The Last of Us: Part I – remake, który wywołuje ciarki na plecach. Także ceną. Recenzja
Nigdy bym nie przypuszczał, że The Last of Us: Part I wywoła wśród graczy tak skrajne emocje. Ta gra złotymi zgłoskami zapisała się w annałach elektronicznej rozrywki – temu nie da się zaprzeczyć. Pytanie tylko po co odświeżać ją po raz drugi, skoro mamy wciąż niezły remaster.
The Last of Us: Part I – przecieranie szlaków ku kolejnej platformie?
Przyznam szczerze, że mam już trochę dość tych wszystkich remasterów i remake’ów. A Wy? Mam wrażenie, że branża gier straciła przez nie swój dawny impet i chęć dostarczania graczom nowych, nietuzinkowych pomysłów na rozrywkę. No bo skoro wystarcza nawet delikatna zmiana opakowania by świetnie sprzedawały się takie starocie jak GTA The Trilogy to trudno się dziwić twórcom, że im się po prostu nie chce. No dobra, czasami tworząc remake zdarza się autorom włożyć w niego nieco więcej wysiłku – vide Destroy All Humans! 2 Reprobed, ale i w tym przypadku nie obeszło się bez problemów.
Między innymi dlatego z pewnym zdziwieniem przywitałem wieść o nadchodzącym remeke’u pierwszego The Last of Us. Szczególnie, że mamy przecież całkiem nieźle wyglądający remaster tego tytułu. No ale branża rządzi się swoimi prawami i jak pokazał przykład GTA 5 można odświeżać ten sam tytuł przez trzy generacje, a i tak gracze się nim nie znudzą. Mało tego, za każdym razem będą sięgać do portfela by kupić kolejną wersję. Czy podobnie jest z The Last of Us: Part I? Pewnie trochę tak, ale może wcale nie chodzi tu o fanów marki PlayStation, a prawdziwy cel tego remake’a leży zupełnie gdzie indziej.
Jedni pomstują, inni klaszczą z zachwytu
Skłamałbym, gdybym powiedział, że już przy pierwszym uruchomieniu The Last of Us: Part I zostałem absolutnie oczarowany mocno podkręcona oprawą wizualną i ogromem zmian jakie zaszły w tym tytule. Szczerze? To nie byłem nawet do końca pewny czy faktycznie remake czy może po prostu nieco lepszy remaster. Ot, niektóre sceny wydały mi się dość biedne i jakoś nie przystające do miana nextgenowych.
Dlatego przerwałem granie i postanowiłem ponownie przejść początek gry w The Last of Us: Remasterd. No i tu faktycznie z miejsca zauważyłem różnice – lokacje przestały być tak szczegółowe, modele niektórych postaci były jakby inne, a niektóre sceny wyglądały przy remake’u dużo bardziej archaicznie. Nie zamierzam Was jednak przekonywać co do zmian, które przynosi The Last of Us: Part I – sami zobaczcie na poniższych przykładach jak prezentują się niemal identyczne sceny w obu wersjach tejże gry.
Po lewej - The Last of Us: Remasterd, po prawej - The Last of Us: Part I
Co tu dużo pisać – w remake’u faktycznie przeprojektowane zostały niektóre modele postaci, a lokacje zyskały na detalach i klimacie. Podkręcono też wygląd przeciwników, którzy teraz dosłownie miażdżą ilością szczegółów („nowy” klikacz, z tymi wszystkimi żyłkami i przebarwieniami na głowie to mistrzostwo świata), a także ulepszono ich sztuczną inteligencję dzięki czemu starcia są teraz dużo bardziej emocjonujące.
Z miejsca da się też zauważyć, że wzorem drugiej części gry zmieniono niektóre ujęcia na bardziej filmowe, a także dostosowano sterowanie zastępując niektóre starsze mechaniki tymi znanymi z The Last of Us: Part II. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak fantastycznie wyglądające wybuchy, ogień, gra świateł i cieni oraz efekty cząsteczkowe, szczególnie tak, gdzie pojawiają się zarodniki. Do tego dodać należy jeszcze świetne wykorzystanie możliwości kontrolera DualSense – od najróżniejszych wibracji po adaptacyjne triggery.
Pytanie tylko po co to wszystko? Po co tracić czas i energię na poprawianie już raz poprawianej gry? Po co serwować nam to samo na nowej generacji nawet jeśli faktycznie tytuł ten zyskał całkiem niezłego blasku. I tu niestety odpowiedź może być tylko jedna – dla kasy. Smutne to, ale taka jest już nasza rzeczywistość. Nie myślcie jednak drodzy fani PlayStation, że The Last of Us: Part I to skok na Wasze portfele. Bynajmniej.
Owszem, znajdzie się pewnie niejednej skuszony nostalgią posiadacz PS5, który rzuci się na ten remake i będzie rozpływać się w zachwytach. Prawda jest jednak taka, że prawdziwym odbiorcą The Last of Us: Part I ma być… gracz pecetowy. Jeśli teraz spodoba im się to co zobaczą w wersji PS5 to jak myślicie – kupią czy nie kupią? I dokładnie ta sama sytuacja ma miejsce z opisywanym przez nas niedawno Uncharted: Kolekcja Dziedzictwo Złodziei.
The Last of Us: Part I – czy warto kupić?
Z ciężkim sercem, ale odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna – za tę cenę (na dzień premiery ponad 300 zł) niestety, ale nie warto. I mówię to jako zagorzały fan tej serii. Po prostu zakres zmian, mimo że spory, nie uzasadnia aż takiego wydatku za bądź co bądź dość leciwy już tytuł. Owszem, wciąż potrafi od niesamowicie wciągnąć i dostarczyć fenomenalnych emocji, ale jeśli już w to graliście to raczej wielkiej niespodzianki ta odsłona Wam nie sprawi.
Co innego gracze, którzy nigdy dotąd z The Last of Us się nie zatknęli. Oj, dla nich to może być jedna z najlepszych gier w jakie grali – z mocną, dojrzałą fabułą, powalającym klimatem i świetną, nextgenową oprawą wizualną. Wówczas ten wydatek może nie wydawać się już wcale taki wygórowany. Tak więc drodzy pecetowcy, wszystko wskazuje na to, że będziecie mieli powody do świętowania.
Ocena The Last of Us: Part I
- znakomita, zapadająca w pamięć fabuła z doskonałymi kreacjami głównych bohaterów
- wciąż fenomenalny klimat
- większa szczegółowość lokacji i widoczna zmiana dekoracji niektórych miejscówek
- ulepszona strona wizualna i efekty cząsteczkowe robią świetną robotę
- znacznie dynamiczniejsze starcia z przeciwnikami (lepsze AI)
- poprawione sterowanie
- świetne wykorzystanie możliwości DualSense’a
- runowocześnienie niektórych, trącących myszką mechanik
- sporo opcji ułatwienia dostępu
- mimo wszystko to wciaż "odgrzewany kotlet"
- trudno docenić ogrom zmian bez jednoczesnego porównania remastera z PS4 i remake’a z PS5
- wysoka cena jak na nieco leciwą już grę
- brak trybu wieloosobowego
- pozycja w zasadzie wyłącznie dla graczy gnanych nostalgią bądź tych, którzy nigdy w to nie grali
Grę The Last of Us: Part I na potrzeby niniejszej recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy Sony Interactive Entertainment Polska