PlayLinkowy zawrót głowy
Można się śmiać na widok reklamówek przedstawiających grupę znajomych grających na Playstation 4 z smartfonami w rękach, ale wierzcie lub nie – w tym szaleństwie jest metoda.
Ba, po krótkiej chwili, w towarzystwie paczki dobrych znajomych i choćby jednej gry wykorzystującej ten patent, atmosfera robi się gorąca. Śmiechy są, nawet gromkie, ale z pewnością nikt tu z nikogo się nie nabija. A przynajmniej nie z faktu, że gra na konsoli przy pomocy swojego telefonu.
Idea PlayLinka jest prosta – to nowy sposób na społecznościowe granie. Każdy ma przecież ze sobą smartfona, a ściągnięcie z Google Play czy iTunes odpowiedniej, darmowej aplikacji to kwestia kilku sekund. Dalej jest już tylko świetna zabawa.
Oczywiście jej ramy zależą od wybranego tytułu, tych zaś dostępnych jest aktualnie kilka. Na pierwszy ogień poszły więc Wiedza to Potęga, Ukryty Plan i Singstar Celebration.
A, i jest jeszcze „To jesteś Ty!”, coś na kształt zwiastuna nadejścia ery PlayLinka. I choć z pewnością ta gra także świetnie nadaje się na imprezę, to jednak w dalszych rozważaniach jej nie uwzględniliśmy,. Dlaczego? Bo jest darmowa i każdy może samemu sprawdzić czy tego typu klimaty mu odpowiadają.
A nasz przegląd PlayLinkowych tytułów zaczynamy od…..
Maks mówi jak jest… a jest tak, że Wiedza to Potęga!
Pamiętacie grę Buzz!? Ta rewelacyjna produkcja bawiła nas jeszcze na Playstation 3. Jeśli marzyliście o jej powrocie i kolejnej rundę w teleturnieju wiedzy wszelakiej to gryzącą tęsknotę powinna ukoić Wiedza to Potęga - nowa pozycja, świetnie wykorzystująca system PlayLink.
Co prawda elektroniczne Buzzery zastąpiono smartfonami, a sama gra została uproszczona, ale hej – to wciąż jedyny teleturniej pozwalający sprawdzić swoją wiedzę. W dodatku naprawdę świetny!
Ale… osoochozi?
Pierwszym zadaniem, jakie musimy spełnić by w pełni cieszyć się grą jest zebranie w jednym pokoju grupki znajomych. Dosłownie „w pokoju” – gra nie umożliwia grania przez sieć, chociaż miałem na początku ogromną nadzieję, że uda się odpalić sesję korzystając z funkcji SharePlay.
Niestety, produkcje wykorzystujące PlayLink to w większości typowe „społeczniaki” i chociaż wśród obecnie dostępnych pozycji znajdzie się też pozycja dla samotnego wilka, to Wiedza to Potęga kompromisów nie uznaje. Dzwoń więc po maksymalnie pięciu kumpli, rozsypuj do michy czipsy, zrób na stole miejsce na zimne czteropaki – dopiero wtedy możesz zaczynać.
Po banalnie prostej synchronizacji aplikacji mobilnej (Wiedza to Potęga Playlink) z konsolą, na której odpalona została Wiedza to Potęga, wybraniu swojej postaci i strzeleniu obowiązkowego selfika, gra rzuca nas w wir rywalizacji. W zasadzie to wrzuca nas tam sam Jarosław Boberek, który podobnie jak w serii Buzz!, i tutaj wciela się w rolę sypiącego zabawnymi odzywkami prowadzącego, Maksa.
Cała idea, jak to w teleturniejach bywa – skomplikowana nie jest, ale aspekt imprezowy daje o sobie znać na każdym z etapów zabawy. Na początku gracze wybierają sobie kategorię główną, z której pytaniami katowani będą wszyscy uczestnicy.
Decyzja jest demokratyczna (remisy rozstrzygane są losowaniem), więc jeżeli sam jesteś zapalonym militarystą, a piątka Twoich kumpli lubuje się w balecie… cóż, nie będziesz miał lekko.
Korzystając z Playlinkowej aplikacji na telefonie wybieracie odpowiedzi – im szybciej wybierzecie trafnie, tym więcej punktów dostaniecie. I mogłoby to tak sielankowo trwać aż do finału, gdyby nie fakt, że Wiedza to Potęga… czasami mija się z zasadami fair play…
Nie ma cwaniaka nad quizomaniaka!
Jeżeli w Waszej ekipie siedzi cwaniak, któremu się nadmiernie szczęści (albo po prostu naprawdę dużo wie o świecie, ale to na pewno fart!), można mu w odpowiedni sposób rozgrywkę „uprzyjemnić”.
Chociażby zamrażając mu wszystkie kafelki z odpowiedziami, żeby zmusić go do skruszenia lodu waląc wściekle w ekran smartfonu i zerkając nerwowo na tykający zegar. Albo lepiej rozlać na jego odpowiedzi mazidło, które najpierw trzeba zmazać, bądź też nasłać rozwścieczone dziobaki, wygryzające z wyrazów literki.
A teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że wszystkie te efekty można ze sobą łączyć… Każdy cwaniak na tej planecie w mig spokornieje. Szkoda tylko, że gracze przed każdym pytaniem zmuszeni są do oglądania długich, zawsze tych samych animacji rozdawania przeszkadzajek. Z drugiej strony to całkiem niezły moment, by zająć się zawartością tych czteropaków ze stołu…
Rozgrywka w Wiedza to potęga przebiega w trzech turach, po trzy pytania każda, zaś pomiędzy nimi serwowany jest szybki etap wiedzowo-zręcznościowy. Warianty tych przerywników są dwa.
W jednym z nich dopasowujemy do siebie tematycznie zawartość dwóch dynamicznie pojawiających się kafelków (przykładowo „Dopasuj aktora do filmu, w którym zagrał główną rolę”), zaś drugi to przyporządkowywanie odpowiedzi do odpowiednich baz (na przykład „Bohater Igrzysk Śmierci, czy Harrego Pottera – przyporządkuj!”). Wszystko oczywiście na czas. Super zabawa!
Na samym końcu rozgrywki w Wiedza to potęga stajecie zaś przed wielką piramidą schodkową, na szczycie której czeka chwała! Gra przelicza Wasze punkty na pozycje startowe, a na wyższe poziomy wskakujecie po każdym pytaniu – tym wyżej, im szybciej na nie odpowiecie. Na tym etapie możecie się pomylić, ale zegar tyka nieubłaganie…
Rozgrzani, jest fajno, dajcie coś poważnego!
Tylko i aż tyle! W Wiedza to Potęga niestety każdy quiz strukturalnie wygląda dokładnie tak samo. Postaci do wyboru jest mało, a Pan Boberek dość często powtarza swoje żarty. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z bardzo przyjemnym quizem. Takim wiecie, w sam raz na rozpoczęcie dobrej posiadówy. A jak się znudzi, zawsze można chwycić za coś z trochę cięższym klimatem, nie rozstając się z technologią PlayLink.
Ocena końcowa:
- banalnie prosta, wyjatkowo przyjemna obsługa aplikacji
- mnogość kategorii i bardzo dobrze wyważony poziom trudności pytań
- Jarosław Boberek w roli prowadzącego, a co za tym idzie...
- ...mnóstwo dobrego humoru w sam raz na rozkręcenie imprezy
- system "uprzykrzaczy" rozgrywki zapewnia masę pozytywnej rywalizacji
- wybieranie kategorii przez każdym pytaniem mogłoby być opcjonalne (sztucznie wydłuża rozgrywkę)
- animacje, których nie można przerwać
- nawet krótka utrata połączenia uniemożliwia udzielenie odpowiedzi na aktualnie rozgrywane pytanie
- Grafika:
dobry - Dźwięk:
dobry - Grywalność:
dobry plus
84% 4,2/5
Ciężki, gęsty, mroczny i Ukryty Plan
Ukryty Plan wynosi technologię PlayLink na wyższy poziom i jest w zasadzie definicją czegoś, co zwykliśmy nazywać „filmowym doświadczeniem”. Jeżeli myśleliście, że dzieła Davida Cage’a pokroju Fahrenheit, Heavy Rain, czy Two Souls (chociaż tego tworu „Dziełem” bym nie nazwał) były interaktywnymi filmami, to Ukryty Plan szybko Was z błędu wyprowadzi.
Tę mroczną kryminalną opowieść się w zasadzie ogląda, ale egzekucja (nomen omen…) jedynego sposobu naszej interakcji – bezpośredniego wpływu na decyzje bohaterów - jest tu tak dobra, że momentalnie czujemy się bardziej decyzyjni, niż w niejednej grze RPG.
A którym się strzela?
Idea Ukrytego Planu jest całkiem prosta – ekrany telefonów stają się naszymi „pionkami” na ekranie monitora, maleńkimi punktami o przypisanym kolorze. Obserwujemy galopującą historię, zaś gra co chwilę podrzuca nam do wyboru fabularne rozgałęzienia, na które musimy demokratycznie się zdecydować.
Od banalnych typu „Lepiej się rozdzielić!” versus „Trzymajmy się razem!” bo naprawdę ciężkie, od których zależy życie bohaterów. Nie zabraknie również urozmaicających grę sekwencji zręcznościowych, w tym bardzo fajnego odszukiwania dowodów wątłym światłem latarki.
Jakby tego było mało, gra dorzuca nam raz na jakiś czas głosowanie, w którym typujemy członka ekipy charakteryzującego się najbardziej rozwiniętą cechą osobowości. Te mogą być różne, od „najbardziej empatyczny”, po „najbardziej opanowany w stresujących sytuacjach”.
Nasz wybraniec będzie musiał w przyszłości samodzielnie podjąć ważną decyzję, i to na czas. Niestety fragmenty te są zbyt oczywiste; gra każe nam głosować na towarzysza charakteryzującego się określoną cechą i minutę później podrzuca nam wyzwanie akurat z tą cechą związane.
Oczywistym jest, że pozostaniemy lojalni w momencie, gdy ekipa wytypowała nas jako najbardziej lojalnego – i rzeczywiście, gra daje później jasno do zrozumienia, że był to dobry wybór. Chyba nie o to chodziło…
Prócz opisanego wyżej modelu, twórcy Ukrytego Planu postanowili dorzucić do gry, chyba nieco eksperymentalnie, tryb rywalizacji. Fabuła toczy się normalnie, natomiast gracze dostają specjalne zadanie, zmuszając „agenta” do lobbowania reszty grupy za określonymi decyzjami. Pomysł jest zacny, ale należałoby wokół niego zbudować zupełnie inną grę – tutaj sprawdziło się to umiarkowanie dobrze.
Ludzkie życie w rękach bandy imprezowiczów
No dobra, ale cóż to za kryminał? Morderca jest? Ano jest – i to skazany na karę śmierci, do której wypełnienia wybija ostatnia doba. W dodatku gość jest niejednoznaczny, dziwny, ma w sobie coś z typowego świra, ale stoi za nim dość traumatyczna historia z dzieciństwa, a do swojej niewinności przekonuje całkiem zgrabnie…
Fabuła jest krótka, więc i rozwija się bardzo szybko. Bywa sztampowo (ciśnie się na usta przykład, ale naprawdę nie chcę nikomu psuć zabawy), choć raz na jakiś czas poczujemy się zaskoczeni, zaś waga wyborów, które będziemy musieli wspólnie z ekipą podejmować sprawi, że niejeden kęs pizzy przyjdzie nam przełknąć dużo trudniej.
Uczciwie muszę zaznaczyć, że nie jest to może ten typ wyborów, którego doświadczyliśmy w Until Dawn, poprzedniej grze twórców Ukrytego Planu. Tam mogliśmy nieopacznie do grobu posłać większość członków ekipy.
W Ukrytym Planie śmiało możemy jednak pozamykać sobie drogę to bardzo rozbudowanych ścieżek fabularnych i zwyczajnie nie rozwiązać kryminalnej zagadki. Powiem więcej – wybory wpływają tutaj na całe, bardzo długie sekcje gry związane z pojawieniem się zupełnie innych bohaterów pobocznych.
Po jakimś czasie od ukończenia przygody będziecie chcieli zagrać ponownie – gwarantuję. A można to zrobić również solo, chociaż dla odmiany - granie w parze całkowicie traci sens z racji na demokratyczny mechanizm podejmowania decyzji. W grze istnieje co prawda karta autokratycznego „przejęcia” władzy nad Playlinkowym wybieraniem, ale w naszej ekipie nie ani razu dostrzegliśmy sensu jej wykorzystania.
Dawka optymalna
Pojedynczą rozgrywkę w Ukryty Plan ukończycie w jakieś 2,5 godzinki – włączając w to nierzadkie przerwy na dostarczenie z lodówki imprezowego paliwka. Idealny to czas, bo mimo że fabuła pod koniec naprawdę rozruszała towarzystwo, dodatkowe pół godzinki mogłoby już zwyczajnie znużyć.
Ukryty Plan jest zwyczajnie „gęsty” i łyknąć go w większej dawce byłoby niełatwo. A propos łykania i imprezowego paliwa – zakładając, że zaczęliście od paru turniejów w Wiedza to Potęga, pod koniec Ukrytego Planu imprezowicze mogą być całkiem nieźle rozerwani. To dobry moment, żeby ujawnić nowe umiejętności – na przykład wokalne…
Ocena końcowa:
- złożona, niebanalna opowieść
- wiele ścieżek prowadzenia historii
- całkowicie różne zakończenia gry
- możliwość gry solo
- oprawa graficzna momentami naprawdę daje radę...
- ...ale w większości przypadków widać, że nie jest to produkcja wysokobudżetowa
- niemal wszystkich wyborów dokonuje się demokratycznie więc granie we dwie osoby traci sens
- tryb rywalizacji niestety nie zatrybił
- Grafika:
dobry - Dźwięk:
dobry - Grywalność:
dobry
80% 4/5
Plan Odkryty, lecimy w wokal!
Fenomen Singstara można porównać chyba jedynie do imprezowego trzęsienia ziemi, jaki swego czasu wywołał Guitar Hero. Niestety, by dobrze się przy nim bawić, trzeba było opanować pewne podstawy posługiwania się gitarą i wykazać umiejętnościami, przez co rozgrywka średnio nadawała się jako starter w zupełnie „zielonej” ekipie.
Z kolei śpiewanie… no cóż, śpiewać każdy może. Inna sprawa, że chyba nie każdy powinien, ale Singstar Celebration przymyka na to oko...
Nie ma co zaprzeczać, ze wszystkich dostępnych w tym momencie gier wykorzystujących system PlayLink, zabawa w karaoke jest zdecydowanie najmniej odkrywcza. Singstar Celebration obsługujemy w większości przy użyciu pada, zaś wykorzystanie telefonów ograniczone jest do rejestracji naszego „śpiewu”.
Playlinkowa aplikacja zamienia nasze telefony w kolorowe mikrofony i na tym jej użyteczność się w zasadzie kończy. Nawiasem mówiąc, nie musimy kupować tej odsłony, by móc śpiewać do mikrofonów – ta nowinka została wprowadzona już jakiś czas temu, a w całości korzystało z niej Singstar: Mistrzowska Impreza. Łatka PlayLink jest tu ewidentnie na doczepkę.
Fałszu nie stwierdzono…
Skoro imprezka rozbujała się na dobre, a z gardeł nawet i bez próby śpiewu wydobywają się kakofoniczne dźwięki to jak maleńki mikrofon w telefonie miałby sobie niby poradzić?!
Przyznaję bez bicia, że smartfon jako mikrofon… po prostu działa. Jeżeli skombinujecie do zabawy utalentowaną koleżankę, gwarantuję, że z łatwością zdubluje Was swoim wynikiem. Chociaż oczywiście gra standardowo nie rozpoznaje wypowiadanych słów, więc dobre pijackie mruczando w odpowiedniej intonacji i tak pozwoli wykręcić niezły wynik!
A mruczeć możemy do rytmu 30 piosenek, które dobrane zostały ewidentnie w taki sposób, by zadowolić jak największą liczbę nabywców. Obok zupełnych klasyków pokroju U2, ABBY, Roxette czy Britney Spears (no co, śmiało można już założyć, że „Ops, I did it again” jest klasykiem!) i Wham!, pojawiają się „młódki” pokroju Meghan Trainor z „All about that bass” czy One Direction.
Generalnie źle nie jest, ale próba dogodzenia wszystkim w zbiorach tego typu kończy się zawsze podobnie – średnio „na głowę” podejdą może trzy, max cztery kawałki z całej listy.
Po wybraniu piosenki, możemy wybrać tryb gry – zdecydować się na pianie solo, toczyć z konkurentem batalię śpiewając jednocześnie w trybie Bitwy, odśpiewywać wybrane fragmenty na przemian (Duet Bitewny), ograniczyć się do zaśpiewania skróconych wybranych wersji piosenek, albo sprintować do miliona punktów.
Jeżeli w pokoju kumulujemy większą ekipę, Singstar Celebration umożliwi nam tworzenie drużyn. Żadnych odskoczni od sprawdzonych formuł tutaj nie stwierdzono, ale w porównaniu z poprzednią odsłoną, mamy tu wręcz wysyp nowych trybów.
