Coraz częściej zdarzają się sytuacje, że klienci w celu zwiększenia swojej zdolności kredytowej, zatajają lub pomijają pewne dane w wypełnianym wniosku. Zdarza im się zapomnieć o wspomnienu o liczbie dzieci czy stanie cywilnym. Ze względu na ograniczoną liczbę informacji w dokumentach oraz brak możliwości zaczęrpnięcia ich w ośrodkach zewnętrznych (np. Urzędzie Miasta) - banki zaczynają radzić sobie okrężną drogą.
Jak? Poprzez przeglądanie profili potencjalnych kredytobiorców w serwisach społecznościowych. Zdarzały się sytuacje, że w profilach banki natrafiały na zdjęcia dzieci - choć klient o tym nie poinformował - i na tej podstawie odmawiały udzielenia kredytu. Oficjalnie jednak żaden bank nie przyzna się do prowadzenia tego typu działań. W rozmowie z Dziennikiem Gazeta Prawna mec. Sebastian Wojdył z Kancelaria Prawnej Chałas i Wspólnicy przyznaje jednak, że tego typu działania nie są niezgodne z prawem. Klient co do zasady sam udziela na nie zgody we wniosku kredytowym.
Wielu internautów ma w zwyczaju obwiniać serwisy społecznościowe za niedostateczne chronienie danych osobowych. Tego typu argumentacja wydaje się być jednak kolejną internetową modą, bowiem wszystkie większe witryny pozwalają samemu skonfigurować, które dane chcemy podać, a następnie - w jakim stopniu udostępniać osobom postronnym. Równie nieracjonalne wydają się argumenty, że serwisy typu Facebook magazynują nasze dane, by wykorzystać je w niecnych celach. Takie myślenie - w obliczu ponad pół miliarda użytkowników - wydaje się dość egoistyczne :-).
Niemniej jednak artykuł Dziennika Gazety Prawnej daje sporo do myślenia. Nie na temat serwisów społecznościowych, ale nas samych i tego co publikujemy w sieci. Oraz późniejszych konsekwencjach tegóż już "offline".
Źródło: DGP