Znakomite tytuły
Ostatni artykuł o najlepszych klasykach dostępnych na komputery PC wzbudził ogromne emocje. Po niemal trzymiesięcznej przerwie postanowiliśmy powrócić do tematu, przypominając wam kolejne klasyki. Tym razem jednak zrezygnowaliśmy z wcześniejszych, ograniczających nas założeń, posiłkując się podawanymi przez was typami.
Aby uniknąć ewentualnych nieporozumień śpieszymy wyjaśnić, że dobór gier nie był przypadkowy. Chcieliśmy zaserwować wam wycieczkę w przeszłość, skupiając się na najważniejszych produkcjach. Braliśmy jednak pod uwagę tylko te, do których gracze pomimo upływu lat nadal chętnie wracają. Jednocześnie skupiliśmy się przede wszystkim rynku PC, stąd też siłą rzeczy zabrakło tu głośnych tytułów zapamiętanych wyłącznie z konsol, takich jak na przykład kultowy już Final Fantasy VII.
Nasza podróż w przeszłość elektronicznej rozrywki nie miałaby wielkiego sensu, gdybyśmy oprócz przypomnienia tych kilkunastu wskazanych przez was produkcji nie próbowali określić, czy są one nadal do kupienia i jeśli tak, to gdzie. Trzeba przyznać, że znalezienie niektórych z nich graniczy z cudem. Ot, prawdziwe „białe kruki”. :-) Tak czy inaczej, tym razem możecie mieć pewność, że prezentowane przez nas gry z pewnością zasłużyły na zaszczytne miano najlepszych klasyków na komputery PC.
01. Sid Meier’s Pirates! - 02. Seria Monkey Island - 03. Dune II: Battle for Arrakis - 04. Mortal Kombat II - 05. UFO Enemy Unknown/ X-COM: Terror from the Deep - 06. Saga Warcraft - 07. Worms - 08. Heroes of Might & Magic I-III - 09. Saga Command & Conquer - 10. The Settlers II: Veni Vidi Vici - 11. Fallout 1 i 2 - 12. Diablo i Diablo II - 13. Total Annihilation - 14. Saga Age of Empires - 15. Quake 2 - 16. Theme Hospital - 17. Grand Theft Auto 1-3 - 18. Saga Baldur’s Gate - 19. Jagged Alliance 2 - 20. Seria Thief - 21. Seria Homeworld - 22. Rayman 2: Great Escape - 23. Gothic i Gothic II - 24. Mafia - 25. Neverwinter Nights - 26. The Elder Scrolls III: Morrowind - 27. Richard Burns Rally - 28. Prince of Persia: Dusza Wojownika
Sid Meier’s Pirates!
Wydana w 1987 roku produkcja była pierwszą grą Sida Meier’a, która doczekała się naprawdę wielkiego rozgłosu. Twórca późniejszej strategii wszechczasów, Cywilizacji, w tamtym okresie zajmował się przede wszystkim symulatorami, stąd też pojawienie się na rynku czegoś całkowicie innego i jakże oryginalnego musiało wstrząsnąć raczkującą wówczas branżą gier.
Opowieść o piratach, ukrytych skarbach, armadach przewożących niewyobrażalne bogactwa oraz walce o wpływy pomiędzy czterema mocarstwami została doceniona zarówno przez graczy, jak i recenzentów, otrzymując szereg prestiżowych nagród. U podstaw ogromnej popularności tego tytułu leżała wyjątkowa otwartość świata gry i swoboda w podejmowaniu decyzji co do dalszych przygód prowadzonego przez nas bohatera. Mogliśmy więc do woli handlować, toczyć pojedynki, atakować miasta, konwoje, szukać skarbów czy romansować z córkami gubernatorów. Wszystko to znakomicie podkręcało grywalność nie pozwalając graczom oderwać się od monitorów.
Nie trudno się dziwić, że Pirates aż dwukrotnie doczekało się specjalnych reedycji, z których ostatnia ukazała się na rynku w 2004 roku (w Polsce ze sporym poślizgiem). Odświeżona wersja kultowego hitu sprzed lat spotkała się wówczas z bardzo ciepłym przyjęciem przez graczy. Co więcej, tytuł ten nadal cieszy się sporą popularnością. Jedno jest pewne: Sid Meier’s Pirates to klasyk nad klasykami i protoplasta wszystkich późniejszych produkcji o piratach.
Seria Monkey Island
Późne lata 80. i początek 90. należały do klasycznych gier przygodowych typu Point-and-Click. To w tamtym okresie pojawiło się wiele znanych i cenionych do dziś tytułów, takich jak choćby znakomite Maniac Mansion: Day of the Tentacle czy niezapomniany Indiana Jones and the Last Crusade (czy ktoś z was jeszcze je pamięta? :-)). Największą jednak sławę zyskała seria Monkey Island, której burzliwa historia rozpoczęła się w 1990 roku za sprawą "Tajemnicy Małpiej Wyspy".
Przygody średnio rozgarniętego młodzieńca, Guybrusha Threepwooda, który za wszelką cenę pragnie zostać prawdziwym piratem - postrachem mórz i oceanów - urzekły graczy nie tylko ciekawą historią i nietuzinkowymi zagadkami, ale również olbrzymią dawką humoru. Błyskotliwe połączenie dowcipu z elementami charakterystycznymi dla każdej rasowej przygotówki to zasługa dwóch osób - Rona Gilberta i Tima Schafera. To oni stworzyli dwie pierwsze części tej znakomitej serii, które bez wątpienia przeszły już do historii elektronicznej rozrywki. Sami zaś do dziś uznawani są za ikony branży gier, choć ich sława nieco już przyblakła. Nie można jednak odmówić im olbrzymiego wkładu w dalszy rozwój gier.
Seria Monkey Island nadal pozostaje niedoścignionym wzorem dobrze skonstruowanych i ciekawych gier przygodowych. Wydane ostatnio odświeżone wersje specjalne dwóch pierwszych jej części udowodniły, że wyjątkowy klimat karaibskiej przygody potrafi urzec nawet po tylu latach.
Druga odsłona niezbyt popularnej gry Dune z 1990 roku opartej na słynnej powieści Franka Herberta okazała się niespodziewanym hitem. Olbrzymi sukces zawdzięcza całkowicie nowemu podejściu do rozgrywki. Dune II uznaje się bowiem za pierwszego przedstawiciela współczesnych strategii czasu rzeczywistego. Gatunek ten był co prawda znany wcześniej, ale dopiero Bitwa o Arrakis wprowadziła do niego pełną obsługę myszki, otwierając tym samym zupełnie nowe możliwości i tworząc fundament dla przyszłych podobnych produkcji.
