństwa, a mianowicie – bardziej mobilne stały się też potwory, gonią nas po całej mapie i bynajmniej nie mają zamiaru odpuszczać. Choć takie rozwiązanie na początku może nieco dezorientować (zwłaszcza na wyższych poziomach trudności), to daje to też spore możliwości.

Na przykład wyciągnięcie niektórych jednostek na terytoria, w których rodzą sobie w walce nieco gorzej i nie dostają dodatkowych bonusów (jak na przykład umarlaki poza cmentarzem). Z potworami na mapie sytuacja jest o tyle komfortowa, iż się nie odradzają. Jednokrotne pokonanie bestii praktycznie kończy wszelkie problemy, a więc i ilość punktów doświadczenia możliwych do zdobycia jest w pewnym sensie ograniczona (ale spokojnie – starczy).

Image

Sama walka została już wykonana w systemie turowym. Jednostki są rozmieszczone na specjalnym polu podzielonym na sześciokąty. Atakują w z góry ustalonej kolejności, o której decydują stosowne statystyki - przynajmniej na początku gry, bowiem dobrze wyszkolony bohater jest w stanie potężnie wpływać na przebieg starć w dalszej części rozgrywki.

Przygotowane na potrzeby gry są bardzo różnorodne i potężne. Wprawdzie nie rekrutuje się ich w „zamkach” jak w dużej mierze miało to miejsce w serii Heroes, ale system pozyskiwania nowych członków drużyny jest bardzo ciekawy. Możemy bowiem najmować ich w różnych, przeznaczonych w tym celu budynkach, a ich ilość jest ograniczona – jeśli skorzystamy z usług wszystkich dostępnych, należy jak najszybciej rozejrzeć się za nowym źródłem zaopatrzenia. Komplikuje to nieco rozgrywkę, bowiem zdecydowanie trudniej jest skompletować przepotężną armię mając ograniczone zasoby kreatur.

Czasem trzeba też stawać przed ciężkim wyborem pomiędzy teoretycznie podobnymi oddziałami, ale o kompletnie różnych właściwościach. Możliwości kombinowania jest naprawdę cała masa, a tak naprawdę dobór odpowiednich jednostek i wykorzystanie ich umiejętności na polu bitwy to dopiero wierzchołek góry lodowej. Nasza armia oprócz typowych ataków bezpośrednich/dystansowych dysponuje także – w niektórych wypadkach – szczególnymi umiejętnościami magicznymi, które często są niezbędne w trakcie walki, pozwalając na np. dodatkowe błogosławieństwo czy magiczne, raniące wroga topory.

Image

Ale to nie wszystko. Na polu bitwy nie zabrakło także standardowej księgi zaklęć. Główny bohater – choć nie uczestniczy bezpośrednio w walce – może naprawdę solidnie wesprzeć swój zespół za pomocą czarów. Te mają charakter typowo defensywny (tarcze, wzmocnienia), ofensywny (osłabienie przeciwnika różnego typu klątwami) oraz takie, jakie tygrysy lubią najbardziej – bardzo ofensywne. Wielkie kule ognia czy przede wszystkim Armageddon to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników zabawy z troszkę powiększonymi skłonnościami do destrukcji.

Ilość możliwych do rzucenia czarów jest naturalnie ograniczona, dlatego równie przydatną opcją jest Puszka Pandory. To tajemniczy artefakt, który zdobywamy na początku rozgrywki, pozwalający na przywoływanie w trakcie zabawy specjalnych pomocników – demonów specjalizujących się w różnych metodach walki. Mogą one zdobywać poziomy doświadczenia, a ich przydatność w związku z tym stopniowo rośnie. Jest to całkiem udany patent i sprytnie wpleciony w otoczkę fabularną.

Image

Heros. Klimat

Kluczem do całej zabawy jest jednak przede wszystkim główny bohater. Wspomniane wyżej jednostki czy magia to tak naprawdę jedynie inwokacja do akapitu o prawdziwym „numerze jeden” całej gry czyli kierowanej przez nas postaci. Na samym początku zabawy wybieramy jedną spośród trzech klas – wojownika, paladyna lub maga.

Wojownik koncentruje się przede wszystkim na sterowaniu jak najbardziej potężnymi jednostkami – ostatni prawie wcale z nich nie korzysta, za to rzuca sporo potężnych zaklęć. Paladyn jest swoistym uśrednieniem obydwu klas. Tajemnicą nie jest, że jak w wielu innych grach najciekawiej gra się magiem, który jest naprawdę przepotężnym zawodnikiem.

Wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów doświadczenia nasi herosi otrzymują stosowne punkty umiejętności rozgospodarowane stosownie do wybranej klasy (tego typu punkty znajdujemy także w trakcie zabawy, np. podczas przeszukiwania mapy). One z kolei pozwalają skupić się na drzewkach umiejętności i inwestować w różnej maści talenty.

Magowie na przykład początkowo poznają podstawowe tajniki magii, ale wyższe poziomy pozwalają im powiększyć moc zadawanych obrażeń, a przede wszystkim – co w pewnym momencie staje się priorytetem – ilość możliwych do rzucenia czarów podczas jednej tury.

Wojownik rozwija przede wszystkim umiejętności związane z jednostkami – uruchamia u nich dodatkowe umiejętności, zwiększa siłę zadawanych obrażeń czy też potrafi ustawić ich przed walką.

Również umiejętności Paladyna są bardzo przydatne, bowiem może on na przykład zwiększać ilość zdobywanego doświadczenia. Co się bardzo chwali – te talenty nie są na wyłączność.

Śmiało możemy tworzyć hybrydy wojowniko-magów i inaczej, wedle uznania. Wprawdzie najłatwiej rozwijać własną klasę, ale nie jest to konieczne jeśli postanowimy inaczej.

Image

Główny bohater to zresztą równie ciekawa historia pod względem kilku innych czynników. O ile możliwość posiadania specjalnych artefaktów podnoszących jego specjalne umiejętności to standard, tak na przykład w King’s Bounty nic nie stoi na przeszkodzie byśmy... go ożenili!

Małżonka to świetna inwestycja, bowiem również działa dodatnio na naszego herosa, na przykład dodając mu punkty ataku czy inteligencji. Ale to nie koniec jej specjalnych właściwości – jako wierna małżonka może nam dać dziecko (a właściwie nawet czwórkę), które oprócz pieniędzy przynoszą różne, dodatkowe korzyści.

Ciekawym pomysłem jest opcja ulepszania przedmiotów znajdujących się w naszym ekwipunku. Otóż wcale nie jest potrzebna gotówka czy magiczne składniki – wiele przedmiotów ma duszę i musimy się z nimi po prostu zmierzyć! Takie walki są zazwyczaj dużo cięższe od standardowych, ale i efekt jest niezwykle zadowalający.

Image

Mapy oprócz różnego typu stworów są naturalnie bogate także w surowce naturalne – w większości złoto, ale i skarby, punkty umiejętności oraz cenne flagi, pozwalające na powiększeni liczby punktów „dowodzenia”, co z kolei przekłada się wymiernie na maksymalny rozmiar prowadzonej armii (początkowo ma ona ledwie kilkanaście jednostek, pod sam koniec zabawy, w okolicy 31 poziomu doświadczenia, jest to nawet i kilka tysięcy).

Na mapie spotykamy także liczne budynki i postaci, które zlecają nam różne zadania do wykonania – przeważnie koncentrujące się na konieczności przyniesienia czegoś i/lub rozprawienia z jakimiś podłymi stworkami. Nie zabrakło także głównego wątku fabularnego, choć do szczególnie oryginalnych on nie należy – wielkie zło, orkowie, rychły koniec świata, tylko jeden bohater, który może zmienić losy, ple, ple, ple. Całość jednak jest dość spójna – i choć troszkę bajkowa, momentami naiwna – jakoś nie zmusza do pukania się w czoło podczas czytania tego, co tam sobie scenarzyści wykombinowali.

Image

Klimat

Klimat w King’s Bounty jest naprawdę niesamowity. Podczas zabawy można nieraz poczuć się jakby najlepsze bajki z dzieciństwa zmieszano po części ze światem Heroes of Might and Magic, po części z mitologią Skandynawską, a po części ze starymi, rosyjskimi opowiastkami. Jedynym ziarnkiem pieprzu są te nieszczęsne, „ziomalskie” i na siłę śmieszne dialogi. Gdyby nie to – dostalibyśmy prawdziwie interaktywną bajkę, która na długie godziny wciąga, a przy tym urzeka swoim niesamowitym czarem.

Wśród licznych zalet King’s Bounty, oprócz ładnej grafiki, sporej grywalności, dobrego systemu rozwoju postaci i wielu, wielu fajnych rozwiązań nie sposób jednak nie wspomnieć o wadach, które potrafią zirytować po kilkugodzinnej sesji.

Największym minusem jest przede wszystkim brak możliwości symulowania walk. Każdą z nich trzeba niestety stoczyć, a co za tym idzie – robią się straszliwie schematycznie. W prawie każdym wypadku na wroga wystarczyły jedynie dwa-trzy zaklęcia (w przypadku gry magiem) i było po sprawie, ale zanim do tego doszło musieliśmy ścierpieć liczne animacje, napinanie muskułów, itp. Szczerze przyznam, że ten element irytuje tak mocno, że gdyby nie on – zastanowiłbym się w przypadku tej gry nad jeszcze wyższą oceną.

