Decyzja Sądu Najwyższego dotycząca kasacji negatywnej decyzji Sądu Apelacyjnego w sprawie odpowiedzialności właścicieli portali internetowych, a w zasadzie dystrybutorów wszelkiego rodzaju mediów internetowych, za treści publikowane w tych mediach, została ogłoszona w piątek. W momencie, gdy wszyscy emocjonowali się trwającymi jeszcze targami CES 2014. W świetle tej decyzji, Sąd Apelacyjny ponownie będzie musiał rozpatrzeć zażalenie Romana Giertycha, adwokata i byłego lidera LPR, w sprawie wypowiedzi na portalu Faktu (wydawnictwo RASP), które godzą między innymi w jego dobre imię.
Przypomnijmy pokrótce, o co chodzi. Skierowany do sądu przez Romana Giertycha pozew przeciw Faktowi został odrzucony. I to dwukrotnie. Argumentem była wykładnia prawa UE, która mówi, że serwisy nie ponoszą odpowiedzialności za obraźliwe treści, jeśli o ich istnieniu nie wiedział, albo zadbał o szybkie ich usunięcie (tym zadaniem zajmują się moderatorzy).
Roman Giertych nie dał za wygraną. Reprezentująca go mec. Katarzyna Leder-Salgueiro powołała się na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2013 roku, który wziął stronę estońskiego przedsiębiorcy obrażanego w komentarzach na jednym z portali. Wniosek z tamtego wyroku jest jeden - treści, które pojawiają się w komentarzach, należy traktować jako treści redakcyjne, a to podlega prawu prasowemu. Mówiąc inaczej, jeśli ktoś napisze coś, co obraża inną osobę, ta może pozwać serwis, nie interesując się rzeczywistym autorem danej treści. Kierując się tymi przesłankami Sąd Najwyższy uznał, że wydawca portalu mógł o obraźliwych komentarzach wiedzieć.
Czy nasze prawo jest w stanie stawić czoło internetowym mediom? Czy jakiekolwiek przepisy dadzą sobie radę z nieprzewidywalnością zachowań ludzkich?
Decyzja Sądu Najwyższego oznacza, że pozew Romana Giertycha będzie musiał być ponownie rozpatrzony przez Sąd Apelacyjny i to ze szczególnym uwzględnieniem decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. I choć sprawa może ciągnąć się jeszcze bardzo długo, to już budzi niepokój wśród wielu ludzi. Nie tylko właścicieli skandalizujących portali, ale i tych osób, które posiłkują się komentarzami internautów do budowania prestiżu swoich witryn.
Problemem jest fakt, iż sprawa nabrała rumieńców, dopiero gdy zaczęła osobiście dotyczyć Romana Giertycha. Czyżby całe zamieszanie było jedynie wojenką o prywatne interesy? Można odnieść wrażenie, że skazanie właścicieli serwisów na tak daleko idącą odpowiedzialność to próba pójścia po linii najmniejszego oporu, kosztem tych, którzy wcale nie są odpowiedzialni. Bo choć prawo polskie nie zna pojęcia precedensu, to prawnicy bardzo chętnie posiłkują się decyzjami w innych sprawach, by dociekać interesów swoich klientów.
Spróbujmy spojrzeć na tę sprawę z dystansem - bez emocji, bez nazwisk, nazw portali. Biorąc pod uwagę to, co aktualnie robią portale internetowe, a także blogerzy, w kwestii walki z chamstwem, szkalowaniem dobrego imienia innych. Taka walka niewątpliwie jest czymś słusznym, ale życie uczy nas, że zbyt często cel uświęca środki.
Art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Niezależnie od pozwu Roman Giertych chce, by Trybunał Konstytucyjny ocenił czy jego treść nie godzi w zasady demokratycznego państwa prawnego, prawo do ochrony życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia.
W wydaniu obiektywnej opinii problemem jest często niedostateczne doinformowanie. Dotyczy to zwłaszcza czytelników, którzy często odnoszą wrażenie, że mimo szumnych deklaracji o działaniach w interesie ogółu, tak naprawdę trwa walka o interes pojedynczej jednostki. Wiele osób wątpi, że takie działania mają doprowadzić do propagowania przyzwoitości i przekonywać czytelników, że ich czyny nie są bezkarne, nawet jeśli to oni nie odpowiadają za swoje słowa. Uważają oni raczej, że rozprawy sądowe służą jedynie do realizacji własnych interesów i to nie ważne, jakim kosztem. Czy zatem negatywne nastawienie to tylko zbyt emocjonalne i subiektywne postrzeganie walki o przyzwoitość? Niestety, konia z rzędem temu, kto potrafi powiedzieć, kiedy faktycznie chodzi o dobro ogółu, a kiedy interes publiczny jest tylko przykrywką w walce o własne interesy.