Walka pomiędzy trzema rodami: Atrydów, Harkonnenów i Ordosów, o panowanie nad pustynną planetą Arrakis i złożami najcenniejszego surowca we wszechświecie zafascynowała graczy na całym świecie. Kult jakim otoczony został ten tytuł skłonił jego wydawcę do przygotowania specjalnej, odświeżonej edycji.
Dune 2000, który pojawił się na rynku w 1998 r., miał być hołdem dla wszystkich zagorzałych fanów pierwszej odsłony gry. Niestety, pomimo nowych jednostek, ulepszonej oprawy graficznej, nieźle przygotowanych wstawek filmowych i dodaniu opcji rozgrywki sieciowej grze zabrakło dawnego klimatu. Być może dlatego właśnie nie została tak doceniona jak pierwowzór. A szkoda, bo była to naprawdę niezła produkcja.
Niezwykle krwista i pełna przemocy seria Mortal Kombat zapisała się złotymi zgłoskami w historii elektronicznej rozrywki. Pierwsza odsłona tego niezapomnianego cyklu bijatyk stanowiła nie lada sensację, oferując graczom digitalizowaną oprawę graficzną o niespotykanej dotąd szczegółowości i ogromną dawkę realistycznie wyglądającej przemocy, której jeszcze świat gier nie widział. Efektowne i wyjątkowo brutalne wykończenia przeciwników nazwane tu Fatality stały się znakiem rozpoznawczym marki Mortal Kombat, przyciągając niczym magnes kolejnych miłośników mocnej rozgrywki.
Ogromna popularność, jaką z miejsca zdobył Mortal Kombat, spowodowała że jego twórcy (Ed Boon i John Tobias) postanowili pójść za ciosem, wydając część drugą gry. I dobrze się stało, bo kontynuacja okazała się jedną z najlepszych bijatyk jakie kiedykolwiek pojawiły się na różnej maści sprzęcie do grania (automaty, konsole, komputery). Co więcej, to właśnie druga odsłona Mortal Kombat uznawana jest przez fanów za najlepszą w całej, długiej historii tej marki.
W Mortal Kombat 2 twórcy pozbyli się błędów poprzedniczki, dodając całe mnóstwo nowych ciosów i ataków specjalnych (m.in. dowcipne wykończenia Babality i Friendship). Dodano też kilku nowych zawodników, a także poprawiono i tak już świetnie prezentującą się oprawę graficzną. Ku uciesze fanów gry, klimat nowej odsłony pozostał nadal mroczny, oferując jeszcze bardziej brutalną i krwistą rozgrywkę. Aż szkoda, że dziś w najnowszych częściach Mortal Kombat z tamtej atmosfery nie pozostało już właściwie nic.
UFO: Enemy Uknown/X-COM to kolejna seria, która odbiła się szerokim echem na cały świecie. Jej wpływ na rozwój branży gier jest niepodważalny. Nieprzypadkowo jednak do zestawienia najlepszych klasyków wybraliśmy jedynie dwie pierwsze części tego słynnego cyklu. To od nich się zaczęło i to one do dziś pozostają najlepszymi przedstawicielami swojego gatunku.
Ojcem tej niepowtarzalnej serii był Julian Gollop związany ze studiem MicroProse Software. Jego UFO: Enemy Uknown (znane w Europie jako X-COM: Enemy Uknown) stanowiło idealne rozwinięcie pomysłów zapoczątkowanych we wcześniejszym projekcie - Laser Squad. Dzięki temu w nowej grze udało się w rewelacyjny sposób połączyć taktyczną strategię turową z elementami RPG i symulacją ekonomiczną.
Gracz, na którego barkach spoczywała obrona naszej planety przed przygotowywaną inwazją Obcych nie tylko musiał poradzić sobie w czasie starć z kosmitami, ale także szybko opanować efektywne zarządzaniem bazą organizacji X-COM. Jednym z najważniejszych elementów gry było odkrywanie technologii obcych i wykorzystywanie jej do produkcji własnych rodzajów broni. Czyniło to rozgrywkę ciekawszą i nie pozwalało się nudzić. Kolejne starcia były coraz bardziej emocjonujące.
Jeszcze lepiej wyglądała druga odsłona serii. Tym razem kosmici przenieśli się na dno mórz i stamtąd szykowali swoją inwazję. Zasadniczo rozgrywka nie uległa większym zmianom, ale dzięki ulepszeniu oprawy graficznej i umiejscowieniu akcji w podwodnym środowisku gra wręcz porażała swoim klimatem. Szkoda, że kolejne odsłony coraz mniej przypominają stare, dobre UFO.
Pierwszy WarCraft ukazał się w 1994 roku i choć nie był pionierem strategii czasu rzeczywistego (ten tytuł należy bezapelacyjnie do Dune II: Battle of Arrakis) to przeszedł do historii. Produkcja ta oryginalnie rozwijała dotychczasowe założenia krystalizującego się wówczas gatunku RTS. Wprowadzone rozwiązania niewątpliwie odcisnęły swoje piętno na dalszych grach, ukazując jednocześnie jak olbrzymi potencjał drzemał w tego typu produkcjach.
Ewolucja tej słynnej już serii Blizzarda postępowała wraz z kolejnymi odsłonami, choć późniejsze części, jak i dodatki, nie niosły już za sobą tak rewolucyjnych zmian jak pierwszy WarCraft. Dopiero nadejście Reign of Chaos znów mocno namieszało w gatunku strategii RTS.
Cztery różniące się rasy konfliktu, duża różnorodność jednostek i budynków, świetna oprawa audiowizualna i wreszcie postacie bohaterów, których umiejętności rozwijane są podczas rozgrywki to najważniejsze zalety tej kultowej już gry. Oczywiście nie można nie wspomnieć o znakomitym trybie wieloosobowym, który wywindował WarCrafta III do jednej z czołowych gier e-sportowych.
Niemniej jednak sporo graczy wspomina trzecią odsłonę walki Orków z ludźmi przede wszystkim dzięki znakomitej fabule osadzonej w wyjątkowym świecie. Aż szkoda, że Blizzard nie zdecydował się rozwinąć wcześniej swojego uniwersum, wydając zapowiadaną w latach dziewięćdziesiątych grę przygodową. Ciekawe, czy ktoś z was jeszcze pamięta WarCraft Adventures: Lord of the Clans...
Kiedy waleczne robale po raz pierwszy pojawiły się na rynku, mało kto przypuszczał jak bardzo uzależniające jest dowodzenie oddziałem małych wojowników. Niesłychanie proste zasady zaczerpnięte ze znanych wcześniej gier artyleryjskich, takich jak choćby starusieńki Scorched Earth, wzbogacone o atrakcyjną oprawę audiowizualną okazały się strzałem w dziesiątkę.
Zmagania dwóch uzbrojonych po zęby zespołów robali na dwuwymiarowej planszy szturmem zdobyły pierwsze miejsca list przebojów. Nie trudno się więc dziwić, że twórcy postanowili pójść za ciosem. Seria doczekała się tylu odsłon, że trudno je nawet zliczyć. Nie wszystkim udało się zyskać uznanie graczy, tym bardziej że w pewnej chwili robaki zapragnęły „nabrać ciała” przenosząc się w pełne 3D.
Gdy minęło pierwsze zauroczenie graczy nowym, trójwymiarowym środowiskiem, popularność Worms zaczęła powoli spadać. Kolejne próby przywrócenia jej dawnej świetności nie przynosiły spodziewanych efektów. Seria ma oczywiście zagorzałą grupę fanów, ale trudno jej przebić się do szerszego odbiorcy. Remedium na tę sytuacje ma być Worms: Reloaded, stanowiący odświeżoną edycje pierwszej części gry, do której oprócz unowocześnionej grafiki 2D odano szereg nowych rodzajów broni, dodatkowe pola bitew i nowe tryby gry. Czy to starczy, aby przypomnieć graczom tą świetną niegdyś serię? Sądząc po znakomitych wynikach sprzedaży na platformie Steam – najwyraźniej tak.
Heroes of Might & Magic to kolejna legenda w naszym zestawieniu. Niepowtarzalne połączenie strategicznej gry turowej z elementami RPG i mechaniką rozgrywki przypominającą grę planszową szturmem zdobyło serca graczy. Nie trudno się więc dziwić, że seria ta w ciągu 15 lat swojego istnienia doczekała się już pięciu odsłon (szósta w drodze) i sporej ilości dodatków.
Niemniej za te najbardziej kultowe wciąż uznawane są trzy pierwsze odsłony. Pokazały one w jak oryginalny sposób przenieść można klimat planszowych gier fantasy do świata gier komputerowych. Co więcej, dzięki doskonałej i wciągającej fabule, którą obserwowaliśmy z perspektywy kierowanych przez nas bohaterów, produkcje te zyskiwały niespotykaną wcześniej głębię.
Za absolutny majstersztyk uznawana jest trzecia odsłona Heroes of Might & Magic. Po dziś dzień stanowi ona niedościgniony wzór świetnie skonstruowanej produkcji, której twórcy nie tylko dostosowali się do próśb i uwag zagorzałych fanów serii, ale także w idealny sposób rozwinęli jej koncepcje. Gra oferowała spójną i logiczną kampanie dla pojedynczego gracza, znacznie udoskonaloną oprawę graficzną, olbrzymią liczbę dostępnych jednostek i zabójczo grywalne tryby wieloosobowe. Nie ma chyba gracza, który nie próbowałby swoich sił w starciu z kolegą/koleżanką w sławnym już trybie "Gorących Krzeseł" (Hot Seats).
Niestety kolejne części Heroes of Might & Magic powoli traciły swoją pierwotną magię. Ich twórcy za bardzo starali się udoskonalić sprawdzoną już koncepcję, co nie wyszło im na dobre (choć zdaniem wielu graczy część V była całkiem udana). Tak czy inaczej, seria cieszy się niesłabnącą popularnością. I oby tak zostało.
Command & Conquer to zaraz po WarCraftcie jedna z najsłynniejszych strategii czasu rzeczywistego. W przeciwieństwie jednak do produkcji Blizzarda, marka Westwood Studios doczekała się znacznie większej ilości odsłon. Co więcej, jej twórcom udało się wykreować z niej dwa oddzielne cykle – opowieść o walce pomiędzy siłami GDI a fanatycznym NOD o pozaziemski minerał zwany Tiberium oraz alternatywną wersję historii Zimnej Wojny i konfliktu USA-Związek Radziecki.
Obie serie dotąd cieszą się zasłużoną sławą dzięki świetnie skonstruowanym misjom, dużej różnorodności jednostek i filmowym wstawkom fabularnym, które nadały im wyjątkowego klimatu. Czym byłaby jednak marka Command & Conquer bez charyzmatycznej postaci Kane’a granego przez niezapomnianego Josepha Kucana. Ciekawe czy pamiętacie jego występ w pierwszej odsłonie Red Alert’a?:)
Pisząc o serii Command & Conquer nie można nie wspomnieć o dwóch tytułach, w luźniejszy sposób związanych z tą serią. Jednym z nich jest średnio udany Renegade, epizodyczne odstępstwo od gatunku strategii na rzecz przygodowej gry akcji. Drugim – Command & Conquer: Generals. Obie produkcje do tej pory zaskakują jednak olbrzymimi pokładami grywalności. Nie uznać ich za klasyki warte ujęcia w naszym zestawieniu byłoby grzechem.
W dorobku niezwykle utalentowanego studio Blue Byte Software znaleźć można sporo głośnych produkcji, z których część z powodzeniem mogłaby znaleźć się w zestawieniu najlepszych klasyków na komputery PC. To oni stworzyli przecież kapitalną serię strategii turowych Black Isle oraz świetnie Incubation, garściami czerpiące z opisywanego nieco wcześniej UFO: Enemy Uknown. Niestety, po tamtych produkcjach zostało już tylko wspomnienie. Jest jednak jedna seria tego producenta, której udało się wybić i przetrwać po dziś dzień. Mowa oczywiście o The Settlers, która dotąd doczekała się aż 7 odsłon, nie licząc wznowień i różnej maści dodatków.
Pomimo tak bogatej historii tej serii, wśród jej fanów panuje przekonanie, że najlepszą jej odsłoną jest właśnie część druga. Dlaczego? Bo rozwijając pierwotną koncepcję gry twórcy nie zmienili jej podstawowych założeń, polegających na budowaniu zależności gospodarczych wedle ściśle wyznaczonego schematu. Budynki łączyły się więc w specyficzne łańcuchy produkcyjne dzięki sieci dróg, po których poruszały się nasze jednostki, przenosząc towary i surowce.