Reszta minusów aż tak mocno nie doskwiera, są to raczej drobnostki. Może jedynie dziwne problemy z poruszaniem się podczas jazdy konno i pływania statkiem są trochę irytujące. Główny bohater na swoim dzielnym rumaku musi się bowiem obijać o każdy maleńki kamień i każde wystające drzewo, zamiast przez nie „przeniknąć” trzeba podczas podróży troszkę manewrować myszką. To też jest stosunkowo męczące, zwłaszcza, że zdarza się na wszystkich mapach, a po nich się naprawdę sporo nabiegamy.

Image
Image

Grafika, wydajność. Podsumowanie

Oprawa graficzna King’s Bounty urzeka swoją cukierkowatością. Jest świadomie przesłodzona, bajkowa, jak i cała reszta. Drzewka są zielona, woda niebieściutka, a cmentarz... nie tak mroczny jak mógłby się wydawać. Nawet bardziej „ogniste” klimaty wydają się być dość strawne. Animacja zarówno postaci głównego bohatera, jak i widocznego otoczenia jest bardzo dobra.

Podobnie sprawa wygląda na polu walki, gdzie całość prezentuje się przyzwoicie, łącznie z różnorodną i efektowną animacją czarów.

Dzieło studia Katauri Interactive to naprawdę ładny i dopracowany produkt, co potwierdza również rewelacyjna oprawa dźwiękowa. Wielokrotnie zdarzało mi się narzekać na to, co proponuje nam Heroes of Might and Magic V. Tego się po prostu nie da słuchać, a po trzech godzinach pojawiają się myśli samobójcze. W przypadku King’s Bounty jest zupełnie na odwrót. Motywy muzyczne wpadają w ucho i z utęsknieniem wyczekujemy ich kolejnego powtórzenia. Może to tylko złudne uczucie, ale część z nich wydaje mi się być nieco inspirowana bardzo dobrym przecież soundtrackiem z HoM&M 3.

Image

Mimo wysokiej jakości oprawy graficznej, King’s Bounty naprawdę nieźle daje sobie radę z komputerami, dzięki czemu wspaniałych przygód skosztować będą mogli nawet posiadacze troszkę gorszego sprzętu. Gra została przetestowana na trzech laptopach – słabym Kalifornia Access, średniej Toshibie oraz niezłym Asusie. Efekt był taki, iż na CA o konfiguracji

  • Intel Core Duo 1,8 GHz,
  • karcie graficznej nVidia GeForce ze 128 MB
  • 2GB RAM

dało się grać (z delikatnymi przycinkami) na najniższych detalach. TOSHIBA o konfiguracji sprzętowej 

  • Turion X2 1,9 GhZ,
  • 2 GB RAM
  • kartą Radeon HD 2600 (256 MB do 1023 wirtualnej pamięci)

gra chodziła nawet na maksymalnych detalach z szesnastokrotnym antyaliasingiem i zwalniała jedynie podczas obrotów kamery – przy czterokrotnym szło zupełnie płynnie. Naturalnie sprzęt o mocniejszej konfiguracji nie sprawiał już prawie żadnych kłopotów.

Posiadaczom słabszych komputerów powiem też – na pocieszenie – że tak naprawdę różnice między totalnym maksimum, a minimum nie są szczególnie widoczne i nawet w przypadku tak skrajnych konfiguracji – gra nadal wygląda dobrze.

Image

Podsumowanie

King’s Bounty z 1990 roku dała początek Herosom, King’s Bounty z 2008 roku może być gwoździem do trumny tej utytułowanej serii. Dzieło mało znanych, rosyjskich programistów okazało się być bowiem znacznie lepsze od mocno promowanych Heroes of Might and Magic V.

Przede wszystkim – wprowadza powiew świeżości, a zabawa jest naprawdę przednia. Z drugiej jednak strony – brakuje multiplayera, pewne niedogodności potrafią szczerze zirytować, a brak możliwości symulowania walki sprawia, iż gra w pewnym momencie staje się nieco nudna i męcząca. Efekt jest taki, że zapewnia kilkadziesiąt godzin gry... ale tylko raz. Wątpię, by ktokolwiek – mimo niezłej zabawy – miał siłę i ochotę bawić się przy King’s Bounty jeszcze raz, na przykład przechodząc ją inną profesją. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedna z niewielu, pecetowo ekskluzywnych premier, które naprawdę pozwalają wyleczyć się z kompleksów względem konsolowców. Zagrać trzeba koniecznie, a 80 złotych za produkt tej klasy, ceną wygórowaną nie jest.

Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY