Podatek dla artystów, czy haracz od niespełnionych marzeń?
Dobrze jest żyć w kraju, który szanuje swoich obywateli. Dba o to, aby prawo było przestrzegane, zło karane, a niewinni mogli spać spokojnie. Dobrze też wiedzieć, że biedni mają wsparcie odpowiednich instytucji. Wiecie może, który to kraj?
Dlaczego kupując komputer PC mam płacić podatek dla artysty?
Pamiętacie taki żart? Kampania wyborcza, kandydat na wiecu pyta zgromadzonych: Czy lubicie niskie podatki? To się dobrze składa, bo mam dla was mnóstwo nowych niskich podatków. Tak w skrócie można podsumować to, co wiąże się z projektem nowej ustawy o opłacie reprograficznej, czyli podatku, który z taktycznych powodów nie jest tak wprost nazywany.
Cel szczytny - kultura, wsparcie artystów, dbanie o dobro narodu itd. Aż ciśnie się na usta słowo "misja". Niestety jest to ta sama misja, na której realizację lekką ręką dofinansowywane są media publiczne. W nich zaś oprócz wartościowych treści (tak, takie też tam są), można zobaczyć nieco mniej szlachetne materiały. Są to kwoty niebagatelne i przyznawane regularnie każdego roku bez względu na jakość uzyskanych dzięki nim produkcji.
Nie przeszkadza to oczywiście mediom w emitowaniu reklam, czy pobieraniu opłaty za abonament. Tak, słowo misja w tym kontekście mocno straciło na wartości. Może gdyby oznaczało nowe DLC do Cyberpunka wydane w terminie, to jeszcze byłoby uzasadnione, ale tak?
Masz komputer - jesteś złodziejem. Czego tu nie rozumiesz?
Za mocne? Przecież to tylko zgrabna, artystyczna metafora, która w przystępny sposób (nawet jeśli dla niektórych zbyt dosadny) opisuje to, do czego można sprowadzić istnienie opłaty reprograficznej. Czym ona jest?
Otóż opłata reprograficzna to rekompensata dla artystów, którzy tracą pieniądze przez kopiowanie ich dzieł. Pozornie brzmi to sensownie. Państwo pochyla się nad pokrzywdzonymi przez los biednymi twórcami i chce im pomóc. Chce im wynagrodzić ich ciężką pracę i oddać skradziony majątek.
Jest tylko jeden problem, gdyż robi to, uznając gremialnie wszystkich za potencjalnych złodziei i nakładając podatek od możliwości popełnienia przestępstwa. Nie wiem, gdzie podziało się domniemanie niewinności, ale ten przepis nawet obok niego nie stał. Tymczasem każdy, kto kupuje nowego laptopa do pracy albo komputer do nauki zdalnej dla swojego dziecka, musi dorzucić się do składki na rzecz rzekomo okradanych artystów.
Nie ma znaczenia, do czego komputer będzie faktycznie wykorzystywany. Liczy się możliwość jego użycia w niecnym celu piractwa. Ba, nawet kupując papier do ksero, jesteśmy obciążani tą opłatą. Podobnie jak z drukarką. Nie powinno to jednak dziwić, w końcu można za ich pomocą wydrukować cudzą książkę.
Co ważne, opłata ta funkcjonuje w Polsce (i w wielu innych krajach) od lat. Lista objętych nią urządzeń mocno się jednak zdezaktualizowała (jest na niej np. magnetowid czy kaseta magnetofonowa). Na szczęście światli politycy i ludzie kultury stają w obronie słabszych i niewinnych i proponują poszerzenie zakresu tego przepisu.
Dlatego już wkrótce każde urządzenie, które umożliwia nagrywanie, kopiowanie lub odtwarzanie zewnętrznych środków przekazu oraz posiada wejście USB, będzie objęte tą opłatą w wysokości od 2 do 4 procent wartości. No prawie każde, bo smartfon na tej liście się nie znalazł (stan na moment publikacji artykułu). Dlaczego? Czyżby podatek od smartfona był już zbyt trudny do sprzedania opinii publicznej?
Swoją drogą, to ciekawy precedens. Dlaczego bowiem ograniczać się do tej jednej sfery społecznej. Z łatwością można znaleźć mnóstwo istotnych grup zawodowych, które poczuwają się do bycia skrzywdzonym przez innych, okradanych z owoców ich pracy.
Tacy na przykład piekarze, twórcy chleba powszedniego. W trakcie pandemii wiele osób nauczyło się wypiekać własny chleb (niżej podpisany również). Okazało się bowiem, że to wcale nie jest takie trudne i naprawdę każdy może sobie z tym poradzić. Wystarczy piekarnik albo maszyna do wypiekania chleba. Dlaczego więc nie wprowadzić opłaty repropiekarniczej na producentów tych urządzeń, które (dosłownie!) odbierają chleb ludziom w tej branży?
Nie mówię już o producentach noży kuchennych, którzy mogliby przecież ponosić konsekwencje przestępstw, w których użyte zostały ich produkty. To przecież praktycznie współudział. Ma sens, prawda?
Wszyscy artyści, to...
Całość sprowadza się jednak tak naprawdę do jednego. Do uznania artystów za szczególne dobro narodu, które wymaga wyjątkowego traktowania i specjalnych przywilejów. Kształtują oni mianowicie kulturę narodu, dostarczają duchowych przeżyć, wznoszą ludzi ponad szarzyznę codzienności. Czy ktoś wyobraża sobie przetrwanie lockdownu bez ulubionego serialu, filmu, czy książki? No właśnie.