Dbanie o dobrą kondycję ekonomiczną naszego „królestwa” było kluczowe dla zwycięstwa, przez co ewentualne kwestie militarne schodziły na plan dalszy. O olbrzymim sukcesie Settlers II zadecydował właśnie ten wyjątkowy, jakże oryginalny model rozgrywki, który mimo sporej złożoności ogromnie wciągał i nie pozwalał odejść od komputera przez długie godziny.
Dwie pierwsze części Fallouta to gry, które obrosły już legendą. Zaprezentowany w nich postapokaliptyczny świat pełen mutacji, kanibali, narkotyków i przemocy porażał sugestywnością i stanowił doskonałe tło dla nietuzinkowej opowieści w klimatach cRPG. Sama rozgrywka była równie wyjątkowa. Dodano nowe oryginalne rozwiązania, takie jak turowy system walki ze strefowym modelem obrażeń, losowo generowane wydarzenia czy nieliniowe sposoby rozwiązywania niektórych problemów.
Rewelacyjnie przygotowano system dystrybucji zdobywanych w czasie gry punktów umiejętności. System nazwany przez twórców SPECIAL od słów Strength (siła), Perception (percepcja), Endurance (wytrzymałość), Charisma (charyzma), Inteligencja (inteligencja), Agility (zręczność) oraz Luck (szczęście) stał się jedną z wizytówek Fallouta.
Drugą jest charakterystyczna postać Vault Boya, który towarzyszy nam od pierwszej odsłony niezwykłej serii.
Fallout zawdzięcza ogromną popularność również bardzo dobrej - jak na tamte czasy - oprawie graficznej ukazanej w rzucie izometrycznym. Co ciekawe, twórcy zdecydowali się na takie rozwiązanie nie ze względów technologicznych, ale dlatego, że było najbliższe wizji "papierowego" erpega. Dzięki temu udało się oddać niezwykłą atmosferę tego typu gier. Niestety, kolejne odsłony coraz bardziej oddalały się tego specyficznego schematu. Wielka szkoda!
Diablo to jedna z tych serii, których nie trzeba nikomu przedstawiać, a które bez cienia wątpliwości zasłużyły na zaszczytne miejsca na liście najlepszych klasyków na komputery PC. Premiera każdej z wchodzących w jej skład gier była bezprecedensowym wydarzeniem w branży elektronicznej rozrywki. Blizzard raz za razem udowadniał, że powoli staje się pierwszoligowym twórcą gier, a jego produkcje coraz bardziej zadziwiały niestereotypowym podejściem do rozgrywki.
Po znakomitym strategicznym WarCrafcie przyszła kolej na połączenie szybkiego hack’n’slasha z elementami utożsamianymi dotąd z klasycznymi grami cRPG. Twórcy Diablo oddali więc do dyspozycji kilka klas postaci, których umiejętności rozwijamy podczas rozgrywki . W miarę zdobywania doświadczania w walce z nieprzebraną masą różnych potworów, bestii czy sług Pana Ciemności kierowany przez nas bohater uczy się nowych zdolności i czarów, które pomagają mu przetrwać starcia z coraz to potężniejszymi przeciwnikami.
Mogłoby się wydawać, że taki schemat rozgrywki nie jest w stanie przyciągnąć uwagi graczy na dłużej niż kilka godzin. Nic bardziej mylnego! Gra zaskakiwała nawet największych sceptyków połączenia dwóch hermetycznych dotąd gatunków znakomitym klimatem i imponującą grywalnością. Frajda z tłuczenia kolejnych hord potworów okazała się tak wielka, że Blizzard dość szybko zdecydował się na kontynuację serii. Dzięki temu otrzymaliśmy Diablo II , a później rewelacyjny dodatek Lord of Destruction, które dotąd cieszą się w sieci niesłabnącą popularnością. Te gry są po prostu rewelacyjne. Miejmy nadzieję, że Diablo III będzie równie udanym tytułem.
Total Annihilation do dziś uznawana jest przez wielu graczy za jedynego, prawdziwego króla wszystkich strategii czasu rzeczywistego. Według nich takie serie jak Command & Conquer czy WarCraft mogą jedynie "myć nogi" produkcji Chrisa Taylora i studia Cavedog Entertainment. ;-) Nieobeznani w temacie z pewnością zapytają co jest takiego wyjątkowego w tym tytule. Total Annihilation to pierwsza gra, w której pojawiło się trójwymiarowe pole walki. Fakt ten miał ogromy wpływ na całą mechanikę rozgrywki.
Dzięki temu w grze pojawiły się możliwości, których próżno szukać w innych produkcjach z tamtego okresu. Ukształtowanie terenu po raz pierwszy zaczęło mieć faktyczne znaczenie strategiczne. Jednostki mogły teraz wykorzystywać zasłony, a także przeprowadzać ataki z dogodniejszych dla nich pozycji, pozostając jednocześnie poza zasięgiem wroga. Co więcej, realistycznie przedstawiono również efektywny zasięg poszczególnych jednostek. Było to szczególnie widoczne podczas ostrzałów artyleryjskich, kiedy to większość pocisków spadała obok celu.
Twórcy gry bardzo profesjonalne podeszli także do konstrukcji i różnorodności samych jednostek. Gra oferowała naprawdę olbrzymi ich wybór, co okazało się niewątpliwym atutem późniejszych rozgrywek sieciowych. To właśnie dzięki nim sława Total Annihilation przetrwała do dziś. Pomimo upływu lat tytuł ten cieszy się sporą popularnością. Dzięki zapaleńcom i środowiskom moderskim powstał nawet nowy, w pełni trójwymiarowy silnik gry – Spring, który korzystając z rewolucyjnych rozwiązań Total Annihilation stał się obecnie podstawą dla duchowych jego następców.
Age of Empires to jedna z tych serii, których się nie zapomina. Doskonała mechanika rozgrywki, spora różnorodność dostępnych cywilizacji, znakomity klimat i rewelacyjna grywalność to elementy nieodłącznie towarzyszące każdej z jej odsłon. W ciągu niemal 10 lat istnienia tej serii zwiedziliśmy prawie wszystkie kontynenty.