Obawy budzi nie walka z obraźliwymi treściami, bo ta jest słuszna i już realizowana (im większy portal, tym wymyślniejsze procedury - więcej moderatorów, ale również specjalne skrypty, inteligentne oprogramowanie monitorujące treści). Obawy budzi to, czy decyzja, którą wyda sąd będzie rozsądna. Nie tylko dotycząca interesu jednej osoby czy podmiotu, a w imię dobra wszystkich. Decyzja musi również uwzględniać narzędzia, jakimi już dysponujemy, a które nie zawsze są wykorzystywane. Wyrok powinien ułatwić walkę z niepożądanymi treściami nie tylko tym, kogo one dotyczą, ale również instytucjom, które muszą ponosić odpowiedzialność za ich publikację. Portale, nawet jeśli nie są ścigane prawnie, zdają sobie przecież sprawę z konsekwencji publikacji takich treści – stąd moderatorzy.
Czy wydawca treści powinien w pełni odpowiadać za publikowane treści w komentarzach?
Załóżmy, że Sąd Apelacyjny wprowadziłby w Polsce bardzo restrykcyjne prawa, które bardzo mocno uderzają we właścicieli portali internetowych, wydawców mediów elektronicznych. Pomińmy fakt, czy każdy, kto słusznie poczuje się urażony, byłby w stanie walczyć o egzekucję należnych mu praw.
Skoro portale internetowe miałyby płacić ogromne kwoty za obraźliwe uwagi użytkowników, które z komentarzy nabrały rangi dokumentów redakcyjnych, to możliwe są następujące scenariusze (nie wyczerpujemy wszystkich możliwości):
- Całkowita likwidacja komentarzy tam gdzie jeszcze są stosowane - wcale nie musi to wiązać się ze stratami, ale efekt zależy od splotu wielu zależności, w jakich znajduje się dany portal.
- Publikowanie komentarzy po zatwierdzeniu z opóźnieniem, co już jest spotykaną praktyką. Niestety wszelkie dyskusje nie będą prowadzone na żywo. Konieczne będzie zatrudnienie dodatkowych osób, by stale kontrolować treści przez 24 godziny. Taka osoba nie tylko musiałaby orientować się w tematyce portalu, ale również, i to bardzo dokładnie, w niuansach przepisów prawnych. Niby proste, ale nie zawsze są na to środki.
- Konieczność identyfikowania się pod komentarzem zawsze swoimi autentycznymi danymi (nie tylko rejestrowania się pod swoimi danymi). Z jednej strony to świetny pomysł, ale czy będzie to miało sens, gdy komentujący nie będą pisali tego, co myślą, ale to co inni chcą usłyszeć.
- Portale mogą również zastosować bardziej wymyślne mechanizmy automatycznej weryfikacji treści, ale to niestety bardzo trudne zadanie.
- Cenzura tekstów będzie bardzo ostra i niekoniecznie z korzyścią dla całej dyskusji.
- Ostatnia z możliwości to przeniesienie komentarzy na inne platformy, na przykład Disqus, by nie były one bezpośrednio treścią umieszczaną na portalu.
Wniosek jest taki. Z wieloma rzeczami da się walczyć z pomocą już obecnych narzędzi. Zarówno na poziomie dużych portali, jak i mniejszych serwisów czy blogów. Jeśli nowe przepisy wspomogłyby stosowanie tych narzędzi, to warto o nie zadbać. Jednak, jeśli będą one tylko metodą na obejście niekompetencji i to kosztem niesłusznego narzucenia kar lub ułatwienia złośliwych działań przeciw portalom, to lepiej by Sąd Apelacyjny ponownie odrzucił wspomniany wniosek.
Czy jest możliwa w pełni obiektywna ocena komentarzy pod kątem zjadliwych treści?
Warto także zastanowić się nad tym, czy publikowanie przez opiniotwórcze media treści, które budują fałszywe pojęcie rzeczywistości wśród internautów, nie jest równie szkodliwe, co obraźliwe komentarze. Internauta, który szuka w sieci porad, nie musi znać się na wszystkim, a są przecież dziedziny życia, gdzie nie ma miejsca na polemikę i różne opinie. Internetowe media postrzegane są, jako coś nowego, do czego prawo musi się przystosować. A przecież towarzyszą nam już od lat i są coraz bardziej powszechne.
Źródło: Inf. Własna