Szału niestety również nie stwierdzono
No dobrze, na zakończenie musimy włączyć typowo polskie, imprezowe marudzenie. A należy to zrobić, zanim pomyślicie, że Singstar Celebration to świetna gra.
Niestety, brakuje tu całkowicie polskich piosenek i jeżeli nie przytargasz swojej biblioteki z poprzednich gier serii (z bazą wcześniej zakupionych piosenek, Singstar Celebration integruje się bezproblemowo), będziesz zmuszony nawijać w języku Szekspira.
Kawałki możemy oczywiście dokupić w zintegrowanym sklepiku – niestety gra wciąż promuje idiotyczny „dożywotni” zakup pojedynczych piosenek. Każda z nich kosztuje 5,75 zł i chociaż dostępie są również sety, to taki model biznesowy zupełnie nie sprawdza się na imprezach.
Doprawdy nie rozumiem dlaczego nie mógłbym uzyskać dostępu do większej części bazy na określony czas, zamiast głowić się nad tym, jaką tu piosenkę wykupić. Zupełnie zabija to imprezowe „flow” i trąca czasami zaprzeszłymi…
Z trzydziestu piosenek, do których dostęp dostaniemy, z miejsca odrzucimy dwie trzecie. Zwyczajnie nie trafią w nasze gusta. Z reszty coś wybierzemy, a że impreza zbliża się ku końcowi, a niezbyt urodziwa gra wydaje nam się całkiem ładna… uda nam się powydzierać na całe gardło przez godzinę, może dwie.
Z pewnością będzie fajnie. A jak będziecie mieli szczęście, nie zapuka do Was Policja. Ale zaręczam – gdy drugi raz zaprosisz tą samą ekipę, Zamiast Singstar Celebration odpalicie quiz w Wiedza to Potęga… w końcu ileż można śpiewać o tym samym?
Ocena końcowa:
- idealna pozycja do prowokowania sąsiadów podczas ciszy nocnej
- nie oszukuje - najlepiej śpiewający zawsze wygrywali!
- drużynowe tryby gry, zarówno kooperacyjne, jak i oparte na rywalizacji
- 30 zróżnicowanych kawałków na start...
- ...a wśród nich żadnej polskiej piosenki
- za dodatkowe piosenki trzeba sypnąć szeklami (dla sensownej biblioteki można wydać fortunę)
- bardzo naciągane podpięcie łatki "PlayLink"
- fajniej śpiewało się jednak do prawdziwego mikrofonu
- Grafika:
zadowalający plus - Dźwięk:
dobry - Grywalność:
zadowalający
64% 3,2/5
Potencjał do rozwinięcia
W PlayLinku drzemią spora moc i nie da się zaprzeczyć. Nie wiadomo jednak za bardzo w którą stronę Sony i pozostali twórcy ją pociągną – czy zostanie ona jedynie domeną gier mniej lub bardziej imprezowych czy też może pojawi się i w znacznie poważniejszych produkcjach ewoluując w coś znacznie ciekawszego.
No bo sami pomyślcie, czy nie było ciekawiej korzystać ze swojego smartfona podczas gry jak ze skanera, latarki czy podglądu mapy? Podobne rozwiązania widzieliśmy już co prawda choćby na Nintendo WiiU, ale na Playstation 4 mogłoby to być znacznie bardziej absorbujące. Wiadomo, z tą mocą i możliwościami dałoby się zrobić więcej.
Jednak pomijając już nawet aspekt dalszego rozwoju PlayLinka wydaje mi się, że oto właśnie doświadczamy definitywnego końca fikuśnych, dedykowanych peryferiów. Bo choć śpiewanie do kanciastych telefonów nie daje już tyle frajdy, ile dawały dzierżone w dłoniach prawdziwe mikrofony to jednak rozwiązanie to jest dużo tańsze i znacznie bardziej uniwersalne.
Nie ma co ukrywać, dotykowe ekrany potrafią nie tylko zrekompensować brak takich choćby Buzzerów w Wiedza to Potęga, ale i znacznie rozszerzyć możliwości dokonywanych w grze operacji. Pozostaje więc tylko czekać na kolejne przebłyski geniuszu w wykorzystaniu telefonów z konsolami. Oby pojawiły się jak najprędzej.
Ocena technologii PlayLink:
80% 4/5