Podobnie jak w innej wielkiej strategii, Civilization, także tutaj uczestniczyliśmy w rozwoju cywilizacji od jej prapoczątków, poprzez czasy królów, aż po okres kolonizacji "Nowego Świata". Oczywiście w przypadku Age of Empires wszystko było bardziej dynamiczne, jak na strategię czasu rzeczywistego przystało. Twórcom serii udało się stworzyć własną koncepcję RTS-a, która powalała epickim rozmachem i niesamowitym klimatem.
Potrafili ująć graczy niebanalnym podejściem do elementu ekonomicznego rozgrywki. W przeciwieństwie do innych gier z gatunku strategii czasu rzeczywistego, tutaj oprócz samodzielnego zbierania surowców i żywności mogliśmy dodatkowo handlować zasobami, czy to na własnym rynku, czy też z sojusznikami, wykorzystując do tego celu karawany handlowe.
Pomimo upływu lat seria Age of Empires pozostaje jedną z najpopularniejszych strategii RTS w historii elektronicznej rozrywki. Spora w tym zasługa stale atrakcyjnym trybom multiplayer i wielkiej rzeszy oddanych fanów.
Druga odsłona legendarnego już Quake’a okazała się jedną z największych niespodzianek 1997 roku. Skok technologiczny jaki dokonał się pomiędzy pierwszą a drugą częścią gry był kolosalny. Oszałamiająca jak na tamte czasy oprawa graficzna, doskonała ścieżka dźwiękowa i rewelacyjna dynamika rozgrywki musiały zrobić wrażenie na graczach. I nie tylko na nich, Quake II wstrząsnął całą branżą elektronicznej rozrywki. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że nowe, pionierskie rozwiązania twórców gry (id Software) nakreśliły kierunek dalszego rozwoju gatunku First Person Shooter.
Quake II nie miał ani skomplikowanej fabuły, ani wymyślnego systemu rozgrywki, co jednak nie przeszkodziło mu szturmem zdobyć serca graczy. Prawdziwa siła tego tytułu tkwiła w rewelacyjnie skonstruowanym trybie wieloosobowym. Pamiętam zresztą jak dziś ogromne emocje, jakie towarzyszyły pierwszym stoczonym przeze mnie pojedynkom i meczom klanowym. To było coś! Niezapomniane wrażenia!
Druga część "Wstrząsu" odsłoniła prawdziwy potencjał, jaki drzemał w rozgrywce sieciowej. Mimo że zabawa wieloosobowa pojawiła się już w pierwszej części Quake'a, to jednak dopiero jego kontynuacja mogła przekonać do siebie ogromną rzeszę graczy szukających nowych, nieznanych dotąd wrażeń. Sieciowa popularność tego tytułu przyczyniła się do zmiany modelu kolejnych produkcji id Software, które skupiły się przede wszystkim na pojedynkach wieloosobowych. Quake II pozostał jednak jedną z największych gier tamtych lat.
Theme Hospital to obok Syndicate i Dungeon Keepera II jedna z najlepszych gier niezapomnianego studia Bulfrog Productions. Wyjątkowość tego tytuły polegała na oryginalnym połączeniu symulacji tworzenia szpitala ze strategicznym zarządzaniem. A wszystko to potraktowane z mocnym przymrużeniem oka. Nie ma tu więc miejsca na zwykłe choroby czy tradycyjne metody leczenia.
Wśród przypadłości, z którymi zgłaszają się do nas pacjenci są takie jak choćby Wiszący Jęzor, Włochatość czy Niewidzialność. Wyjątkowe poczucie humoru twórców gry objawiało się nie tylko w zwariowanych dolegliwościach czy sposobach ich kuracji, ale także w większości nagłych sytuacji, jakie potrafiły przydarzyć się podczas dyżuru - nie ma to jak wybuch epidemii zatrucia pokarmowego, jeśli wiecie o czym mowa...
Spytacie zapewne dlaczego piszemy akurat o tej produkcji Bulfroga, a nie na przykład o wspominanym wyżej Dungeon Keeper II. Otóż pewna grupa zapaleńców od jakiegoś już czasu pracuje nad specjalnym silnikiem open-source CorsixTH, który pozwoli przenieść Theme Hospital na obecne systemy operacyjne. Udało im się już odnieść nawet pierwsze sukcesy. Wszystkim pragnącym przypomnieć sobie chwile spędzone w zwariowanym szpitalu polecamy wersję beta CorsixTH i udostępnione wraz z nim demo Theme Hospital.
Seria Grand Theft Auto szokowała od zawsze. Jednak ostatnie jej odsłony nieco w tej kwestii przyblakły. I trudno się dziwić, skoro obecnie co druga gra epatuje przemocą i hektolitrami krwi. No, może nieco przesadzam, ale nie sposób nie zauważyć, że pierwsze części tej serii bardziej wstrząsnęły branżą i opinią publiczną.
Jak mogłi zareagować amerykańscy puryści na grę o człowieku, który niemal nieustannie kradnie samochody, nie zważając na stróżów prawa czy niewinnych przechodniów? Grand Theft Auto musiało wzbudzić kontrowersje. Ba, nie tylko musiało, ale żyło dzięki tym kontrowersjom. Niemniej o sporej popularności zdecydowało zupełnie co innego – znakomita grywalność. Frajda z bycia złoczyńcą i siania postrachu na ulicach okazała się na tyle duża, że GTA przetrwało wszelkie zawirowania i zakazy sprzedaży. Sława serii rosła z każdą jej odsłoną.
O ile jednak GTA 2 powielało przede wszystkim schematy "jedynki", dodając poprawioną oprawę graficzną i kilka nowych opcji, o tyle trzecia część zainicjowała prawdziwą rewolucję. Tym razem akcja gry przeniesiona została w pełen trójwymiar, a zakres możliwości działań bohatera urósł o kilkaset procent. Twórcy zrezygnowali z systemu luźno powiązanych misji, a całość ubarwili naprawdę zawodową fabułą. Choćby dla niej warto wrócić do tamtej produkcji.
Choć ostatnimi czasy RPG-ów powstaje dość sporo, epickich historii na miarę Baldur's Gate próżno szukać na półkach sklepowych. Pasjonująca i wspaniała to określenia, które padały z ust przedstawicieli mediów branżowych i samych graczy przy pierwszym kontakcie tą legendarną już grą.
Baldur's Gate zaskakiwał intrygującą fabułą, olbrzymim światem, bardzo dobrą mechaniką rozgrywki, tonami grywalności i zabójczo wciągającym klimatem, który po prostu wylewał się z ekranu monitora. Wszystko razem przełożyło się na niesłabnącą popularność tego tytułu. Co więcej, mimo upływu lat Wrota Baldura pozostają jednym z najlepszych przedstawicieli swojego gatunku i absolutnym klasykiem. Podobnie zresztą jak jego druga część.