Problem polega jednak na tym, że jest to nieuzasadnione granie na emocjach. Piractwo od dawna traci na znaczeniu, a większość z nas korzysta z co najmniej jednego serwisu dostarczającego treści. Jest to o wiele wygodniejsze niż nielegalne ściąganie plików o niepewnej jakości.
Opłacanie abonamentu w Spotify, Netflix, czy Legimi przestało być czymś dostępnym wyłącznie dla najbogatszych. To już powszechne usługi, za które co miesiąc wnosi się odpowiednią opłatę. Opłata reprograficzna jest w tej sytuacji podwójnym opodatkowaniem, koniecznością zapłacenia dwa razy za korzystanie z tej samej rzeczy.
Z drugiej strony rzeczona opłata jest haraczem za "możliwość" skorzystania z danej rzeczy. Za teoretyczną możliwość skopiowania czegoś, z czego nawet nie korzystamy. Bo czy jeśli posiadamy pendrive oznacza to, że będziemy na nim nagrywać filmy, czy muzykę? Czy kupując papier do drukarki w planach mamy powielanie książek? Część osób być może tak, ale od tego są przepisy i sankcje za piractwo. Tutaj mamy opłatę za samą "możliwość". Czy wchodząc do sklepu wnosimy opłatę za "możliwość dokonania kradzieży"? A może jest tak, że dopiero kiedy taki czyn wcielimy w życie, ponosimy jego konsekwencje?
Twój głód jest lepszy niż mój
Osobiście nie mam absolutnie żadnego problemu z wynagradzaniem osób, artystów, twórców czy inicjatyw, które uważam za cenne, wartościowe i ważne dla mnie z jakiegokolwiek powodu. I mnóstwo ludzi podchodzi do tego dokładnie w ten sam sposób i stąd bierze się popularność serwisów crowdfundingowych. Umożliwiają one bezpośrednie wspieranie konkretnych projektów. Niektóre z tych zbiórek są spektakularne.
Pamiętacie aferę z Listą Przebojów w Trójce? Pomówieni o oszustwo dziennikarze odeszli ze stacji, która w krótkim czasie opadła na dno słuchalności, a obecnie w owo dno puka od spodu. Tymczasem powstały dwie zupełnie nowe radiostacje: Radio Nowy Świat i Radio 357. Tworzą je w dużej mierze dziennikarze z dawnej Trójki, którzy kontynuują ducha tej kultowej dla wielu stacji (szczególnie słuchać to w 357).
Skąd mają na to pieniądze? Właśnie z crowdfundingu. Za pośrednictwem platformy Patronite zorganizowali zbiórkę, wytyczyli cele i zachęcili ludzi do klasycznej zrzutki. Efekt przerósł chyba oczekiwania wszystkich.
Każdą ze stacji aktualnie wspiera co miesiąc ponad 31 tysięcy ludzi deklarujących comiesięczne wpłaty na poziomie ponad 650 tysięcy złotych. Da się? Jeśli coś ma sens, ludzie za tym pójdą.
Tymczasem zmuszanie ludzi do płacenia za coś, czego absolutnie nie potrzebują, nie chcą, a które wręcz im przeszkadzają, jest wręcz niemoralne. Na tej zasadzie działa zresztą abonament RTV, który trzeba płacić jeśli posiada się telewizor lub radio, nawet jeśli nie słucha się ani nie ogląda publicznych (za przeproszeniem) mediów. Nie ma też znaczenia, że płacisz rachunek u swojego operatora, dostawcy kablówki, że płacisz za dostęp do VOD, płacisz rachunek za prąd, za internet. Masz odbiornik - musisz płacić abonament.
Kto nigdy nie chciał zostać artystą, niech pierwszy rzuci złotówką
Do pewnego stopnia rozumiem ideę wspierania mniej popularnych dziedzin sztuki, kultury, czy działalności artystycznych. Rozumiem, że mają one wartość wychodzącą poza materialną wycenę szacowaną przez rynek. Nie ma jednak we mnie zgody, aby obarczać kosztem ich wspierania wszystkich bez wyjątku. Można to nazwać populizmem, ale ja w tym kontekście wolę pojęcie zdrowego rozsądku.
Nie każdy musi (i powinien!) zostać artystą. Nie każdy ma wystarczająco dużo talentu, umiejętności, zaangażowania, pasji i wytrwałości, aby zajmować się tym przez całe życie. Zgadzam się również, że wiele osób bez pomocy z zewnątrz nigdy by nie zaistniało, nie mogło dać się poznać szerszej publiczności. Nie oszukujmy się jednak, że środki z opłaty reprograficznej trafią właśnie do nich, bo to już czysta demagogia. Są inne sposoby na wsparcie takich osób. Opodatkowanie wszystkich bez wyjątku nie jest takim rozwiązaniem.
W przeciwnym razie wkrótce możemy dojść do momentu, w którym będzie trzeba przyznać, że jeśli ktoś nie jest w stanie utrzymać się z czegoś, co robi, to może wystąpić o dofinansowanie, bo on tak chce i już.
Wprowadźmy podatek od niespełnionych marzeń, niezrealizowanych planów i niedotrzymanych postanowień.
Dzięki temu wprawdzie nie przybędzie na świecie wartościowych twórców, aktorów, pisarzy, malarzy, muzyków, rzeźbiarzy, tancerzy, ale przynajmniej dostaną jakieś pieniądze na otarcie swych artystycznych łez. Co jednak z tymi mniej docenianymi zawodami, które nie mogą liczyć na tak szlachetne ich postrzeganie? Czy oni także otrzymają reproopłaty?