Siłą serii Baldur’s Gate stworzonej przez nieznane wówczas studio BioWare pozostaje doskonała konstrukcja snutej przezeń opowieści osadzonej w świecie AD&D Forgotten Realms. Wszystko zdaje się tu być logicznym ciągiem wydarzeń – od pierwszej odsłony serii do dodatku Tron Baala. Dla polskich graczy nie bez znaczenia pozostaje również rewelacyjna polonizacja cyklu, który dla wielu pozostaje niedoścignionym wzorem.
I tylko czasami szkoda, że historia Baldur’s Gate jest zamkniętą kompozycją i raczej nie doczekamy się trzeciej części. Znając jednak zakończenie tej opowieści nie byłaby to dobra decyzja. Baldur's Gate stanowczo nie powinien podzielić losu Fallouta.
Pierwsze odsłony serii X-COM pokazały co można zrobić z nieco niedocenianym gatunkiem strategii rozgrywanych w systemie turowym. I choć ta wielka seria finiszowała w nieco gorszym stylu, jej początkowe założenia pozostały żywe. Szczególnie w pamięci ekipy Sir-Tech, która w 1999 roku wprowadziła drugą część jednej ze swoich flagowych produkcji - Jagged Alliance. Czas pokazał jak wielkie to było wydarzenie.
Jagged Alliance 2 to genialne połączenie strategii turowej z grą RGP, które do dziś zaskakuje oryginalnymi rozwiązaniami i rewelacyjnym klimatem. Nie przeszkadza tu nawet oprawa graficzna w nieco niemodnym już rzucie izometrycznym. Ba, dla niektórych fanów jest to jeden z największych atutów, który zagwarantował jej przysłowiową nieśmiertelność.
Mimo upływu lat gra pozostaje perełką wśród strategii, imponując geniuszem i taktycznym zamysłem twórców. Jej złożoność, znakomity system rozgrywki, nieliniowy scenariusz i ilość niepowtarzalnych postaci przeszła już do historii. Moim osobistym faworytem wśród najemników dostępnych w serii Jagged Alliance pozostaje Ivan z jego charakterystycznym przytakiwaniem „ХОРОШО, ХОРОШО”. Miło powspominać.
Ciekawe czy planowanej na 2011 rok przeglądarkowej wersji tego klasyka uda się zachować klimat serii. W przypadku zapowiedzianego remake’u Jagged Alliance 2 o podtytule Reloaded nie trzeba się chyba o to obawiać.
W bardzo odległych czasach, jeszcze przed narodzinami takich hitów jak Metal Gear Solid, Splinter Cell czy Hitman tryumfy święcił Thief – jedna z najwybitniejszych "skradanek" w historii. Obecnie można śmiało stwierdzić, że produkcja ta stanowiła fundament pod całkowicie nowy gatunek gier.
Pierwsza część tej wyjątkowej serii zatytułowana The Dark Project opowiadała losy złodzieja Garretta, który po opuszczeniu szeregów tajnej organizacji Strażników rozpoczyna "działalność" na własny rachunek. Dość szybko okazuje się, że nie jest to wcale taki łatwy kawałek chleba. Nasi przeciwnicy są niezwykle niebezpieczni, stąd bezpośrednie starcia nie miały większego sensu. I tu objawia się błyskotliwość koncepcji gry, która nagradza za ciche przemykanie się w cieniu i skrytą eliminację zagrożeń. Taki schemat zabawy budował absolutnie wyjątkowy nastrój i potęgował napięcie w taki sposób, że wielu graczy z rozczarowaniem odkrywało po pewnym czasie zabawy, że to tylko gra. ;-)
Kolejne odsłony tej serii coraz mocniej rozwijały założenia krystalizującego się gatunku, aby w 2004 roku osiągnąć apogeum swoich możliwości. Deadly Shadows, które wówczas zadebiutowało na rynku, zaoferowało graczom znacznie unowocześnioną oprawę graficzną i udoskonalone mechanizmy odpowiadające za rozgrywkę. Nie zmieniła się jednak jedna żelazna zasada rządząca zabawą w złodzieja – "cień to nasz sprzymierzeńca".
Kosmos kojarzy się zapewne większości z was z bezgraniczną pustką, eskapadami NASA na księżyc czy też sagą Gwiezdnych Wojen (w tym przypadku trzeba mieć niezłą wyobraźnię :-)). Dla twórców gier okazał się on nieco bardziej łaskawy, stanowiąc znakomite tło dla kilku niezapomnianych produkcji. Wśród nich wymienić można choćby StarCrafta, Master of Orion czy całkowicie wyjątkową serię Homeworld.
Kiedy na półki sklepowe trafiła pierwsza jej część media branżowe dosłownie oszalały. Wszyscy wychwalali surowe piękno kosmosu i fenomenalny klimat jaki towarzyszył całej rozgrywce. Najistotniejszym jednak elementem tej strategii czasu rzeczywistego było przeniesienie akcji w pełen trójwymiar. Nie trzeba chyba tłumaczyć co ta zmiana konwencji niosła za sobą. Po raz pierwszy bitwy kosmiczne wyglądały tak spektakularnie, jak w filmach z serii Star Trek czy Gwiezdne Wojny.
Ogromny sukces pierwszej ambitnej produkcji Relic Entertainment pociągnął za sobą rychłe wydanie kolejnych części. Najpierw na rynku pojawił się samodzielny dodatek zatytułowany Cataclysm, a niedługo po nim pełnoprawna, druga odsłona Homeworld. Wszystkie te produkcje cieszyły się ogromną popularnością wśród graczy, co było zasługą nie tylko niespotykanej dotąd mechanice rozgrywki w pełnym 3D, ale także ciekawej fabuły i nieźle rozwiniętego uniwersum.
Wszystko razem spowodowało, że seria Homeworld na stałe zapisała się w kanonie komputerowych klasyków. Choć od momentu premiery ostatniej odsłony upłynęło już siedem lat, atrakcyjność Homeworld nie zmalała ani trochę. Zapowiedź trzeciej części mogłaby u wielu fanów wywołać prawdziwą euforię. Cóż, miło jest marzyć...
Choć seria Gothic prezentuje nieco odmienny nurt cRPG, wielu graczy stawia ją w jednym szeregu z innymi tuzami tego gatunku, takimi jak opisywane wcześniej Baldur’s Gate. Z wielkimi konkurentami łączy je jednak z pewnością jedno - niesamowita grywalność i olbrzymi sukces komercyjny. Szacunek dla twórców Gothica jest tym większy, że niemieckie studio Piranha Bytes w 2001 roku było małym, nieznanym producentem, bez jakiekolwiek zaplecza w postaci bogatego wydawcy.
Na całe szczęście media branżowe nie zignorowały pierwszego Gothica, który dzięki ich niezwykle pozytywnym recenzjom wybił się na szczyt list przebojów. Co takiego urzekło recenzentów? Z pewnością oryginalna prezentacja gry pretendującej do miana cRPG. W tamtym okresie trójwymiarowy świat i widok zza pleców bohatera przywodził na myśl przede wszystkim zręcznościówki pokroju Tomb Raider, a nie gry fabularne. Trudno się więc dziwić ogromnemu zainteresowaniu tym tytułem.
Grzechem byłoby jednak spłycanie zasług Gothica dla gatunku RPG, oceniając go jedynie na podstawie niezłej oprawy graficznej. Gra oferowała znacznie więcej, a jej prawdziwa siła tkwiła w świetnie skonstruowanej fabule i wyjątkowym wpływie podejmowanych przez nas decyzji na przebieg dalszej rozgrywki. To wystarczyło, aby Gothic zyskał sporą popularność i zagorzałych fanów.
Z tych właśnie względów wydając drugą odsłonę serii twórcy nie zdecydowali się na żadne radykalne zmiany. Nowa gra zaoferowała szereg usprawnień, wielowątkową fabułę i zdecydowanie lepszą oprawę graficzną. Na tyle lepszą, że wielu miłośników Bezimiennego musiało pomyśleć o porządnej modernizacji swoich komputerów. Ale było warto.
Stworzona przez Michaela Ancela postać Raymana bawi nas już od blisko 15 lat. Ten niezwykle sympatyczny stworek pozbawiony ramion, szyi i nóg z miejsca podbił serca najmłodszych graczy, a z czasem zdołał przekonać do siebie nawet zatwardziałych hardcorowców. Wszystko dzięki niewyczerpanym pokładom grywalności, jakie oferowała niemalże każda odsłona tej wyjątkowej serii.
Największe uznanie zyskała jak dotąd druga część przygód Raymana. Jej twórcom udało się stworzyć jedną z najlepszych gier zręcznościowych w historii. Porywającej, choć niezbyt skomplikowanej fabule towarzyszyło tu znakomite wyczucie gatunku. Jednocześnie nie sposób nie przyznać, że przejście gry w pełen trójwymiar dodało jej atrakcyjności. W tamtym okresie nie wszyscy potrafili właściwie to wykorzystać.
Aż szkoda, że w miarę upływu czasu wizja Michaela Ancela coraz bardziej się rozmywała. Kolejne odsłony przygód Raymana traciły tę niezwykłą magię, którą emanowały pierwsze części. Tegoroczne targi E3 przyniosły jednak promyk nadziei, bo oto szykuje się do triumfalny powrót Raymana… i to w 2D! Zapowiada się więc prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników klasycznych gier platformowo-zręcznościowych. Czy dorówna legendzie? Zobaczymy.
Produkcja czeskiego studia Illusion Softworks zaskoczyła wszystkich fenomenalną kreacją gangsterskiej gry akcji. Po udanej i ciepło przyjętej przez graczy trzeciej odsłonie Grand Theft Auto mało kto spodziewał się, że tak szybko na rynku pojawi się godny konkurent. Czas pokazał, że Mafia: The City of Lost Heaven ustawiła poprzeczkę znacznie wyżej niż początkowo można było przypuszczać.
Nie dość, że gra miała wszystko, czego brakowało w przygodach Claude’a Speeda w Liberty City, to jeszcze oferowała nietuzinkową fabułę, która głębią z powodzeniem rywalizować mogła z niejednym obrazem kinowym. Twórcom udało się doskonale nakreślić bohaterów swojej opowieści, którzy rewelacyjnie wpisują się w gangsterskie klimaty lat 30. ubiegłego wieku. Dzięki temu Mafia zyskała niepowtarzalną atmosferę, której próżno szukać w innych grach z tego gatunku.
Ogromną zaletą produkcji dawnego Illusion Softworks (obecnie 2K Czech) są zróżnicowane misje i ciekawe wątki poboczne, wzbogacające i tak już porywającą historię. Nie można oczywiście nie wspomnieć o rewelacyjnym modelu jazdy samochodami, który do tej pory potrafi zachwycić złożonością czynników mających wpływ na sposób ich prowadzenia. Wszystko to razem powoduje, że pierwsza część Mafii uznawana jest do tej pory za niedościgniony wzór przygodowej gry akcji. Naszym zdaniem w pełni zasłużenie, a przy okazji zapraszamy do recenzji Mafii II i testów wydajności.
Wielki sukces serii Baldur's Gate zainspirował ekipę BioWare do prac nad kolejnymi produkcjami z gatunku cRPG. Po całkiem niezłym Icewind Dale twórcy postanowili pójść o krok dalej, przenosząc swoje kolejne produkcje w konwencję trójwymiarową, choć wciąż z zachowaniem specyficznego izometrycznego ujęcia. Pierwszą oznaką nowego trendu było właśnie Neverwinter Nights.
Podobnie jak wielkie Wrota Baldura, tak i ten tytuł BioWare zaoferował graczom fascynującą przygodę, która miłośnikom gatunku potrafiła zabrać nawet osiemdziesiąt godzin z życiorysu. Paradoksalnie jednak to nie świetna fabuła, znakomita grywalność czy po raz kolejny RPG-owa perfekcja zadecydowały o sukcesie nowej produkcji BioWare. Tym razem siłą napędową ogromnej popularności gry był tryb multiplayer. W połączeniu z dostępnym w grze edytorem możliwość zabawy wieloosobowej stała się źródłem wielu niezapomnianych przygód przeżywanych wspólnie z przyjaciółmi.
W 2006 roku Neverwinter Nights doczekał się kontynuacji. Niestety, twórcami nowej gry było już zupełnie inne studio – Obsidian Entertainment. I choć produkcja była dobra, wielu fanów do dziś powraca pamięcią do pierwszej odsłony serii, która niemal pod każdym względem wydaje się lepsza. Obecnie wielbiciele gier spod znaku cRPG nie mają wątpliwości, że to właśnie pierwszy Neverwinter Nights zalicza się do absolutnej klasyki gatunku.
Trzecia część jednej z największych serii cRPG w historii zaskakiwała epickim rozmachem i niewiarygodną wręcz oprawą wizualną. Miłośnicy cyklu Elder Scrolls, którzy w 1994 roku oczarowani zostali Areną, a trzy lata później Daggerfall i tym razem nie mogli poczuć się rozczarowani. Wyjątkowa swoboda podczas przemierzania dostępnych krain świata Tamriel i kolejności wykonywania poszczególnych questów były największym atutem nowej produkcji.
Ale Morrowind urzekł także graczy takich jak ja, którzy dotąd nie potrafili odnaleźć się w realiach serii The Elder Scrolls. Niewątpliwie największym magnesem tej produkcji była intrygująca i oryginalna forma prezentowania akcji gry. Wszystkie wydarzenia gracze obserwowali tu jakby "swoimi oczami", co potęgowało doznania płynące z rozgrywki. Chyba każdemu kto grał w Morrowind zapadła w pamięć walka na miecze i emocje jakie jej towarzyszyły. No, przynajmniej przy pierwszym kontakcie z grą. ;-).
Wydany kilka lat później Oblivion był niezwykle udaną kontynuacją serii The Elder Scrolls, ale nie stanowił już takiego przełomu i rewolucji jak wcześniejszy Morrowind. Chyba że weźmiemy pod uwagę kolejny skok jakościowy w oprawie graficznej, ale to już zupełnie inna historia.
Producenci gier wyścigowych przyzwyczaili nas już do tego, że często sięgają po znane w tym środowisku nazwiska. Mają one zapewnić im stosowny rozgłos i odpowiednio zaakcentować ich pojawienie się na półkach sklepowych. Tak było w przypadku słynnej już serii Colin McRae Rally i tak też stało się z wydanym nieco później Richard Burns Rally.
Być może części z was nic ten drugi tytuł nie mówi. A szkoda, bo to jedna z niewielu produkcji, która została doceniona przez prawdziwych maniaków wyścigów samochodowych. Grę firmował swoim nazwiskiem jeden z najlepszych kierowców WRC tamtego okresu (dziesięciokrotny zwycięzca rajdów zaliczanych do klasyfikacji WRC i rajdowy mistrz świata z 2001 roku), a to zobowiązuje.
Twórcy postarali się, aby ten tytuł wyróżniał się na tle innych podobnych produkcji nie tylko osobą firmującego go kierowcy, ale przede wszystkim niespotykanym poziomem realizmu. W modelu jazdy uwzględniono sposób funkcjonowania zawieszenia, hamulców, a nawet turbosprężarek. Zaawansowany silnik fizyczny reaguje na wszelkie zmiany pogodowe, które tutaj generowane są w czasie rzeczywistym. Wszystko razem powoduje, że Richard Burns Rally dostarczania co prawda najbardziej realistycznych doznań z jazdy, ale jest przy tym piekielnie trudny. Dla prawdziwych maniaków wyścigów WRC to jednak największa zaleta gry.
Ostatnie miesiące przypomniały nieco przyblakłą już gwiazdę przygodowych gier akcji – serię Prince of Persia. W kinach pojawiła się całkiem niezła adaptacja przygód bezimiennego księcia, której towarzyszyła premiera kolejnej gry z tego słynnego już cyklu. To musiało obudzić wspomnienia.
I trudno się zresztą dziwić, skoro sam Ubisoft mocno promując Zapomniane Piaski co chwilę odwoływał się do wcześniejszej historii Księcia Persji. Podkreślał on na każdym kroku, że nowa gra wyjaśni mroczną przemianę naszego bohatera, której efekty widzieliśmy w Prince of Persia: Dusza Wojownika.
Zdaniem wielu graczy to właśnie ta część jest najlepszą a zarazem najbardziej klimatyczną odsłoną całego cyklu. Rewelacyjnie opowiedziana historia oraz przygotowane lokacje i postaci znakomicie pokręcają mroczną atmosferę całej gry. Dzięki zaś nowemu systemowi walki nazwanemu Free-Form Fighting System możliwe stało się opracowanie własnego stylu z wielu dostępnych rodzajów uderzeń.
Co więcej, podczas starć z przeciwnikiem mogliśmy wykorzystać przeciwko nim nie tylko otoczenie, ale także ich samych czy posiadaną przez nich broń. Wyjątkowo efektownie prezentowała się również mechanika walki dwoma broniami naraz. Wszystko razem przekładało się na nadzwyczajną grywalność, która do tej chwili w serii Prince of Persia nie ma sobie równych.
Podsumowanie
Ostatni artykuł, w którym próbowaliśmy przybliżyć wam najlepsze klasyki na komputery PC pozostawił większość z was z uczuciem niedosytu. Pojawiły się komentarze sugerujące, że zestawienie jest niekompletne, a dla niektórych wręcz zupełnie niezrozumiałe. Nasz poprzedni wybór zawężony został przez jasno określone kryteria sprowadzające się do dwóch głównych założeń – aktualnej dostępności i konkretnych wymagań sprzętowych. Faktycznie jednak nie wzięliśmy pod uwagę ewentualnej możliwości zdobycia konkretnych tytułów innymi sposobami, jak tylko zakup sklepowy.
Tym razem naprawiamy ten błąd i każda produkcja została sprawdzona, czy jest oferowana na aukcjach internetowych, w pakietach specjalnych i w cyfrowej dystrybucji.
Wybór gier, które znalazły się w drugiej części zestawienia wywołają z pewnością mniejsze emocje niż poprzednim razem. Wasze sugestie co do takich tytułów jak choćby niezapomniane Total Annihilation, Baldur’s Gate, Heroes of Might and Magic III czy seria Thief były jak najbardziej trafne. Produkcje te to absolutne klasyki, a ich pominięcie w obecnym artykule byłoby grzechem. Każdy z nich zmienił oblicze swojego gatunku, wywołując w branży gier prawdziwe poruszenie.
Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że każdy może mieć swoje typy klasyków wśród gier komputerowych. Sami wiecie bowiem, jak trudno wybrać te najlepsze z ogromnej biblioteki gier, w które dane nam było zagrać i które faktycznie zasłużyły na zaszczytne miano klasyka gatunku. Dlatego też po raz kolejny zachęcamy was do dzielenia się swoimi typami. Czasami warto powspominać stare, dobre czasy!